Opowiem Wam dziś o moim (oby byłym) wykładowcy z analizy matematycznej. W internecie spotkałam się z określeniami “człowiek – jogurt” i “wykładowca w jednym swetrze”. Pierwsza nazwa pochodzi od dawnego zamiłowania wykładowcy do jedzenia jogurtów, nawet w trakcie zajęć. Druga… no cóż… W tym semestrze uznał, że króluje czerń w połączeniu z czernią i na każdych zajęciach miał ten sam, wyciągnięty, czarny sweter.

Jego szafę wyobrażam sobie jak rodem z bajki. Na wieszakach, równiutko wisi kilka dokładnie takich samych swetrów, a tylko w środku każdy ma metkę z dniem tygodnia, na który przeznaczony jest dany ciuch.

Gdyby chodziło wyłącznie o te dwie rzeczy, byłabym w stanie przełknąć wykłady z analizy. Niestety, dodatkowo dochodzi pewna cecha wypowiadania się doktora i ciągłe zbaczanie z tematu. Akcentuje on każde słowo i wypowiada je na tyle wolno, że gdyby był raperem, to jego utwory trwałyby po 10 minut. Z resztą, dokładnie tyle czasu poświęca na konkrety podczas półtorej godziny wykładu. Reszta to jedna wielka dygresja. Raz opowiada coś o greckich polis i starożytnym filozofie, aby tylko powiedzieć nam ile wynosi silnia z 7, innym razem przez piętnaście minut próbuje wymyślić teorię, dlaczego zegar na sali chodzi osiem i pół godziny do przodu.

Wykłady z analizy były najtrudniejszymi do wytrzymania, przeważnie po dziesięciu minutach miałam naprawdę dość. Całe szczęście, że te zajęcia dobiegły końca i nie muszę zdawać egzaminy (cztery grupy – trzy bardzo trudne i czwarta – grupa śmierci). Przy wybieraniu prowadzących na drugi semestr, będę doktora omijała szerokim łukiem.

 

Pozdrawiam serdecznie,

zielonamalpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail