Jestem Ślązakiem. Pierwszym językiem, jakiego używałam była śląska gwara. Potem, jeszcze jako dziecko w przedszkolu, nauczyłam się języka niemieckiego. W podstawówce, kiedy zaczęłam czytać książki, zaczęłam w niewielkim stopniu poznawać język polski. W podstawówce, jako że szkoła była na wsi, nie było problemu z dogadaniem się z nauczycielami w gwarze. W czwartej klasie zaczęłam naukę języka angielskiego, który w liceum wyszlifowałam i wycackałam, jak tylko się dało.

Moja stosunkowo słaba znajomość języka polskiego sprawia mi czasem nieziemskie problemy z dogadaniem się z ludźmi. Jest też powodem, przez który nigdy jeszcze nie kupiłam kalafiora w warzywniaku. Po prostu zawsze zapominam, jak brzmi jego polska nazwa. Dla mnie zawsze będzie to blumkołl, nazwa pochodząca z niemieckiego. Również kalarepa to nie kalarepa, ale oberiba. Nazwa ta nie pochodzi bezpośrednio z niemieckiego, ale jest to sklejka dwóch słów (jak to w niemieckim zdarza się bardzo często) ober – górna, Rübe – burak, czyli coś w rodzaju nadziemnej bulwy.

Z moją gwarą jest też taki problem, że istnieją tu słowa, których nie ma w języku polskim. Do takich należy jakla. Ja używam go do określenia rozpinanego swetra, bluzy, lekkiej kurtki. Kiedyś miałam z tym słowem problem na sprawdzianie. W podstawówce mieliśmy opisać wygląd jednego z kolegów z klasy. Zatrzymałam się na słowie jakla i dalej ani rusz. Nie pasował mi sweter, bo nie ma zamka, kurtka też nie, bo za ciepła, a bluza wydawała mi się nieadekwatna. Skończyło się na rozpinanym swetrze.

Mam też problem z poręczą, która dla mnie jest gelyndrym.

Chciałabym w tym miejscu podziękować mojej współlokatorce, za pomoc w znalezieniu polskich odpowiedników. Dzięki;)

 

 

Pozdrawiam i zapraszam ponownie!

zielonamalpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail