Jak w tytule wpisu, mam ogromny sentyment do sadzonych jajek. Ktoś może spytać, dlaczego? Otóż była to pierwsza potrawa, którą nauczyłam się robić (nie wliczam tu żadnych ciast i ciastek, bo tego uczyłam się praktycznie od dzieciństwa). Pamiętam dumę, jaka towarzyszyła mi, gdy moje pierwsze jajka sadzone wyszły pyszne.
U mnie w domu poza tatą wszyscy tolerują jedynie ścięte żółtka, więc zawsze smażyłam wszystko z dwóch stron. Dopiero z czasem odkryłam, że płynne żółtko jest idealne. Od tamtej pory, gdy robię jajka sadzone, część smażę dwustronnie, a część nie.
Ciekawe jest to, że stosunkowo późno nauczyłam się robić jajecznicę. Nie bardzo za nią przepadam, więc z własnej woli raczej nigdy jej nie robiłam. Dopiero na studiach, gdy przycisnął głód, postanowiłam się nauczyć „sztuki jajecznicy”. Początkowo z dość nieciekawym efektem. Z czasem było jednak coraz lepiej.
Pozdrawiam,
zielonamalpa