The Umbrella Academy Netflix serial Gerard Way

Po raz pierwszy o The Umbrella Academy dowiedziałam się, kiedy zobaczyłam reklamę z animacją padającego deszczy na jednym z budynków Wrocławia. Ale ponieważ superbohaterowie i adaptacje ich komiksowych przygód to nie moja bajka, to pozwoliłam sobie o tym serialu zapomnieć. Aż nie dowiedziałam się, że twórcą pierwowzoru jest Gerard Way.

Gerard Way i jego zespół, My Chemical Romance, stanowił ogromną część mojego życia w czasach gimnazjalnych i wczesnej szkoły średniej. Do pewnego stopnia to właśnie jedna z ich piosenek zainspirowała mnie do założenia tego bloga. Ale to całkowicie inna historia. Po rozpadzie zespołu nie udało mi się zatrzymać uwagi na dalszej twórczości jego członków. Nawet nie śledziłam kariery Gerarda, który od dawna marzył o stworzeniu komiksu.

The Umbrella Academy – sezon 1

Fabuła

Pewnego dnia mnóstwo kobiet nagle rodzi dzieci. A żadna z tych kobiet nie była w ciąży. Pewien bogaty przedsiębiorca, Sir Reginald Hargreeves (Colm Feore), adoptuje siódemkę dzieci urodzonych tego dnia. W każdym z nich odkrywa w sobie jakąś nadnaturalną moc. I każdy z nich zamiast imienia ma swój numer.

The umbrella Academy Netflix Gerard Way

Bohaterów poznajemy w momencie, kiedy Reginald Hargreeves umiera, a cała żyjąca piątka jego przybranych dzieci wraca do domu na pogrzeb ojca. Nastrój jest bardzo napięty, gdyż każda z postaci na swój sposób ucierpiała w wyniku działań ojca lub swoich mocy. W każdym z nich tli się nienawiść, miłość, niechęć i potrzeba przywiązania w różnym stężeniu. W dodatku nieoczekiwanie pojawia się także zaginiony Numer Pięć, który wie, co się zdarzy za kilka dni i za wszelką cenę będzie chciał temu zapobiec.

Muzyka

Przyznam, że jestem nieco zawiedziona, że w serialu nie pojawiła się ani jedna piosenka zespołu My Chemical Romance. Mam wrażenie, że pasowałyby one w szczególności do podkreślenia postaci Klausa (Robert Sheehan). Serial nie musiał być naszpikowany ich piosenkami, ale liczyłam na przynajmniej jeden idealnie uderzający mnie w serce moment, kiedy usłyszę znajome dźwięki.

Nie znaczy to jednak, że muzyka w The Umbrella Academy była kiepska. Wręcz przeciwnie. Gdyby ktoś poprosił mnie o podanie jednego powodu, dla którego warto ten serial obejrzeć, to z pewnością powiedziałabym, że właśnie ze względu na piosenki. Widać, że twórcy postanowili się zabawić i wykorzystali kontrast między wydarzeniami na ekranie a muzyką w głośnikach. Wciąż wspominam piosenkę Istanbul w bardzo wesołym tonie, towarzyszącą scenie absolutnej rozróby w knajpce z pączkami.

Jednocześnie udało się w kilku miejscach podkreślić muzyką nastrój, jak na przykład w scenie z pierwszego odcinka, w której to każda z postaci tańczy do tej samej piosenki, ale każda osobno i w innym pomieszczeniu. Jest w tej scenie coś łapiącego za serce i podkreślającego emocjonalne odseparowanie każdego bohatera.

Bohaterowie

Drugą siłą napędową serialu są bohaterowie. Ale niestety nie wszyscy.

Najbardziej zaskakującą i niewątpliwie zasługującą na uwagę postacią jest Numer Pięć (Aidan Gallagher). Zagrany przez młodego aktora, który wcześniej występował w jakimś mniej znanym serialu Netflixa, doskonale oddaje starą duszę w młodym ciele. Niechęć i frustracja na tak młodej twarzy kontrastuje bardzo silnie z mundurkiem, który zakłada Numer Pięć. W ogóle jest to postać, którą można interpretować na zasadzie kontrastów. Z jednej strony bawiło mnie jego przywiązanie do manekina wystawowego, a z drugiej strony z tego przywiązania wypływał jakiś smutek, kiedy zdałam sobie sprawę, że ten manekin był największą namiastką na drugiego człowieka przez nie wiadomo ile lat.

Inną postacią, która mnie zachwyciła, był Klaus. Jego charakterystyczne stylizacje, przypominające szafę siostry, wygląd zniszczonego życiem ćpuna, ironiczne nastawienie i głośna osobowość. A jednak mimo zarysowania naprawdę grubymi kreskami, od początku widać, że kryje się w nim jakaś delikatność i wrażliwość. I strach. Jakoś najłatwiej było mi zrozumieć właśnie jego.

Ponadto moją uwagę zwrócili Hazel (Cameron Britton) i Cha-Cha (Mary J. Blige), para agentów, którzy ścigają Numer Pięć. Jest w ich bezwzględności jakiś element, który sprawia, że wydają się oni całkiem sympatyczni (jak na bezlitosnych zabójców). Szczególnie ciekawy jest Hazel, który powoli zaczyna pokazywać swoją ludzką i emocjonalną stronę. Największy szok przeżyłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że postać ta była grana przez tego samego aktora, który wcielił się w rolę Eda Kempera w serialu Mindhunter.

Ale nie było tak całkiem kolorowo, jeśli chodzi o postaci. Reszta rodzeństwa wypadła słabo. Jedynie nieobdarzona żadną mocą Vanya, Numer Siedem, jakoś się wyróżniła spośród całej gromadki. Bardzo szybko odczytałam między wierszami, że jej postać będzie miała większe znaczenie, niż mogło się wydawać na początku, przez co zabawa w poszukiwanie wskazówek okazała się tylko szukaniem potwierdzenia. Mam nadzieję, że w drugim sezonie, który został już potwierdzony, pokaże swoją postać bardziej.

Przyjemny klimat

The Umbrella Academy niewątpliwie cechuje się ciekawym klimatem, który podczas oglądania chłonie się jak gąbka. Dzięki świetnej ścieżce dźwiękowej czeka się z niecierpliwością na kolejną scenę i kolejną piosenkę. Sama fabuła nie jest wybitnie dobra, ani skomplikowana. Wręcz łatwo można przewidzieć niektóre z wydarzeń. Ale być może to właśnie to nieskomplikowanie stanowi atut serialu.

Choć nie przepadam za superbohaterami, to w tym przypadku ich historia nawet mnie wciągnęła. Może dlatego, że poza Lutherem, Numerem Jeden, nikt z cudownego rodzeństwa nie chciał być już superbohaterem, ale moce stawały w każdym przypadku na ich drodze ku normalności. Same naparzanki nadnaturalnymi mocami mnie nie kręcą.

Nie jest całkiem kolorowo

Choć przed sekundą chwaliłam nieskomplikowaną fabułę, to muszę przyznać, że momentami smuciły mnie bezpośrednio zastosowane schematy. Jakby twórcom zabrakło siły twórczej na ubarwienie klisz.

Ponadto pojawił się tu motyw podróży w czasie, w dodatku całkiem istotny dla ciągłości fabuły. A nic nie denerwuje mnie bardziej niż kiepsko zrealizowany wątek podróży w czasie. W tym przypadku motyw ten wykorzystano w dość płytki sposób, pomijając efekt motyla i potencjalne skutki dla podróżujących. Właściwie podróże w czasie stanowią tutaj zwykłe narzędzie i mimo że całość została oparta na komiksie, nie do końca potrafię przyjąć takie uproszczenie.

Całościowo

W całości pierwszy sezon The Umbrella Academy to całkiem przyjemna produkcja Netflixa. Doskonała na wieczorny seans ze znajomymi, czy rodziną. Serial wypełniony jest humorem, akcją, emocjami i dobrą muzyką, jedynie skróciłabym odcinki, bo pod koniec zaczynają się dłużyć. Mimo że nie przepadam za kinem superbohaterskim, bardzo dobrze odnalazłam się w świecie zaprezentowanym przez serial. Wszystko złożyło się w przyjemną całość.

Kiedy więc dowiedziałam się, że będzie drugi sezon, przyjęłam tę informację z umiarkowaną radością. Wiem, że na pewno będę śledzić losy tej pokręconej rodzinki.


Oglądałeś The Umbrella Academy? Co sądzisz o tym serialu?

A może udało mi się namówić cię na obejrzenie?

Daj znać w komentarzu!

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail