Myślałam, że udało mi się już pokonać coroczną depresję, kiedy w zeszłą zimę byłam pełna energii, a nie złych myśli. Niestety moja aktualna sytuacja sercowa nie sprzyja polepszeniu.
Otóż, praktycznie cały pierwszy rok studiów, obok nauki, prowadzenia bloga i prób gotowania, spędziłam na zdobywaniu serca pewnego Patryka, którego poznałam. Raz szło mi lepiej raz gorzej, w końcu przekonałam go do siebie. Można powiedzieć, że byliśmy ze sobą te kilka miesięcy od grudnia do czerwca. Jednak zawsze brakowało mi z jego strony zaangażowania. Zwalałam to na jego specyficzny i niełatwy charakter. Z jego opowiadań wywnioskowałam dość wcześnie, że był, a może i nadal jest zakochany w koleżance z liceum (u której nie ma szans, bo ta mieszka gdzieś w Wielkiej Brytanii, z tego co mi wiadomo). I choć zaklinał się, że nic już nie czuł w stosunku do niej, to zawsze było mi z tego powodu smutno. Żeby się pocieszyć, przypominałam sobie, że w końcu jest ze mną a nie z nią.
Jednak w czerwcu ze mną zerwał. Chyba w najgłupszy możliwy sposób. Pewnego dnia, tuż przed zaliczeniami napisał na facebooku, że to koniec. Wszystko mogłabym zrozumieć, ale nie facebooka! Przecież on nawet nieraz powtarzał, że to kiepska platforma. Poczułam się jak śmieć i nic niewarta. Trochę się załamałam i myślę, że nieźle mi wyszło bycie pozytywną na blogu, bo chyba nikt się nie domyślił, że coś szło nie tak jak powinno. Nie chciałam się dobijać współczuciem innych, więc nie wspominałam o tym.
Teraz niestety jestem skazana na codzienne widywanie go, bo każdego dnia tygodnia mamy co najmniej jedne zajęcia razem. To o jakieś trzy razy więcej niż w poprzednich semestrach.
Mam taką zasadę, żeby nie kręcić z chłopakami z otoczenia, bo później z reguły jak się coś psuje, to jest się skazanym na stosunkowo częste widywanie się. A to źle działa na gojące się serce. Niestety raz, jeden jedyny raz stwierdziłam, że zaryzykuję, bo myślałam, że warto. Jak widać nieźle się na tym przejechałam.
Wracam do leczenia mojego nieciekawego humoru.
zielonamalpa