Parę lat temu, kiedy byłam jeszcze w gimnazjum, moja szkoła brała udział w międzynarodowym konkursie. W jednej z kategorii udało nam się zająć wysokie miejsce. Nagrodą był kilkudniowy pobyt w bawarskim miasteczku – Dinkelsbühl, połączony z prezentacją zwycięskich prac (ich fragmentów) oraz uroczystym kontemplowaniem tematu. A temat był bardzo ciekawy, bo dotyczył Bułgarii i Rumunii. Nasza szkoła wzięła udział w dwóch kategoriach. W jednej z nich niemieckojęzyczne kółko teatralne nagrało sztukę pod tytułem “Ostatni wampir” napisaną przez byłego ucznia tej szkoły. Nawiązywała ona do Van Helsinga. Ja grałam jego syna. Tak szczerze mówiąc zawsze grałam faceta.

W drugiej kategorii zdecydowaliśmy się na wywiad. Przeprowadziłyśmy go wraz z koleżanką. Dotyczył on przesiedleńców. Rozmawiałyśmy z synem kobiety, która po drugiej wojnie światowej przebyła ze Śląska do Rumunii pół Europy wraz z rodziną. Wywiad był bardzo ciekawy, a historia niewiarygodna. Dowiedziałyśmy się między innymi o życzliwości tamtejszych ludzi, o regionalnych daniach i o tym, w jaki sposób cała ta podróż wpłynęła na wspomnianą kobietę i jej rodzinę. I właśnie ten projekt wygrał.

Powyżej jest zdjęcie wspomnianego na początku miasteczka z lotu ptaka. Jak łatwo można zauważyć, dachówka w całej starej części miasta ma dokładnie taki sam czerwony odcień. Co jest w nim tak niezwykłego? To, że kilkaset lat temu wyglądało praktycznie tak samo. Aby nie zburzyć tego wspaniałego wrażenia, mieszkańcy i przedsiębiorcy muszą dostosować się do kilku zasad: żadnych neonowych znaków nad sklepami, określona wielkość okien, okiennice i pewnie jeszcze kilka innych. Każdy sklep, apteka, czy urząd jest opisana w gotycką czcionką bezpośrednio na ścianie. Nawet tak potężna niemiecka sieciówka, jak Schlecker musiała się do tego dostosować.

Sama nazwa miejscowości pochodzi od zboża, a konkretnie pszenicy orkiszowej. Kiedyś zasłynęła właśnie z produkcji tego gatunku. Zresztą, można to było zobaczyć po ilości spichlerzy, które w większości przebudowano na hotele lub schroniska. Ja właśnie w takim nocowałam. Śniadania były niesamowite: siedziało się na długich ławach przy stołach, które wyglądały na wiekowe, w ogromnej sali z wysokim sklepieniem. Z obiadami już nieco gorzej, bo jedzonko nie było aż tak pyszne, ale co zrobić.

W Dinkelsbühl jest pełno muzeów, od zwyczajnych, które skupiają się na historii miasta, po muzeum… trzeciego wymiaru, czyli 3D. Poszliśmy tam i było fajnie. Obok samej technologii 3D można było oszukać swój wzrok na różnego rodzaju iluzjach optycznych.

Wracając jednak do samego miasteczka, zrobiło ono na mnie ogromne wrażenie. Gdyby nie samochody, to pomyślałabym, że cofnęłam się w czasie. Wybrukowane ulice, drewniane ozdobniki na fasadach, okiennice i przepiękne kwiaty w oknach – romantyzm w pełni. Najbardziej zadziwiła mnie ilość aptek – na jednej ulicy były trzy.

Wieczorem po ulicach szedł przebrany mężczyzna, który nawoływał do udania się spać. Po zmroku, chyba koło 22, gasły latarnie. Na ulicach było cicho i ciemno. Nie wiem, jak jest teraz, ale wtedy można było za pewną opłatą włączyć niektóre latarnie i udać się na spacer po zmroku.

Poznałam wtedy wiele ciekawych osób. Między innymi Boglarkę z Rumunii, z którą półtorej roku pisałam e-maile. Szkoda, że nie mam już mojego starego adresu, mogłam przynajmniej zapisać sobie jej listy, bo zawierały dużo informacji na temat tamtejszej szkoły i tradycji.

Dinkelsbühl zrobił na mnie duże wrażenie. Jeśli mi się uda, to pojadę tam znów, na własną rękę z facetem moich marzeń. Choćbym miała go tam siłą zaciągnąć.

 

Pozdrawiam serdecznie:)

zielonamalpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail