Kategoria: Bez kategorii

3 filmy, na których zawiodłam się po latach

3 filmy, na których zawiodłam się po latach

Lubię wracać do tego, co jest mi dobrze znane. Dlatego po latach zdarza mi się obejrzeć ponownie jakiś film, który niekoniecznie wywiera na mnie takie same wrażenie, jak kiedyś. Po części zwalam to na moją dojrzałość (a osoba nazywająca się w sieci Małpą musi być dojrzała), a trochę na zmianę perspektywy.

Dziś zapraszam na wpis o filmach, które po latach kompletnie mnie zawiodły.

Read More Read More

Bałagan, czyli witam w głowie Zielonej Małpy

Bałagan, czyli witam w głowie Zielonej Małpy

Ostatnio musiałam przemyśleć kilka spraw związanych z moim blogowaniem i ogólnie działalnością internetową. Wiesz, czasem trzeba nad czymś przysiąść, znaleźć swój kierunek, odkryć słabe i mocne strony. Na to poświęcałam cały wolny czas, którego nie zajmowałam akurat stresowaniem się życiem, i to właśnie będzie dzisiaj na blogu.


Ilekroć próbuję znaleźć receptę na blogowy sukces, trafiam na złote rady, mówiące, że najważniejsze, to wiedzieć, co chcemy robić. A co w sytuacji, kiedy nie ma się planu nawet na najbliższą blogową działalność? Przyznam się, że próbuję się odnaleźć w tym całym marketingu, ale finalnie czuję się, jakbym poruszała się po omacku w ciemnym pomieszczeniu, nie wiedząc, czy znajdę w nim to, czego potrzebuję.

Kim jestem?

To pytanie, które zadaje sobie chyba każdy. Czasem udaje się znaleźć się na nie odpowiedź, ale przez większość czasu nie da się jednoznacznie zdefiniować siebie. Szczególnie, kiedy zastanawiamy nad sobą dużo, mocno i jesteśmy świadomi siebie i otaczającego nas świata. Dlatego nie znoszę, kiedy ktoś pyta, kim jestem, jakie mam plany i gdzie widzę siebie za dziesięć lat. Bo przy dłuższej perspektywie mogę tylko odrzec, że nie wiem.
Czy to źle, że nie wiemy dokładnie, kim jesteśmy? Uważam, że nie. Warto umieć w różnych sytuacjach się przedstawić i pokazać zarys naszej osobowości. Jednak w pełni o naszym kształcie inni mogą przekonać się dopiero, kiedy spędzą z nami trochę czasu. Żadne zapewnienia o wspaniałości naszej duszy nie przekonają innych do nas, jak zrobi to czas. Albo sprawi, że ktoś nie będzie chciał już więcej z nami rozmawiać.
Z tego powodu nie czuję potrzeby tworzenia cudownej zakładki O Małpie. To taka moja alternatywa dla zakładki O mnie. Wszystkich nowych (i starych) czytelników zapraszam oczywiście do przeczytania tych kilku zdań o yours truly Zielonej Małpie, ale obiecuję, że nie powalę nikogo na kolana. Chyba, że ktoś akurat ma wyjątkowo niski poziom zachwycania się.

Dokąd zmierzam?

Jak niektórzy zdążyli się już przekonać, założyłam w tym roku kanał na YouTube, gdzie mówię trochę o książkach i serialach. Od maja nic się tam nie pojawiło. Stan ten planowo miał trwać do końca czerwca, ale ze względu na pewne zawirowania z moim miejscem pobytu muszę powrót na kanał odroczyć do końca lipca. Był to mój plan na ten rok.
W styczniu po raz pierwszy od kilku lat zrobiłam sobie listę celów do spełnienia w tym roku. Znaczna większość związana jest z Zieloną Małpą i jestem na dobrej drodze, aby sporo z nich spełnić przed upływem czerwca. Uważam się za przeciwniczkę niesprecyzowanych postanowień noworocznych, ale muszę przyznać, że posiadanie celów ułatwia rozliczanie się z samą sobą. Więc cele >> postanowienia.
Nie do końca wiem, dokąd zmierzam jako Zielona Małpa. Chciałabym być czytana, to wiem, dlatego każda nowa twarz w komentarzach sprawia mi ogromną przyjemność. Ale przede wszystkim chciałabym wiedzieć, dokąd zmierzam z tą moją pisaniną.

Czego muszę się nauczyć?

To pytanie wynika z obu poprzednich. Pierwsze wymusza odkrycie dobrych i złych stron. Moje słabe punkty wymuszają u mnie pracę nad sobą. Drugie pytanie sprawia, że czuję potrzebę sprecyzowania celów, a żeby dotrzeć do niektórych z nich, trzeba posiąść jakąś tajemną wiedzę.
Moje życie składa się więc w dużym stopniu z nauki. Skończyłam etap typowo edukacyjny – studia. Nie odcinam się jednak w stu procentach od samego procesu uczenia się. Różnica jest taka, że moją wiedzę i umiejętności będę weryfikować już wyłącznie ja. Nie nauczyciele, nie profesorowie.
Stawianie sobie nowych celów zmusza mnie do ustalania listy rzeczy do nauczenia się. W końcu trzeba mieć pewne podstawy, o czym niejednokrotnie zdążyłam się sama już przekonać. Podstawy można pogłębiać, ale pogłębienie trudno spłycić do podstaw. Da się, ale po co?
***
Taki chaosik mam ostatnio w głowie. Trochę poukładałam, żeby dało się przejść przez mój tok myślowy. Na żadne z pytań nie odpowiedziałam. Tak szczerze, to każde zdanie rodziło w mojej głowie milion nowych pytań. Ale na dzisiaj już starczy.
Trupia farma, czyli miejsce, które chciałabym zobaczyć, ale nie

Trupia farma, czyli miejsce, które chciałabym zobaczyć, ale nie

Jakieś pół roku temu z haczykiem dołączyłam do różnych społeczności wymieniających się książkami i sprzedających je. I dopóki tego nie zrobiłam, nie miałam pojęcia, że w obecnie jakieś względnie nowe książki (kilku- lub kilkunastoletnie) mogą być uznawane za białe kruki. A jednak. Jedną z takich książek jest Trupia farma. Sekrety legendarnego laboratorium sądowego, gdzie zmarli opowiadają swoje historie.

Trupia farma (jak będę ją nazywać w dalszej części tekstu) to książka, która na Allegro stoi po 100-160 zł. Nie jest to kwota mała, a ja nie wydałabym jej na pojedynczą książkę. Udało mi się upolować ją w bibliotece i za to właśnie kocham to miejsce.

Kiedyś w głowie Billa Bassa pojawiła się nieśmiała myśl, która szybko mu umknęła. Po latach objawiła się naukowcowi na nowo i pozwoliła stworzyć miejsce, które niektórych obrzydza, innych przeraża, pozostałych intryguje. A może wszystko na raz. Bo jakie emocje może wywołać kawałek ziemi, na którym leżą rozkładające się ludzkie ciała?

 

Po Trupiej farmie spodziewałam się dość nudnego sprawozdania z działalności Ośrodka Antropologii Sądowej. W końcu ileż można o czymś takim pisać? Kilka stron o powstaniu, kilkanaście o działaniu, a jakieś dwie o problemach. Po co drążyć temat?
A po to, żeby z przyjemnością czytało się kolejne strony. Bill Bass prowadzi nas przez swoje życie, od momentu, w którym zmienił plany życiowe i ukierunkował się na antropologię sądową, przez rozwój kariery, stworzenie namiastki trupiej farmy i w końcu zdobycia światowej sławy w swojej dziedzinie. Wszystko w formie długiego monologu podzielonego na krótsze rozdziały.
Czytając Trupią farmę, miałam wrażenie, że spotkałam się z autorem w kawiarni i słucham jego życiowej opowieści, żywo wpatrując się w jego pełną mimiki twarz. Nawet, jeśli rozkładające się ciała nie są wdzięcznym tematem i nie w każdej sytuacji da się bez obrzydzenia słuchać niektórych fragmentów, jest to książka, którą powinien przeczytać każdy amator seriali takich jak CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas albo kryminałów policyjnych. Można w niej znaleźć sporo informacji na temat anatomii człowieka, ale też wpływy urazów na kości, miejsca leżenia ciała na proces rozkładu. Mmmm.
Choć Trupia farma to przede wszystkim historia samego Billa Bassa, wciąż wspomina on o swoich mentorach, studentach, podopiecznych i współpracownikach. Dzięki temu można zdać sobie sprawę z tego, że rozwój nauki nie jest spowodowany jedną osobą, ale ciężką pracą wielu pokoleń naukowców.
Na szczęście wydawnictwo ZNAK jesienią wznawia druk książki i już w tym roku będę mogła kupić własny egzemplarz za kwotę dużo mniejszą niż minimalne 100 złotych na Allegro. A jest to pozycja, której w mojej biblioteczce nie może zabraknąć.
Podsumowanie czerwca, czyli sama już nie wiem

Podsumowanie czerwca, czyli sama już nie wiem

Tegoroczny czerwiec jakoś mnie nie zachwycił. Generalnie zaczynałam go z perspektywą braku mieszkania na lipiec, braku pracy, niedokończoną pracą magisterską i strachem, że nie wyrobię się z dokumentami do obrony. Niezbyt ciekawy początek, prawda? W stanie ogólnego zdołowania trwałam niemal do końca miesiąca, aż w końcu ostatni tydzień czerwca dość mocno zmienił moją sytuację.


Tym razem podsumowanie miesiąca będzie nieco inne, bo nie skupię się tylko na kulturalnych aspektach mojego życia. Z góry powiem też, że nie obejrzałam ani jednego filmu, a nawet, jeśli obejrzałam, to nie zapisałam. Co jest trochę nierealne, biorąc pod uwagę, że zapisuję ostatnio wszystko.

KSIĄŻKI

Z tego, co widzę, przeczytałam trzy i jedną trzecią książki.

Instytut – Jakub Żulczyk

Pierwszą książką, którą skończyłam w czerwcu, był Instytut Jakuba Żulczyka. Dokładnie książkę recenzowałam już na blogu, więc zainteresowanych zapraszam.
 
Agnieszka, główna bohaterka, odkrywa pewnego dnia, że została wraz ze współlokatorami uwięziona w swoim mieszkaniu. Instytucie. Krata do klatki schodowej jest zamknięta, winda nie działa, a w telefonach brakuje baterii i kart SIM. Kable do internetu zostały poprzecinane. Kto jest odpowiedzialny za to uwięzienie i jaki ma cel?
W książce Żulczyka przede wszystkim rzucił mi się w oczy bardzo surowy i wulgarny język. Nie jest to powieść, która spodoba się każdemu.

Pies Baskerville’ów – Sir Arthur Conan Doyle

W czerwcu, dzięki Wydawnictwu MG, miałam możliwość powrócić do jednej z najlepszych powieści, jakie czytałam w całym życiu. Pies Baskerville’ów okazał się równie wciągający, jak niemal piętnaście lat wcześniej. Tę książkę również recenzowałam już na blogu.
Do mieszkania przy 221B Baker Street przychodzi wiejski lekarz, prosząc Sherlocka Holmesa o pomoc z rozwikłaniu zagadki, która swoje źródła ma w pewnej lokalnej legendzie. Doktor John Watson wybiera się w roli „oczu i uszu” do posiadłości Baskerville’ów i towarzyszy dziedzicowi fortuny, któremu najwyraźniej grozi niebezpieczeństwo.
Pies Baskerville’ów to powieść, która udowadnia, że klasyki też mogą być ciekawe i niezwykle klimatyczne. Wszystkim amatorom współczesnego kryminału i dreszczowców mogę tę książkę z czystym sumieniem polecić. Wspaniała!

Trupia farma – Bill Bass, Jon Jefferson

I trzecią książką, którą kończyłam w lipcu, była Trupia farma, czyli wspomnienia założyciela Ośrodka Antropologii Sądowej Uniwersytetu Tennessee. Na szczęście udało mi się znaleźć ją w bibliotece, bo książka ta uważana jest za białego kruka wśród współczesnych poszukiwaczy książek. Wspomnę tylko, że we wrześniu Wydawnictwo ZNAK wznawia druk Trupiej farmy, więc będzie ją można kupić za 30-40 zł, a nie za 200 zł, jak obecnie na Allegro można znaleźć.
Generalnie w Trupiej farmie trudno opisać fabułę. Są to przede wszystkim wspomnienia Billa Bassa spisane w kolejności chronologicznej. Można się dowiedzieć, jak wyglądała kariera naukowca, historia powstania Trupiej farmy i niektóre ciekawsze sprawy, którymi Bill Bass zajął się w trakcie swojej owocnej kariery.
W książce tej między wierszami przebija niezwykły charakter naukowca. Przez narrację ma się wrażenie, że słucha się naprawdę długiego monologu człowieka, który wiele przeszedł, wiele się nauczył i ma ogromny szacunek dla otaczającego go świata. Wielokrotnie wspomina swoich studentów, którzy dzięki jego wsparciu sami opracowali jakieś metody badawcze.
Nie wspomniałam jeszcze o najważniejszym. Trupia farma to miejsce, gdzie w różnych warunkach leżą ludzkie ciała, a naukowcy badają proces rozkładu i wszystko, co może przydać się w szukaniu sprawców zbrodni. Więc nie jest to książka dla każdego. Myślę, że fani współczesnych kryminałów powinni sięgnąć po tę pozycję, aby zobaczyć proces badania zwłok od nieco innej strony.
Dokładniejsza recenzja pojawi się w najbliższym tygodniu na blogu.

Wotum nieufności – Remigiusz Mróz

Po przeczytaniu wielu dobrych opinii o Wotum nieufności Remigiusza Mroza, postanowiłam sama przekonać się o wyjątkowości tej powieści. Przerwałam czytanie w jednej trzeciej i raczej do tej książki nie wrócę. Nie jest to moja bajka, bo polityka w każdym wydaniu wydaje mi się strasznie topornym tematem. I nawet przyjemny język nie uratował dla mnie Wotum nieufności. Nie uważam jednak, że jest to zła książka. Ma sporo zalet, takich jak dość prosty język i generalnie tłumaczenie niektórych mechanizmów polityki. Jednak dla osoby tak bardzo nie lubiącej polityki, jak ja, bardzo nużąca lektura.

SERIALE

Jeśli chodzi o tę ulubioną część moich comiesięcznych podsumowań, tym razem odrobinę się zawiodłam, ale nie na serialach, tylko na samej sobie. Jak pewnie wiesz, uwielbiam seriale i nie boję się zaczynać nowych i sięgać po te starsze. W czerwcu jednak nie zaczęłam oglądać żadnego nowego serialu. Wracałam do dobrze mi znanych i kontynuowałam już rozpoczęte.

Na początku tej części przyznać się muszę, że uwielbiam francuskie seriale kryminalne. Może nie wszystkie, bo widziałam zaledwie cztery albo pięć, ale to, co udało mi się zobaczyć, polubiłam. Dlatego w czerwcu postanowiłam wrócić do znanych mi już doskonale seriali, które stały się w pewnym sensie moim guilty pleasure, do którego średnio chętnie się przyznaję. Ale tak już chyba z tymi guilty pleasures jest…

Kamienie śmierci

Kamienie śmierci to jeden z tych seriali, które znam niemal na pamięć. Wiem dokładnie, kiedy przymknąć oczy, żeby nie zobaczyć czegoś ohydnego i kiedy mogę się spodziewać gołych piersi na ekranie.

Marie Kermeur wraca na swoją rodzinną wyspę, aby wyjść za mąż za swojego kolegę z dzieciństwa i słynnego żeglarza. W przeddzień jej ślubu ginie jej brat, a owiane legendą kamienie zaczynają krwawić. Brat Marie okazuje się pierwszą ofiarą z wielu. Kim jest morderca i jaki ma cel?

Kamienie śmierci poznałam w czasach, kiedy namiętnie oglądałam niemiecką telewizję, która bardzo często pokazuje filmy i seriale produkcji francuskiej. Zaintrygował mnie od pierwszych chwil i złapał w swoje sidła. Lubię go przede wszystkim za specyficzny klimat francuskiego serialu kryminalnego i legendę, na której wszystko się opiera. Świetny i stosunkowo krótki, więc z pewnością przyciągnie uwagę niejednej osoby. Minusem jest to, że w tym momencie można go obejrzeć tylko na YouTube. W najgorszej możliwej jakości.

Horoskop śmierci 1 i 2

Kolejnym serialem z grupy tych kryminalnych francuskich jest Horoskop śmierci. Koszmary z nim związane nawiedzały mnie kiedyś co noc. I myślę też, że to on właśnie przyczynił się do tego, że później zafascynowali mnie seryjni mordercy.

Głowa bogatej rodziny postanawia przedstawić światu swoją nieślubną córkę, Esther. Nie wszystko idzie jednak po jego myśli. Przyjęcie, na którym chciał to zrobić, zostaje przerwane wypadkiem i zaginięciem. Okazuje się, że ktoś upatrzył sobie rodzinę Saint-Andre i zabija jej kolejnych członków według pewnego schematu.

Podobnie, jak w Kamieniach śmierci dostajemy tu niezwykły klimat i wszechobecną niepewność o życie, ale też o pieniądze. Tym razem fabuła dotyczy bogatej rodziny, która chowa przed światem niejeden sekret, a nieślubna córka Gabriela to dopiero początek.

Poza tym kontynuowałam Doktora Who i w końcu zakończyłam przygodę ze Słodkimi kłamstewkami na zawsze. No prawie… być może podzielę się jeszcze moimi wrażeniami.

I TROCHĘ PRYWATY

Być może ten czerwiec zapisze się w mojej historii jako jeden z najlepszych miesięcy w moim życiu. Nie wykluczam tego. Lubię, jak dużo się dzieje, a muszę przyznać, że te 30 czerwcowych dni obfitowało w całą masą wydarzeń. Dobrych i złych oczywiście, ale w ostatecznym rozrachunku dobre wygrywają.

Jak już napisałam na początku, zaczynałam czerwiec w dość nieciekawym stanie psychicznym. Perspektywa zakończenia tego wspaniałego okresu w życiu, jakim były studia, nie napawała mnie optymizmem. Tym bardziej, że moja praca magisterska nie zadowalała mnie w żadnym stopniu. A czas się kończył. Jednak pracę skończyłam na czas, poprawek nie było dużo, dostałam więcej niż zadowalającą mnie ocenę od promotora, od recenzenta również, więc mogłam już w ostatnim tygodniu czerwca odetchnąć z ulgą.

Poszukiwanie mieszkania również dało mi się we znaki. Serio. Kto nigdy nie szukał mieszkania, nie zrozumie, jak trudne i absorbujące czas to zadanie. A ponieważ chciałam wynająć mieszkanie, to miałam też pewne wymagania co do jego wyposażenia. A w sumie wraz z chłopakiem mieliśmy kilka wymagań, z których nie byliśmy w stanie zrezygnować. Dobrze skomunikowane położenie, piekarnik (ostatni rok żyłam bez niego i żołądek mi ściskało na widok niektórych przepisów), prysznic i kuchenka nieindukcyjna. No i oczywiście cena w miarę logiczna. Szukałam prawie cały czerwiec, aż w ostatnim tygodniu znalazłam. I właśnie stąd dzisiaj piszę.

Post udostępniony przez Patrycja Norek (@zielona_malpa)


Trzecim ważnym elementem była praca. Już nie ta magisterska, ale zarobkowa. Tu miałam najtwardszy orzech do zgryzienia. Byłam na kilku rozmowach i zawsze coś nie stykało. Na jednej z rozmów trudno było mi się skupić, bo pani, która przeprowadzała na mnie testy psychologiczne, miała bardzo duże piersi i równie wydatny dekolt. Musiałam wyglądać dość komicznie. Faceci chyba z wiekiem uczą się ukrywać zbiegający wzrok. Ja tej umiejętności nie posiadłam. Finalnie dostałam tę pracę. Tego samego dnia dowiedziałam się, że dostałam się na drugi etap rozmowy w innej firmie, na pracy w której zaczęło mi zależeć w momencie, kiedy wysłałam CV. Pierwsza ze wspomnianych firm należy do branży IT. Druga w pewnym sensie do branży budowlanej. Zgadnij, do której mi bliżej po Inżynierii Materiałowej? Podjęłam więc ryzyko i zrezygnowałam z pracy w firmie pierwszej. I myślę, że dobrze zrobiłam, bo zatrudnili mnie w drugiej. I zgadnij, kiedy? W ostatnim tygodniu czerwca.

I jedynie dokumentów do obrony nie udało mi się dostarczyć zgodnie z moim planem. Chciałam załatwić wszystko, a jakże, w ostatnim tygodniu czerwca, jednak recenzent dostarczył ocenę promotorowi jeden dzień za późno a w piątki dziekanat jest nieczynny. Więc załatwiłam to już w lipcu na spokojnie.

Jak widać, czerwiec był pełny wrażeń, a na czytanie pozostało mi mało czasu. Ten czas, który miałam, wykorzystałam w pełni. Niedługo przywiozę do Wrocławia znaczną część mojej biblioteczki i w końcu będę mogła zabrać się za czytanie tych nieszczęśliwie leżących na regale książek. Bo książka nieczytana to książka nieszczęśliwa.

Pająk, czyli mój podziw dla stylu życia, o ile można to tak nazwać

Pająk, czyli mój podziw dla stylu życia, o ile można to tak nazwać

Dzisiaj mały powrót do przeszłości i wpis ze starego bloga. Okazało się, że moja przeprowadzka trwa dłużej, niż zakładałam, a na nowym mieszkaniu internet musi jeszcze przyjechać, więc dzisiaj uraczę was dawnymi przemyśleniami nad życiem pająków. Za absolutny brak stylu sorry, not sorry. Data wpisu na starym blogu: 27. sierpnia 2015 roku.
pająk życie przemyślenia zielona małpa

Wczoraj wieczorem, kiedy szykowałam się do pójścia do łóżka, w łazience zaraz koło lustra dostrzegłam grubego pająka. Mimo że jestem kobietą, nie boję się pająków, a przynajmniej tych, które widuję na co dzień. Co innego powiedziałabym pewnie, gdybym znalazła się nagle w Australii, gdzie pająki są wielkości dłoni.
Podczas mycia zębów obserwowałam tego pajączka, jego pracę nad siecią, produkcję włókna, które jest bardziej wytrzymałe niż większość materiałów zaprojektowanych przez najlepszych inżynierów. Zdałam sobie sprawę, że budowa domu, zdobywanie pożywienia i cały cykl życia pająk ma zapisane w genach. Nie potrzebuje rozrywek w postaci muzyki, seriali, sportu. Żyje, by umrzeć.
Ludzie studiują po kilka lat, zanim będą w stanie zaprojektować zwykłą szopę (nie mówię o wyjątkowo uzdolnionych, ale przeciętnych), a co dopiero prawdziwy, piękny dom z ozdobnymi balustradami. Pomyślcie ile osób potrzeba, aby w pełni taki dom wybudować? Ktoś musi zaprojektować, dobrać materiały, dopilnować pracowników na budowie, kto inny jest odpowiedzialny za elektrykę, a kto inny za hydraulikę. A pająk wszystko robi sam. Bez wykształcenia.
W kolejnym życiu, jeżeli takie istnieje, chciałabym być pająkiem.
EDIT 2017:
Droga Patrycjo z 2015 roku, ale ty jesteś niedorozwinięta!

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa