Myślę, że życie każdego z nas przypomina trochę sinusoidę – raz jest lepiej a raz gorzej. Niektóre dołki są o wiele głębsze niż pozostałe.

Gdyby życie porównać do białego światła, to okaże się, że ma ono kilka, a nawet kilkanaście płaszczyzn, jak światło barw. Dla każdej z nich można by poprowadzić osobną krzywą na wykresie.

Najniższe dołki w każdej dziedzinie przeważnie kończą się po jakimś czasie i następuje okres poprawy. Niekiedy wychodzimy z dołka sami, innym razem ktoś nam pomaga. Świadomie lub nieświadomie.

Takie wyjście, podniesienie tyłka z depresji, czy nawet wzięcie się w końcu do roboty możemy nazwać naszym małym zmartwychwstaniem. Sama przeżyłam takich kilkanaście, najczęściej dotyczyły one chłopaków i złamanego serca jeszcze w czasach gimnazjum. Tak, je również wliczam, w końcu wtedy strasznie to przeżywałam. Inne dotyczyły różnych okresów zawieszenia, problemów z ludźmi, którzy wcale nie chcieli dla mnie dobrze. Taką osobą była pewna Paulina, z którą zawsze rywalizowałyśmy o najlepsze oceny. Może bardziej ona, bo… W sumie to nie będę oceniać tego po tylu latach. W każdym razie bardzo mnie poniżała i ośmieszała, szczególnie w obecności chłopaka, który mi się podobał. Dodatkowo byłam dość niesprawiedliwie traktowana, ponieważ jej mama była dyrektorem szkoły, do której chodziłyśmy. Paulina zawsze miała więc łatwiej. Udało mi się po tym pozbierać dopiero, kiedy przeszłam na kolejny etap edukacji i nasze drogi się rozeszły.

 

A jakie “zmartwychwstania” przeżyliście Wy? Podzielcie się swoimi historiami.

 

Pozdrawiam,

zielonamalpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail