Wczoraj, a tak naprawdę w niedzielę, wróciłam znad morza. Naszego polskiego morza. Pojechaliśmy tam z chłopakiem wraz z grupą znajomych i aż żal było wracać. Udało nam się trafić na prawie idealną pogodę – dość wysokie temperatury, jak na Bałtyk i dosyć ciepłą wodę. Poza jednym dniem wszystkie nadawały się na plażowanie. Byliśmy w Mrzeżynie, gdzie morze zjadło kawał plaży o szerokości nawet 30 m.

Zaletą Mrzeżyna była właśnie plaża. A właściwie jedna z dwóch. Plaża na wschód od portu była mocno zaludniona, prawie rodem z telewizji, parawan przy parawanie, a ta na zachód była prawie pusta. Tam przychodzili tylko ludzie, którzy mieszkali po tej stronie Mrzeżyna, bo z drugiej strony przychodziła cała reszta – a ta część miejscowości była o wiele bardziej zaludniona przez turystów. My plażowaliśmy po zachodniej stronie, dzięki czemu mieliśmy możliwość pogrania w piłkę, swobodnego rozłożenia się, a jednocześnie mieliśmy dobry widok na nasze rzeczy, więc mogliśmy wszyscy iść do wody.

Byliśmy tam prawie tydzień, z czego każdy dzień zakrapialiśmy alkoholem. Normalnie nie lubię pić, bo mam wrażenie, że moje zmysły nie są dość ostre i łatwo jest mną manipulować. Jednak postanowiłam, że dołączę się do nich, nie będę odstawać, a być może dostanę w ten sposób namiastkę Woodstocku, na którym w tym roku nie byłam. W każdym razie bawiliśmy się świetnie zarówno na plaży, jak i wieczorem przy piwie czy whisky.

Załapaliśmy się również na piękny zachód słońca.

2015-08-12 20.49.31

W nocy, z 12. na 13. sierpnia poszliśmy w ósemkę na plażę, by oglądać “spadające gwiazdy”. Dawno nie przeżyłam nic bardziej romantycznego, niż leżenie z chłopakiem na kocu na plaży i patrzenie w niebo. Rozłożyliśmy się w niewielkim oddaleniu od reszty grupy, aby mieć chwilę dla siebie na tym grupowym wyjeździe. Jak dla mnie był to najlepszy moment tej wycieczki.

Pojechaliśmy również do Kołobrzegu, gdzie połaziliśmy trochę i nacieszyliśmy oczy widokami z latarni morskiej.

Jednego wieczoru udaliśmy się do Port Pubu w Mrzeżynie, czyli jedynego klubu w tej miejscowości. Muzyka, jaką tam puszczali, była tak skrajnie różna, że nie dało się nie śmiać. Mogę wyróżnić trzy osoby, które tego wieczoru zawładnęły parkietem:

1. Bosman – starszy mężczyzna w sportowych butach, szortach bermudach w kratkę do kolan, sportowej bluzie, czapce kapitańskiej, z białą brodą i uśmiechem na twarzy. Tańczył on chyba z każdą kobietą na parkiecie, a jego taniec przypominał taniec godowy muszki owocówki.

2. Prawdziwy mężczyzna – człowiek o plecach w kształcie trójkąta rozwartokątnego. Dosłownie. Tańczył ze swoją kobietą, jakby była to ich gra wstępna. Nigdy nie widziałam tak męskiego faceta o tak luźnych biodrach. One były chyba niezależne od reszty ciała. Chyba mi ślinka pociekła.

3. Nowa koleżanka – kobieta po 50. z tlenionymi włosami i bardzo przepalonym i przepitym głosie. Mówiła basem. Dołączyła się do naszej grupki mówiąc do nas jak do starych znajomych. Była bardziej ruchliwa, niż niektóre dwudziestki na sali. Tańczyła hardo nawet, gdy parkiet był puściutki.

Tydzień upłynął dość leniwie i zbyt szybko. Chętnie bym go przedłużyła, ale niestety ludzie mają różne zobowiązania, do których musieli wrócić wcześniej.

Po tych nadmorskich wakacjach jestem naładowana, aby we wrześniu pójść na praktyki i nie zwariować.

To tyle na dziś,

Zielona Małpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail