Odkąd pamiętam, uwielbiałam burze.

Mieszkam na wsi i za moim domem mam pole, na którym po części rosną sobie ziemniaki, a na reszcie zasiane jest jakieś zboże i mama wydzieliła kawałek ogródka. Gdzieś na tym polu zawsze stoi wielki stóg słomy. Przed burzą, gdy niebo zaczyna pięknie szarzeć, ale chmury nie zasłaniają Słońca, stóg jest oświetlony i na tle szarzyzny wyróżnia się niesamowicie żółtym kolorem. Trudno to opisać, trzeba to zobaczyć.

Samej burzy się nie boję, ani piorunów, ani nawet głośnych grzmotów. Kiedyś zawsze liczyłam ile kilometrów ode mnie jest ta burza. Jeden, dwa, trzy, cztery…

Zdarzyło mi się nawet jakąś burzę przesiedzieć w malutkiej drewnianej… Nawet trudno to chatynką nazwać. Była to taka niewielka budka, która służyła mojemu znajomemu i jego kolegom do ASG. Mniej więcej półtora metra na półtora metra na dwa metry wysokości. Z tym, że całe było to zawalone jakimiś workami i kawałkami materiału. Jedno z najlepszych przeżyć tamtego okresu.

Nigdy się nie chowałam pod łóżko, a jeśli burza złapała mnie w nocy, to spokojnie odłączałam wszystko z prądu i kładłam się z powrotem do wyrka. Z zaśnięciem miałam mały problem, bo jednak grzmoty ciche nie są.

Natomiast już po burzy… Każdy chyba zna i uwielbia powietrze, które w ramach prezentu zostawia nam burza. Przepełnione pachnącym wręcz ozonem. Bardzo odświeżające i nieskazitelnie czyste. Całe napięcie sprzed burzy nagle znika.

Jako dziecko, po burzy albo nawet większej ulewie, zdejmowałam buty i biegłam poskakać po kałużach. Cała byłam brudna, ale za to uhahana jak nigdy.

Dlatego właśnie burze uwielbiam, zamiast się ich bać. Oczywiście nie wyszłabym w jej trakcie z parasolem, czy nawet bez, bo dostać piorunem czy nawet dachówką bym nie chciała.

 

Pozdrawiam serdecznie,

zielonamalpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail