Ostatnie kilka lat owocowało w wesela w mojej rodzinie. Chyba nie było roku, żeby ktoś się nie żenił, nie wychodził za mąż, albo przynajmniej nie obchodził okrągłej rocznicy ślubu. Mam o tyle fajną rodzinę, że tego typu imprezy są frajdą, a nie koniecznością.

Chyba siedem lat temu żenił się kuzyn mojego taty. Wtedy nie potrafiłam jeszcze tańczyć. Tata pokazał mi wcześniej jakieś podstawowe kroki, ale brakowało mi wprawy. Tego dnia pokochałam wesela. I taniec.

ŚLUB

W tej części nie ma co się rozwodzić specjalnie, bo każdy ślub trochę różnił się od pozostałych. Na jednym było długie kazanie, na innym krótkie. Niektóre były sztywne, inne bardziej na luzie. Były krótkie, były długie. Było dziewięć druhen i nie było żadnej.

WESELE

Najpierw opiszę typowe wesele, jakie ma miejsce w większości przypadków. O muzykę dba zespół, który tradycyjnie zwie się orkiestrą. Nie wiadomo czemu. Gra muzykę głównie biesiadną i klasyki typu “Rivers of Babylon” czy niemieckie “Ein Stern”. Najczęściej cztery pięć utworów i “teraz idziemy na jednego”. A po przerwie znowu. Odkąd kilka utworów zrobiło furorę na polskim rynku muzycznym, nierzadko można usłyszeć “Jak anioła głos”, czy ostatnio popularne “Ona tańczy dla mnie”. Najczęściej, kiedy wyleje się już odpowiednia ilość wódki, orkiestra gra rock’n’rolla, can cana, twista i inne ruchliwe kawałki. Mój tata wie, że gdy tylko słyszę polkę, ma przerąbane. Zdarza mu się chować wtedy za mamą, albo iść do toalety. Nie rozumiem go:)

Zdarzało mi się tańczyć z kuzynami i wujkami. W miarę możliwości na początku, kiedy jeszcze są stosunkowo trzeźwi. Kiedyś tańczyłam z mężem kuzynki. Przeżycie bliskie śmierci. Myślałam, że wyląduję na ścianie. A w ostateczności na suficie. Czysta adrenalina.

Jako przerywniki i czasoumilacze, orkiestra organizuje konkursy, w których nagrodą jest pół litra, albo czekolada – w zależności od wieku uczestnika. Opiszę jeden z nich. Polega on na tym, że zgłasza się kilka par i każda dostaje duży arkusz z gazety. Rozkłada go na podłodze i gdy gra muzyka, tańczy na tym skrawku. Po każdej piosence gazetę składa się na pół i zmniejsza powierzchnię do tańczenia. Kiedy któraś para wyjdzie poza papier, odpada. Na samym końcu wygrywa ten, kto zmieści się mimo wszystko. W przypadku remisu jest dogrywka. Polega to najczęściej na tym, że obie pary muszą utrzymać się w jakiejś pozycji, na przykład dotykając podłogi tylko jedną nogą na obie osoby. Udało mi się kiedyś to wygrać.

Jeśli uda się komuś zorganizować, to takie wesele ma również fałszywą parę młodą. Kiedy para młoda (ta prawdziwa) wyjeżdża na godzinę na zdjęcia z drużbą, kilka gości przebiera się w dość zabawny sposób. Na przykładzie: mój tata był panną młodą (pożyczyliśmy dość obszerną suknię od sąsiadki), mama była panem młodym, mój kuzyn był ciotką (miał perukę, którą kiedyś sama zrobiłam z wełny) a ja byłam wujkiem z Ameryki – kapelusz kowbojski, dżinsowa kamizelka, flanelowa koszula. Cacy. Kiedy prawdziwa para młoda wraca ze zdjęć, musi wytargować sobie wesele. Najczęściej kończy się na flaszeczce dla każdego fałszywego.

Stałym elementem wesela są wierszyki. Wziąć udział może każdy. Dzieci najczęściej recytują długie wiersze, a dorośli mówią proste rymujące się dwuwersy. Mojemu wujkowi zdarzyło się nawet powiedzieć: Jak już musza suchać takie pierdoły, to dejcie mi aby flaszka gorzoły. Jest to zdecydowanie zabawna część wieczoru. Szczególnie, kiedy mówią dorośli.

No i jako ostatni punkt takiego wesela: oczepiny. O północy. To chyba każdy zna.

 

Ostatnio żenił się jeden z moich kuzynów. Jego wesele było jednak inne. Zaczynając od gości – razem z narzeczoną zaprosili tylko najbliższą rodzinę i mnóstwo dobrych znajomych ze studiów i z pracy. Większość była więc przed trzydziestką. Zespół też był inny, bo nie grali muzyki biesiadnej, ale rockowe i klasyczne popowe kawałki. Od Michaela Jacksona, przez Gnarls Barkley, aż po Mr. Zoob i Lady Pank. Kobieta, która śpiewała, miała niesamowity głos.

Nie było żadnych zabaw, wierszyków ani oczepin. Ale było cudownie.

Muzyka, wbrew moim oczekiwaniom, okazała się idealna. Razem z tatą, który uwielbia rocka, bawiliśmy się świetnie. Jedyne, czego było mi szkoda, to fakt, że byłam tam sama. Bez pary. Niestety, mój chłopak zerwał ze mną w czerwcu tuż przed sesją, zostawiając mnie w największym stresie, jaki kiedykolwiek przeżyłam i dlatego jestem ostatnio cięta na chłopaków mniej więcej w moim wieku. Bardzo cięta. No ale żyje się dalej.

 

Pozdrawiam,

zielonamalpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail