W czwartek, ze względu na święto, postanowiliśmy zrobić rodzinny wypad gdziekolwiek. Po krótkim rozważaniu plusów i minusów kilku miejsc, zdecydowaliśmy się na park linowy w Złotym Stoku.

W tamtejszej kopalni złota byłam już kilkakrotnie, parę razy z rodzicami, raz ze szkoły. Od siebie polecam to miejsce, bo przewodnicy są w porządku i opowiadają wszystko w dość przystępny sposób. Sama kopalnia składa się z dwóch zwiedzalnych części. W drugiej znajduje się podziemny wodospad – ewenement w skali Polski.

Nie byłam tam już ładne parę lat i sam fakt, że tak się wszystko rozbudowało, rzucił mnie na kolana. Kiedy przyjechałam tam po raz pierwszy, była to zwykła kopalnia złota do zwiedzania. Obok stała mennica i tyle pamiętam. Aktualnie znajduje się tam park linowy, tyrolki (zjazdy na linach), Średniowieczny Park Techniki i wiele innych stoisk na stałe, np. płukanie złota. Sama kopalnia również zdążyła się rozwinąć i poszerzyła ofertę o ekstremalne wycieczki, podziemny spływ łodzią, zwiedzanie kopalni z fabułą i przejazd Pomarańczowym Tramwajem. Myślę więc, że jeśli ktoś ma ochotę na wypad w takim stylu, to jest to idealne miejsce – można znaleźć zajęcie na cały dzień.

Ja jednak pojechałam tam konkretnie do parku linowego. Mój brat był tam wcześniej na wycieczce szkolnej, więc nie jechaliśmy w ciemno. Zacznę od cen: uważam, że są one wysokie, ale w grę wchodzi tu bezpieczeństwo, więc nie można na tym oszczędzać. Sam park linowy, czyli “skakanie po drzewach” kosztuje 50 zł, w pakiecie z tyrolkami 90 zł bez zniżki. W tej cenie mamy krótkie przeszkolenie i ponad dwie godziny małpiego raju. Trasa składa się z czterech odcinków. Przejścia między poszczególnymi drzewami tworzą przeszkody do pokonania – większość z nich to kładki, liny, małe tyrolki, siatki. Z dołu wydają się być banalne do przejścia, ale już w górze zamiera serce, szczególnie jeśli ma się lęk wysokości.

Te dwie godziny minęły stosunkowo szybko, ale nie pozostawiły żadnego niedosytu. Czułam zmęczenie w rękach i nogach, ale nie padłam na pysk w połowie. Najwięcej trudności sprawiła mi pajęczyna, widoczna na zdjęciu powyżej, bo dopiero po chwili odkryłam odpowiednią technikę.

Polecam to miejsce osobom, które lubią średnią dawkę adrenaliny. Całość, czyli park i tyrolki, są idealne na spędzenie aktywnego dnia. Największa tyrolka ma niecałe dwa kilometry i na nią nie odważyłabym się wejść. Jedna z nich przebiega bezpośrednio nad parkiem linowym i mój tata zauważył, jak jednej z osób zjeżdżających spadł but. Szkoda buta.

Dodatkowo ośmielę się stwierdzić, że pieniądze idą w park, a nie w las. Zabezpieczenia są dobre, sprzęty nowe i zadbane, a obsługa miła. Samo szkolenie nie polega na tym, że jeden mówi, a reszta słucha, ale każdy musi na własnym sprzęcie udowodnić, że potrafi go używać. Dodatkowo wszyscy muszą przejść przez bardzo krótki odcinek próbny, aby szkoleniowiec mógł ocenić, czy rzeczywiście wiemy o czym mówił. Więc, o ile nie jesteśmy samobójcami (umysłowymi również), to nie ma się czego bać.

 

Pozdrawiam serdecznie:)

zielonamałpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail