Kategoria: Blogowo

See Bloggers, czyli czwarty raz pierwszy raz

See Bloggers, czyli czwarty raz pierwszy raz

Uff! Jak dobrze było przez kilka dni odpocząć od pisania. Choć moja blogowa przerwa trwała zaledwie tydzień, to mam wrażenie, że zdążyłam w tym czasie całkiem dobrze się zregenerować. Moja przerwa była trochę oszukana, ponieważ dwa z tych zaledwie kilku dni spędziłam na imprezie blogerskiej See Bloggers. Ale chyba możemy przymknąć na to oko…

Read More Read More

Pięć lat blogowania. Co zyskałam dzięki prowadzeniu bloga?

Pięć lat blogowania. Co zyskałam dzięki prowadzeniu bloga?

Całkiem niedawno, bo w listopadzie, obchodziłam pięciolecie mojego bloga. Założyłam go na onecie, który niedługo zlikwiduje swoją blogową platformę. Praktycznie całe moje studia spędziłam z blogiem, trudno więc oczekiwać, że nic nie zmienił on w moim życiu. Co więc zyskałam dzięki prowadzeniu bloga?

Read More Read More

Piąte urodziny bloga, czyli ze świecą szukać gorszego blogera

Piąte urodziny bloga, czyli ze świecą szukać gorszego blogera

Kiedy pięć lat temu na onecie kliknęłam magiczny przycisk “załóż blog”, nawet przez myśl nie przeszło mi, że dziś będę wspominać ten dzień z nostalgią. Jednocześnie w zeszłym roku, kiedy to z rozrzewnieniem analizowałam, co dało mi blogowanie, nie pomyślałam, że rok później całkowicie przegapię piąte urodziny bloga.

Read More Read More

Dlaczego nigdy nie będę blogerką urodową?

Dlaczego nigdy nie będę blogerką urodową?

Czasem zastanawiam się, czy nie pójść na łatwiznę z całym tym blogowaniem i nie zostać blogerką urodową, makijażową czy jakąkolwiek inną, piszącą o kosmetykach. W końcu jestem kobietą, nie? Oczywiście za każdym razem, kiedy takie myśli kiełkują w mojej głowie, pojawia się też jedno wielkie: nie bądź głupia! Bo powodów, by nie zmieniać tematyki bloga na już wspomniane, jest kilka.

Numero uno: nie umiem często zmieniać kosmetyków

Wychodzę z założenia, że działanie kosmetyków pielęgnacyjnych można ocenić dopiero po pewnym czasie. Balsam do ciała, którego używam obecnie, na początku sprawdzał się doskonale. Nawilżał moją skórę i nie powodował swędzenia, które dokuczało mi dość złośliwie zimą. Jednak, kiedy jest już prawie na wykończeniu, przestał być tak przyjemny w stosowaniu. Problem w tym, że nie wiem, czy jest to spowodowane balsamem, czy jakimś innym czynnikiem, którego jeszcze nie zidentyfikowałam.
Takie podejście niestety nie sprzyja testowaniu wszystkiego, co popadnie.
Jeśli coś się sprawdza, to zostaje.
Zmieniam sprawdzone kosmetyki tylko w trzech przypadkach:

  • produkt zostaje wycofany z produkcji,
  • produkt zmienia skład na niesprzyjający mi,
  • ktoś poleci mi coś w podobnej cenie, ale lepszego w działaniu.

Numero dos: nie stać mnie na kosmetyki

Może jest to najgłupszy powód, a może najbardziej oczywisty, ale w tym momencie stoję dopiero przed moją wielką karierą przez duże K. Mój budżet “na pierdoły” jest więc niezwykle ograniczony, w związku z czym kupowanie kosmetyków nie tylko mnie nie bawi, ale wręcz wywołuje u mnie poczucie winy. A żeby otrzymywać od firm kosmetyki do testów, trzeba najpierw swoje na nie wydać i na blogu opisać.
Poza tym wolę mieć, co jeść (na przykład taką pyszną, tuczącą czekoladę).

Numero tres: makijaż to dla mnie nadal czarna magia

Nie twierdzę, że nie potrafię nic zmalować sobie na twarzy, bo to byłoby kłamstwem (lata oglądania tutoriali na YouTubie czegoś mnie nauczyły – czego? To za moment). Jednak w porównaniu z tym, co czasem widuję na takich blogach, jestem przedszkolakiem w tych sprawach. Umiem nałożyć podkład, przypudrować się, pomalować rzęsy, ogarnąć brwi (przy których ostatnio się skapnęłam, że jedna jest wyżej od drugiej i czeka mnie kilkumiesięczne dorastanie włosków, żeby jednak przynajmniej były na tej samej wysokości – kształt im odpuszczam) i przy dobrych wiatrach walnąć sobie kreskę, która na obu powiekach wygląda w miarę tak samo. Z daleka.
Nie uważam, że to źle, bo lubię w każdej sytuacji mimo wszystko przypominać siebie, ale jako blogerka urodowa nigdy nie wyszłabym z powijaków. Co ja się oszukuję, jako Zielona Małpa też pewnie nigdy z nich nie wyjdę.

Numero quatro: nie używam zbyt wielu kosmetyków

Jestem daleka od stwierdzenia, że w kwestii ilości kosmetyków wyznaję minimalizm, ale lubię mieć tyle kosmetyków, ile potrzebuję.
Czeka mnie w najbliższym czasie przeprowadzka, co stało się doskonałą wymówką, żeby przejrzeć zawartość szaf i pudełek. No i w trakcie tego przeglądania zauważyłam, że mam kilka sztuk kosmetyków, które z całą pewnością nie nadają się już do użytku. To te, których nie udało mi się nigdy skończyć. Poza nimi mam same kosmetyki, których realnie używam i zawsze staram się wyciskać je do końca, żeby nie wyrzucać pieniędzy w błoto.
Jest też niewiele kosmetyków, które w trybie ciągłym testuję. Mam problem jedynie z antyperspirantami (które stanowią większość wspomnianych przeterminowanych kosmetyków, o których była mowa) i masą szpachlową… Ekhem… Podkładem. Kolorystycznie, konsystencyjnie oraz trwałościowo.

Numero cinco: nie wszystko jest dla każdego

Nie jestem pewna, czy byłabym w stanie recenzować kosmetyki. Mam czasem nawet problem nawet z pisaniem recenzji książki, czy serialu.
Wychodzę z założenia (chyba słusznego), że nie wszystko jest dla wszystkich. A w szczególności kosmetyki, które często zawierają w sobie tyle składników uczulających, że głowa mała. Nie mogłabym żadnego kosmetyku polecić z czystym sumieniem. Nawet koleżankom nie polecam, a co dopiero szerokiej publiczności? 

 

Numero seis: nie kręci mnie to

Przeszliśmy do sedna sprawy. Po co marnować czas na coś, co ani nie daje nam pieniędzy, ani nie relaksuje, ani nawet nie sprawia przyjemności? Jeśli coś daje przynajmniej jedną z tych trzech korzyści, to warto to robić, o ile oczywiście mieści się to w granicach moralności. Powodów, dla których nigdy nie zostanę blogerką urodową, mogłabym szukać, szukać, szukać, ale będę z tobą szczera – po prostu mnie to nie kręci.

Social Media, czyli piąta (?) władza

Social Media, czyli piąta (?) władza

Ogólnie nie przepadam za Social Media. Uważam, że czasy poprzedzające moje pierwsze zalogowanie do naszej klasy miały swój urok. Choć przyznam, że możliwość pisania ze znajomymi z wakacji stała się wtedy głównym argumentem za Social Media. Z tym, że wtedy nikt ich tak nie nazywał. Nieważne jednak, jaką nazwą je ochrzcimy, zawsze pozostaną tym samym – sposobem komunikacji i złem wcielonym.

Ekspansja Social Media

Zauważyłam, że próbujemy rozszerzać zasięg na różnego rodzaju portalach społecznościowych. Kilka lat temu, kiedy zaczęłam korzystać z naszej klasy, była ona skierowana głównie do osób z naszych szkół. Po jakimś czasie miałam w znajomych dodatkowo całą moją wioskę, potem gminę a potem rodzinę z wszystkich zakątków Polski.

Facebook również na początku skierowany był do studentów uniwersytetu, na który uczęszczał Mark Zuckerberg. Następnie do studentów i uczniów w całych Stanach Zjednoczonych i  w końcu do ludzi na całym świecie i w każdym wieku.

Kolejne portale i aplikacje od razu pozwalały zdobyć znajomych na całym świecie. Mam wrażenie, że odkąd celem stało się zdobycie jak największej ilości polubień, przestał mieć znaczenie pierwiastek kontaktu z ludźmi.

Przy okazji zastanawia mnie, co będzie następne. Kosmos?

Handel wymienny

Już za czasów naszej klasy śmiano się z komentarzy pod zdjęciami typu “Śliczna fotka” i “Ale fajnie!”. Komentarz dla komentarza, sztuka dla sztuki. Sama pamiętam moją konsternację podczas sprawdzania, co mi znajomi napisali przy świeżo dodanym zdjęciu. Jedno i to samo, nic odkrywczego. Ale z drugiej strony każdy komentarz sprawiał mi przyjemność.

Kiedy dostrzeżono potencjał blogów i okazało się, że mogą one przynieść pewną popularność wśród określonej grupy czytelników, zaczęły pojawiać się propozycje komentarza za komentarz, obserwacji za obserwację. Zawsze jest to jakiś sposób na zdobycie popularności, czy nie? O zarabianiu na prowadzeniu bloga nawet nie wspomnę.

To wykorzystuje się też ostatnio w Social Media. Zwiększanie zasięgów to cel sam w sobie, dlatego wciskamy się wszędzie, gdzie się da. Czasem nie zwracamy uwagi na konsekwencje, bo przecież nas nie dosięgną. Nie?

Zdjęcie: Jon Asato Unsplash

Krok w każdą stronę…

Żeby ludzie czytali twojego bloga, w którego wkładasz całe serce, duszę, czas i nerwy, nie wystarczy już tylko pisanie na nim. Niestety, sama założyłam bloga w momencie, kiedy blog nie był już niczym wyjątkowym. Sama nie czułam wtedy potrzeby przygarnięcia dużej publiczności, ale zaczęły pojawiać się nowi czytelnicy a apetyt rośnie w miarę jedzenia.

W 2015 roku postawiłam kropkę nad i przenosząc bloga na własną domenę. Na własny hosting się nie odważyłam, ale mam to już w planach. Ku mojemu rozczarowaniu odkryłam (po trzech latach od założenia), że blog to za mało. Dlatego na stronie na Facebooku zaczęłam obok linków do bloga umieszczać również zdjęcia, linki do filmów na YouTube czy też słowne komentarze.

Założyłam też konto na Instagramie. Początek tej przygody bynajmniej nie przypominał startu rakiety i do dziś nie przypomina. Brakuje motywacji do “obczajenia” i robienia zdjęć jedzenia (wciąż zjadam, zanim zdążę sobie przypomnieć, że moje jedzenie należy też do reszty świata). Dużo jeszcze muszę się tu nauczyć, aczkolwiek muszę przyznać, że Instastories przyciągnęły moją uwagę i czasem nawet “odważam się” pokazać ułamek mojego dnia.

ale też krok do tyłu

Odkąd zaczęłam tworzyć wokół bloga otoczkę z Social Media, zaniedbałam nieco bloga. I co ciekawe, zwiększyła się liczba osób, które tu trafiają. Przyznam, że część przychodzi z różnych grup na Facebooku, w których można rozruszać bloga i Social Media wokół niego. Mimo wszystko część z tych osób wraca mimo moich odczuć, że na blogu już nie jest tak dobrze, jak kiedyś.

Czy więc jakość mojego bloga ma w ogóle znaczenie? A może wystarczą Social Media? W końcu osoby wystawiające swoje twarze i idealne ciała na idealnym tle w idealnym domu są bardziej znane z fotek na Instagramie niż ja będę kiedykolwiek. Przemawia przeze mnie pewna zazdrość, której chciałabym się pozbyć, ale czy treść naprawdę straciła już znaczenie?

Chyba pora skupić się znów na blogowaniu, a Social Media potraktować jak dodatek. Ostatnio niestety było inaczej. Chciałabym, aby ten blog był moim miejscem i jego treść przyciągała. Skupiając się na przyciąganiu zapomniałam właśnie o tej treści, która przyciąga i zmusza do zostania na dłużej.

Wpis ten powstał jakiś czas temu jako wylanie żalu, że mi nie idzie, ale trochę go gdzieniegdzie podrasowałam i postanowiłam jednak opublikować. W międzyczasie zmieniłam swoje założenia i podejście do niektórych spraw związanych z mediami społecznościowymi, dlatego moje żale przepuść przez jakieś porządne sitko. Trzymaj się ciepło.

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa