Kategoria: Bez kategorii

Randka z Bondem – Doktor No (1962)

Randka z Bondem – Doktor No (1962)

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami małą recenzją na temat pierwszego filmu z serii o agencie Jamesie Bondzie.

Doktor No
James Bond – Sean Connery
Dziewczyna Bonda – Ursula Andress
Miejsce akcji: Jamajka, Wielka Brytania
Reżyser: Terence Young
Rok produkcji: 1962
Broń: Beretta M1934, Walther PPK, Walther Olympia
Samochód: Sunbeam Alpine
Gadżety: brak
Wyróżnijmy kilka stałych (albo prawie stałych) elementów, które powtarzają się w poszczególnych filmach:
Sekwencja początkowa (scena, w której James Bond idzie, a my widzimy go z wnętrza gwintowanej lufy pistoletu, James Bond odwraca się w naszym kierunku, strzela i ekran zostaje zalany krwią)
Sekwencja przedtytułowa (kilkuminutowa scena, w której nasz agent kończy poprzednią misję)
Zwroty:
  • Nazywam się Bond. James Bond.
  • Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane.
Przedstawienie gadżetów (Q pokazuje Bondowi najnowsze wynalazki szpiegowskie (które każdy chciałby mieć, przyznajcie się) i demonstruje ich możliwości)
James Bond powróci w… – tekst, który pojawia się na końcu filmu. Najczęściej podany jest tytuł kolejnego planowanego filmu.
A więc:
Sekwencja początkowa – pojawia się w tym filmie po raz pierwszy. Jak widać cieszyła się powodzeniem, ponieważ do dziś jest jednym z najbardziej kojarzących się z agentem 007 elementów
Sekwencja przedtytułowa – nie pojawia się w Doktorze No
Zwroty:
  • Nazywam się Bond. James Bond. – Pojawia się. Prawdopodobnie nasz agent zainspirował się sposobem, w jaki przedstawiła się przy stole pokerowym Sylvia Trench: 

– I admire your courage Miss? 
– Trench. Sylvia Trench. I admire your luck, Mister? 
– Bond. James Bond

  • Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane. – James wypowiada tę kwestię.
Przedstawienie gadżetów – w pierwszym filmie o moim ulubionym agencie nie było niestety żadnych ultranowoczesnych gadżetów, ani nie pojawił się Q (zamiast niego był bezimienny mężczyzna).
James Bond powróci w… – napis nie pojawił się. Być może na początku nie spodziewano się takiego sukcesu i dlatego nie zaplanowano kolejnych filmów.

Co do filmu, to można ogólnie powiedzieć, że jest on raczej nudny. Przez znaczną część filmu James Bond po prostu świetnie wygląda.
Na samym początku jest scena, w której zostaje postrzelony telegrafista. Moją uwagę zwróciła tu głównie pomarańczowa krew. Kałuża pomarańczowej krwi. Dziś wydaje się nam to może śmieszne, bo scenarzyści prześcigają się w pomysłach na jak najbardziej realną krew, wtedy jednak często wystarczał jakikolwiek czerwony płyn.
Na plus przemawia tu dziewczyna Bonda, Honey, kobieta wysoka, szczupła i piękna, mimo dość szerokich ramion. Z lekko obcym akcentem i nieufnym uśmiechem zdobyła moją sympatię.
Sam przeciwnik Bonda – Doktor Julius No – jest w połowie Niemcem, a w połowie Japończykiem. Jest człowiek bezwzględny i bez uczuć. Został świetnie ucharakteryzowany na półjapończyka będąc kanadyjskim aktorem. Doktor wspomina o WIDMIE, czyli SPECTRE, organizacji terrorystycznej, dla której pracuje. Jest to ta sama organizacja, od której wziął tytuł najnowszy film o moim ulubionym agencie.
Samego 007 było w tym filmie mało. Nie chodzi mi o jego obecność na ekranie, ale o jego charyzmę, zachowanie w niektórych sytuacjach oraz sposób walki i przebiegłość. Myślę, że ta postać w dużym stopniu rozwinęła się w kolejnych filmach.

Film polecam, nie będę się bawić w ocenianie, gdyż za każdym razem skala, choć taka sama, wydaje mi się inna i dawanie stosunkowo obiektywnych ocen wydaje mi się niemal niemożliwe.

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

Nic, tylko uciekać

Nic, tylko uciekać

Nie jestem pewna, czy dobrze usłyszałam w radiu, że teraz dzieci, które będą miały naganną ocenę z zachowania po raz drugi z rzędu na koniec roku, dostają promocję do następnej klasy. Jeżeli jest to prawda, to brawo, nauczmy dzieci, że nie warto się dobrze zachowywać, bo i tak dostanie się to, czego się chce. Wychowajmy pokolenie, które nie ma za grosz dyscypliny i uważa, że nie warto się uczyć, bo po co, skoro z jedynką też można przejść do następnej klasy. Uważam, że polski system edukacji idzie w złym kierunku i coś powinno się zmienić w końcu na lepsze. Ileż można podejmować fatalnych decyzji? Ja na szczęście uniknęłam wpływu decyzji Romana Giertycha, na którego tak bardzo narzekałam, gdy musieliśmy przez niego nosić brzydkie kamizelki w ramach mundurków szkolnych. Szkoda mi dzisiejszych dzieciaków.

 

Pozdrawiam,

Zielona Małpa

 

 

Powrót do… trzeźwości

Powrót do… trzeźwości

Wczoraj, a tak naprawdę w niedzielę, wróciłam znad morza. Naszego polskiego morza. Pojechaliśmy tam z chłopakiem wraz z grupą znajomych i aż żal było wracać. Udało nam się trafić na prawie idealną pogodę – dość wysokie temperatury, jak na Bałtyk i dosyć ciepłą wodę. Poza jednym dniem wszystkie nadawały się na plażowanie. Byliśmy w Mrzeżynie, gdzie morze zjadło kawał plaży o szerokości nawet 30 m.

Zaletą Mrzeżyna była właśnie plaża. A właściwie jedna z dwóch. Plaża na wschód od portu była mocno zaludniona, prawie rodem z telewizji, parawan przy parawanie, a ta na zachód była prawie pusta. Tam przychodzili tylko ludzie, którzy mieszkali po tej stronie Mrzeżyna, bo z drugiej strony przychodziła cała reszta – a ta część miejscowości była o wiele bardziej zaludniona przez turystów. My plażowaliśmy po zachodniej stronie, dzięki czemu mieliśmy możliwość pogrania w piłkę, swobodnego rozłożenia się, a jednocześnie mieliśmy dobry widok na nasze rzeczy, więc mogliśmy wszyscy iść do wody.

Byliśmy tam prawie tydzień, z czego każdy dzień zakrapialiśmy alkoholem. Normalnie nie lubię pić, bo mam wrażenie, że moje zmysły nie są dość ostre i łatwo jest mną manipulować. Jednak postanowiłam, że dołączę się do nich, nie będę odstawać, a być może dostanę w ten sposób namiastkę Woodstocku, na którym w tym roku nie byłam. W każdym razie bawiliśmy się świetnie zarówno na plaży, jak i wieczorem przy piwie czy whisky.

Załapaliśmy się również na piękny zachód słońca.

2015-08-12 20.49.31

W nocy, z 12. na 13. sierpnia poszliśmy w ósemkę na plażę, by oglądać “spadające gwiazdy”. Dawno nie przeżyłam nic bardziej romantycznego, niż leżenie z chłopakiem na kocu na plaży i patrzenie w niebo. Rozłożyliśmy się w niewielkim oddaleniu od reszty grupy, aby mieć chwilę dla siebie na tym grupowym wyjeździe. Jak dla mnie był to najlepszy moment tej wycieczki.

Pojechaliśmy również do Kołobrzegu, gdzie połaziliśmy trochę i nacieszyliśmy oczy widokami z latarni morskiej.

Jednego wieczoru udaliśmy się do Port Pubu w Mrzeżynie, czyli jedynego klubu w tej miejscowości. Muzyka, jaką tam puszczali, była tak skrajnie różna, że nie dało się nie śmiać. Mogę wyróżnić trzy osoby, które tego wieczoru zawładnęły parkietem:

1. Bosman – starszy mężczyzna w sportowych butach, szortach bermudach w kratkę do kolan, sportowej bluzie, czapce kapitańskiej, z białą brodą i uśmiechem na twarzy. Tańczył on chyba z każdą kobietą na parkiecie, a jego taniec przypominał taniec godowy muszki owocówki.

2. Prawdziwy mężczyzna – człowiek o plecach w kształcie trójkąta rozwartokątnego. Dosłownie. Tańczył ze swoją kobietą, jakby była to ich gra wstępna. Nigdy nie widziałam tak męskiego faceta o tak luźnych biodrach. One były chyba niezależne od reszty ciała. Chyba mi ślinka pociekła.

3. Nowa koleżanka – kobieta po 50. z tlenionymi włosami i bardzo przepalonym i przepitym głosie. Mówiła basem. Dołączyła się do naszej grupki mówiąc do nas jak do starych znajomych. Była bardziej ruchliwa, niż niektóre dwudziestki na sali. Tańczyła hardo nawet, gdy parkiet był puściutki.

Tydzień upłynął dość leniwie i zbyt szybko. Chętnie bym go przedłużyła, ale niestety ludzie mają różne zobowiązania, do których musieli wrócić wcześniej.

Po tych nadmorskich wakacjach jestem naładowana, aby we wrześniu pójść na praktyki i nie zwariować.

To tyle na dziś,

Zielona Małpa

Dobro publiczne

Dobro publiczne

Kiedyś na lekcji religii, jeszcze w gimnazjum, katechetka zaproponowała coś w rodzaju zabawy w ramach rozpoczęcia lekcji. Zadaniem uczniów było uzupełnienie tabeli, która została zapisana na tablicy. Należało przyporządkować informacje słyszane w radiu, czytane w gazetach czy oglądane w telewizji do odpowiedniej kolumny: “dobro” i “zło”.

W efekcie końcowym złe informacje zapełniły całą kolumnę, a dobre ledwie zdołały się nagromadzić. Lekcja z tego była taka, że częściej słyszymy złe informacje niż dobre. Złe informacje łatwiej się przekazuje. Zło jest bardziej widoczne od dobra.

Lubię obserwować ludzi dookoła. Teraz, kiedy jestem w domu na wakacje, a nie we Wrocławiu, nie mam tyle okazji do obserwacji, dlatego odblokowałam kilka profili na facebooku. Trzeba w końcu dbać o swoje zmysły.

Zauważyłam, że ludzie bardzo lubią się chwalić, że zrobili coś wspaniałomyślnego, dobrego, bezinteresownego. W sumie, to może to zainspirować kogoś do równie dobrego postępowania. Wydaje mi się jednak, że takie osoby chwalą się głównie po to, aby zdobyć aprobatę otoczenia. Dowartościować się. Wtedy jednak nasz dobry uczynek przestaje być bezinteresowny. Nadal jest dobry, ale chyba ma się z tego mniejszą satysfakcję.

Bądźmy dobrymi ludźmi.

Pozdrawiam,

Zielona Małpa

Uzależnienie XXI wieku

Uzależnienie XXI wieku

Troszkę dobija mnie, że Internet, a w szczególności Facebook, Twitter i różne podobne strony, stały się miejscem, gdzie świat dowiaduje się o zaręczynach Kasi, zanim rodzice Kasi się o nich dowiedzą, albo znajomi Kasi, spotkani raz jedyny na wycieczce do Krakowa, widzą zdjęcie z ultrasonografu dziecka Kasi, zanim jej rodzice w ogóle dowiedzą się, że ich córka jest w ciąży, albo nawet w ogóle ma chłopaka.

Świat trochę zwariował. Po co wystawiać się swoją prywatność na dyskusję innych osób aż w takim stopniu? Rozumiem, że każdy chciałby się pochwalić, że był na Bahamach, czy w Honolulu. To zrozumiałe, bo ludzie chwalili się tym od zawsze. Czasem mam wrażenie, że niektórzy znajomi nie jadą na urlop, aby odpocząć, ale po to, by przebić swoich znajomych. Z mojej perspektywy jet to śmieszne, ale sama też czuję presję, żeby czymś się pochwalić od czasu do czasu. Bez tego nie istnieję, bo nie jestem dość interesująca. Wiadomo.

W pewnym momencie obnażania swojej prywatności dochodzi się do “etapu”, w którym trzeba pochwalić się kupką dziecka, bo akurat nic ciekawszego się nie wydarzyło. A nie każdy chce to oglądać. Social media uzależniają. I to równie mocno, co alkohol i papierosy. Robią to jednak znacznie subtelniej. Nie dajmy się w to wciągnąć.

Pozdrawiam,

Zielona Małpa

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa