Tag: wydawnictwo SQN

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu – czyli powrót do przeszłości

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu – czyli powrót do przeszłości

recenzja książki anny lange

Kiedy na początku grudnia sięgałam po Clovisa LaFaya. Magiczne akta Scotland Yardu, nie spodziewałam się, że zostanę przez tę powieść wielokrotnie zaskoczona. Chodziła mi po głowie od kilku miesięcy, jednak wciąż nie było albo czasu albo możliwości, żeby ją przeczytać. Aż w końcu nadeszła chwila, abym i ja, po wielu latach, wróciła do wiktoriańskiego Londynu.

 Opis ze skrzydła okładki:

Clovis LaFay ma kłopoty rodzinne. Nieżyjący już ojciec miał reputację czarnego maga, znacznie starszy przyrodni brat jest wrogo nastawiony, a dzieci tego ostatniego… No cóż, na pewne zaburzenia nie ma jeszcze nazw – jest rok 1873 – co nie znaczy, że nie istnieją te zjawiska.
John Dobson, dawny przyjaciel Clovisa i nadinspektor świeżo utworzonej jednostki wydziału detektywistycznego londyńskiej policji metropolitalnej również ma liczne problemy. Z pieniędzmi nie jest najlepiej, z prowincji przyjechała młodsza siostra, podwładni krzywo patrzą na zwierzchnictwo młodego eksporucznika artylerii, a najgorsze, że w Londynie drastycznie brakuje egzorcystów!
Alicja Dobson waha się: zamążpójście czy pielęgniarstwo? Sęk w tym, że konkurenci się nie tłoczą, a zajęcia z magii leczenia na kursie pielęgniarskim okazały się nie całkiem tym, na co miała nadzieję. Clovis LaFay chętnie służy pomocą w tym drugim problemie, a kto wie, może i w pierwszym? Chociaż czegoś się jakby boi…
Już na pierwszych stronach powieści poznajemy tytułowego bohatera. Clovis LaFay okazuje się być niezbyt wyidealizowanym bohaterem. Chudzielec, nie wyglądający na swój wiek, trochę jakby chorowity. Mało męski, jak na obecne standardy. I wiktoriańskie również. Zdecydowanie nie jest on wymarzonym kandydatem na męża, a tym bardziej na zięcia. W końcu jest synem czarnego maga.
Powieść ta ma tak naprawdę trójkę głównych bohaterów – Clovisa, Johna i Alicję Dobson. Każda z postaci jest inna, ma własne cele, własną historię i każdą z nich poznajemy jako indywiduum. Clovis jest tu tym nowym, tajemniczym bohaterem z przeszłością, od której chce się oddzielić, ale jeszcze nie wie, czy będzie w stanie. John Dobson jest typowym starszym bratem, który nie chce ograniczać swojej siostry w dążeniu do jej celów, jednocześnie bojąc się o jej przyszłość i szczęście. Alicja Dobson to młoda kobieta, która zaczyna dostrzegać, że właśnie jako kobieta chciałaby robić coś więcej niż opiekować się chorymi i ograniczyć się do roli ówczesnej kobiety.
Na stronach książki przewija się pojęcie potencjału magicznego. Okazuje się, że w tamtej rzeczywistości niektórzy ludzie rodzą się z pewnymi umiejętnościami, które mogą rozwijać lub też nie. Zależy to od ich decyzji i niestety od ich zamożności. Szkoły magiczne są niestety instytucjami prywatnymi i płatnymi. Są to też czasy, kiedy to kobiety nie miały niemal żadnych praw, początki ich walki o własną wolność. Jedną z nielicznych ścieżek kariery, jaką mogą podążać, jest pielęgniarstwo. A szkoły magiczne w większości krajów przeznaczone są wyłącznie dla chłopców.
Alicja jest tutaj przedstawiona jako sufrażystka, powoli zdająca sobie sprawę, że wcale nie jest gorsza od otaczających ją mężczyzn. Chce się rozwijać, chce rozwijać w sobie umiejętności nekromanckie, mimo że kobiecie nie przystoi. Musi przy okazji stawić czoła różnym przeciwnościom, bo świat nie jest jeszcze gotowy na feministki.
Cała historia jest dość sprawnie przedstawiona. Choć muszę przyznać, że już na początku rzucił mi się w oczy dziwnie precyzyjny styl opisu rzeczywistości. Maksymalna ilość informacji w dość małej objętości to rzadko spotykana forma. Zazwyczaj opisy w powieściach są mocno ubarwiane i rozwlekane. Tu natomiast miałam na początku wrażenie, że kompletnie nie wiem, o czym czytam. Niektóre akapity powtarzałam po kilka razy. Na szczęście informacje zebrane na tych kilku początkowych stronach okazały przyswajalne i dzięki temu dalsza część książki była pestką. Będąc gdzieś w połowie historii zerknęłam na skrzydło okładki, gdzie opisana jest autorka. I tu przeżyłam spore zaskoczenie. Autorką jest doktor habilitowana chemii. W dodatku całe życie pracująca na uczelni w swoim zawodzie i publikująca artykuły naukowe. Po pierwszym szoku zdałam sobie sprawę, że jej precyzja w opisach i niepomijanie nawet oczywistych informacji bierze się właśnie z tego, że tak wygląda każdy artykuł, który czytałam i opracowywałam do pracy inżynierskiej. Po prostu.
Drugie wielkie zdziwienie przeżyłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że autorka jest Polką. Doskonale wykreowany wiktoriański Londyn, wraz z jego klimatem i brudnymi ulicami aż wylewał się ze stron. W dodatku nazwisko pisarki (będące, jak się okazało, jej pseudonimem) można przypisać do osoby z pochodzeniem anglosaskim. I szczerze? Poczułam autentyczną dumę, że dałam się zmylić!
Jedyne, co nie do końca mi się podobało w tej powieści, to bezcelowość. Jakieś wydarzenia, przeczucia, spotkania, opisy. I to wszystko do niczego nie prowadziło. Nie wiedziałam, czy to Clovis będzie z kimś walczyć, czy Alicja w końcu przejdzie samą siebie, a może to Johnowi uda się znaleźć egzorcystów do policji? Dopiero ostatnie kilkadziesiąt stron rozjaśniły moją niepewność.

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu to powieść, która zdecydowanie nie była stratą czasu. Pierwsze strony wymagają pewnego przyzwyczajenia i oczytania. To książka, w której znajdziemy dobro i zło, miłość i nienawiść, magię i pistolety. Coś dla każdego. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji sięgnąć po tę powieść, a magia cię nie odstrasza, warto dać szansę debiutowi Anny Lange. To jak, czytacie?

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa