Piąte urodziny bloga, czyli ze świecą szukać gorszego blogera

Piąte urodziny bloga, czyli ze świecą szukać gorszego blogera

Kiedy pięć lat temu na onecie kliknęłam magiczny przycisk “załóż blog”, nawet przez myśl nie przeszło mi, że dziś będę wspominać ten dzień z nostalgią. Jednocześnie w zeszłym roku, kiedy to z rozrzewnieniem analizowałam, co dało mi blogowanie, nie pomyślałam, że rok później całkowicie przegapię piąte urodziny bloga.

Przywiązuję się. Co gorsza przywiązuję się jak porywacz ofiarę do grzejnika. Dlatego fakt, że kompletnie zapomniałam o tak ważnej rocznicy każe mi użalać się nad swoją beznadziejnością. Choć w głębi serca wiem, że nie jestem aż taka beznadziejna, skoro z czystym sumieniem mogę obchodzić piąte urodziny bloga. Nie każdy może pochwalić się takim osiągnięciem.

Piąte urodziny bloga

Zanim zostałam blogerką

W 2012 roku rozpoczęłam studia. W październiku, zaledwie miesiąc po tym, jak zerwał ze mną chłopak po dwóch latach udanego związku, przeprowadziłam się do Wrocławia, gdzie w pełni mogłam rozpocząć studenckie życie. Z naciskiem na “mogłam”, bo generalnie mało imprezowałam, a momenty, kiedy się upiłam mogę policzyć na palcach. I to chyba jednej dłoni. Plus jednej stopy. Studia wprawiły mnie w stan prawdziwej ekscytacji. Nowi znajomi nie mogli się nadziwić, że wciąż chodzę uśmiechnięta mimo okropnej pogody i potwornej pustki w środku (ale o tym akurat nikt poza mną nie wiedział).

Nadszedł listopad i mój entuzjazm w połowie miesiąca zaczął odrobinę topnieć. Poczułam, że czegoś mi brakuje. Wtedy przypomniałam sobie o pewnym portalu, na którym rok wcześniej dzieliłam swoją twórczością i przemyśleniami. To chyba był jakiś znak, bo właśnie tego dnia dotarła do mnie informacja o zamknięciu tego portalu. Na jedną lub dwie sekundy zrobiło mi się smutno, bo oto miejsce w sieci, które sobie ustawiłam, przestało istnieć. I wtedy dostałam olśnienia jak geniusze w kreskówkach. Zapaliła się żarówka i moje palce same wpisały w wyszukiwarkę “jak założyć blog”, a potem “gdzie założyć blog”.

Kiedy założyłam blog

Ostatecznie padło na onet, czyli wtedy już blog.pl. Szybko założyłam konto i nagle pojawił się problem wyboru nazwy. Stwierdziłam ostatecznie, że przecież mój słomiany zapał nie pozwoli mi działać dłużej niż kilka tygodni, więc nie ma co się spinać. Przyjęłam więc nazwę, której i tak używałam na jakimś forum. Kto by pomyślał, że Zielona Małpa przetrwa tak wiele?

Początkowo pisałam głównie o codzienności. Taki lifestyle, jak się później dowiedziałam. Blog był dla mnie wtedy przede wszystkim formą autoterapii (choć wtedy o tym nie wiedziałam) i sposobem na oderwanie się od rzeczywistości. Jednocześnie trzymał mnie blisko przy ziemi.

Przyszła pora na zmiany

Po jakimś czasie onetowy blog zaczął mnie uwierać. Miałam wrażenie, że inni blogerzy traktują mnie trochę z góry, kiedy widzą, że zdecydowałam się na dość prymitywną platformę. Przeniosłam się więc na blogspota. Zainwestowałam też we własną domenę. I wtedy narodziłam się na nowo. Wkrótce potem zablokowałam dostęp do onetowego bloga. Nie chciałam, aby ktoś czytał moje stare wypociny.

Blogowanie stało się moją drugą naturą i już nie mogłam wyobrazić sobie życia bez bloga. Zawsze z przyjemnością wieczorem siadałam przed laptopem i czytałam, co innym przyniósł dzień. Sama nie miałam jakiegoś określonego kierunku. Czasem pisałam o ekscytującym dniu, czasem o dobrym filmie, który obejrzałam. Raz czy dwa podzieliłam się przepisem. Często przelewałam na klawiaturę przemyślenia.

Dopiero na początku 2016 roku pojawiła się w mojej głowie myśl, że chciałabym pisać o popkulturze.

Wyznaczyłam sobie kierunek

Nie znam się na popkulturze. Kurczę pieczone, nie czytałam nigdy Władcy Pierścieni, ani nie oglądałam adaptacji. Z Hobbitem to samo. Nie przepadam za superbohaterami ani filmowymi historiami z komiksów Marvela. Ba! Jestem bardziej do tyłu niż Raki Mickiewicza.

Ale szczerze kocham książki i seriale, co już czyni ze mnie dziwaka. Postanowiłam mimo swoich ułomności kulturowych podjąć się popkulturowych tematów. Wyszło jak wyszło, czyli prawie wcale, ale nigdy się nie poddałam, co samo w sobie podnosi mnie na duchu.

Najnowsze zmiany

Pod koniec sierpnia tego roku dowiedziałam się, że niedługo mają zostać wprowadzone zmiany dotyczące bezpieczeństwa stron internetowych i potrzebny mi będzie certyfikat SSL. I tak planowałam przenieść się na WordPressa, bo z edytorem na Blogspocie działy się niestworzone rzeczy. Informacja o certyfikatach mocno utwierdziła mnie w słuszności planów.

Tak więc od niedawna jestem na WordPressie i uwielbiam go. Jedyny minusik dotyczy zniknięcia wszystkich komentarzy na Disqusie. I fakt, że muszę robić porządki ze starymi wpisami, co jest dla mnie mordęgą. Kiedy czytam niektóre dawne teksty, chce mi się śmiać z mojej głupoty i niedojrzałości emocjonalnej. Ale ponoć to świadczy o rozwoju. Tak mi powiedziano.

Właśnie porządkując stare wpisy przypomniałam sobie o tym jakże pięknym dniu, kiedy to jako świeżo upieczona studentka założyłam blog Zielona Małpa. Było to 18. listopada 2012 roku. I wiesz, co robiłam 18. listopada tego roku, w piąte urodziny bloga? Po pierwsze kompletnie o tym nie pamiętałam, a po drugie zrobiłam sobie dzień bez internetu. No ja cię sunę. Najgorszy bloger świata, jak nic.

Z tej okazji życzę sobie, żeby moja pamięć już tak nie nawalała (dziesiąte urodziny już zapisałam w kalendarzu z kilkoma alarmami, żeby nie zapomnieć) i blogowanie wciąż przynosiło mi całą masę przyjemności. Popularności sobie nie życzę, bo w cuda nie wierzę*.

Na dniach możecie spodziewać się konkursu, muszę tylko zdecydować, co będzie nagrodą i jakie będzie zadanie. Zaskoczyłam sama siebie tymi urodzinami, dlatego nie było czasu na ogarnięcie tego, nomen omen, na czas.

Mam nadzieję, że nikt mnie nie zabije za takie lekceważenie mojego internetowego alter ego.

 

*Spokojnie, wierzę. 

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa