Wczoraj wybrałam się do Wrocławia, aby zobaczyć się z moją koleżanką. Czekała mnie dwuipółgodzinna jazda pociągiem, w dodatku spółką regio (strasznie trzęsie na moim odcinku), więc, mimo że wzięłam krzyżówki ze sobą, to raczej nie miałam zamiaru ich rozwiązywać. Kupiłam więc sobie Focusa.

Dzisiaj znalazłam krótką wzmiankę o nowej serii marki PONS.

Językowe hity

PONS, marka znana z materiałów dydaktycznych do samodzielnej nauki języków obcych, stworzyła serię “Język na ekranie”. Angielskiego uczymy się oglądając Cztery wesela i pogrzeb, hiszpańskiego – film Volver Almodóvara. Książka zawiera płytę DVD, słowniczki do poszczególnych scen oraz ćwiczenia. (…)”

Moim zdaniem jest to świetny pomysł, aby mając już pewne podstawy, dopracować swój język obcy. Nauka połączona z rozrywką zawsze przychodzi o wiele łatwiej, niż sama nauka, a daje więcej niż tylko zabawa. Poza tym sama jestem w stanie potwierdzić, że taki sposób działa.

Naukę języka angielskiego rozpoczęłam w czwartej klasie podstawówki. Zawsze uważałam, że jest to prosty język, a już z pewnością prostszy niż nasz ojczysty, czy niemiecki (Gdyby nie to der, die, das, to by byli Niemcy z nas.).  W gimnazjum trafiłam na nieciekawą nauczycielkę, jednak dałam z siebie wszystko i w trzeciej klasie udało mi się nawet dostać do etapu wojewódzkiego w konkursie kuratoryjnym. Byłam z siebie dumna, ale tak naprawdę to umiałam angielski na etapie testowo-szkolnym.

Dopiero w liceum przyszedł czas na wielką motywację. Otóż każda klasa została podzielona na dwie grupy – bardziej i mniej zaawansowaną. Wiadomo, że chciałam należeć do tej lepszej. Decydował  o tym test, który pisaliśmy. Znalazłam się dokładnie na granicy pomiędzy grupami i to nauczycielka zadecydowała, że mogę spróbować w lepszej. Pierwszą klasę przetrwałam zdając sobie sprawę, że jestem w swojej grupie najsłabsza, bo największe znaczenie miały odpowiedzi ustne, przy których ledwie coś dukałam. Na początku drugiej klasy spięłam oba pośladki i zaczęłam spędzać więcej czasu przy nauce angielskiego. Ze sprawdzianów nagle posypały się piątki – byłam z siebie dumna. Zaczęłam też pisać teksty piosenek dla koleżanki, spróbowałam swoich sił również z angielskimi tekstami. I, mimo że początki były niesamowicie trudne, udało mi się napisać kilkanaście całkiem niezłych tekstów. W połowie drugiej klasy postanowiłam zrobić jeszcze jeden krok w stronę komunikacji i zaczęłam oglądać filmy tylko z napisami, bez lektora. Wiadomo, że na początku głównie czytałam, ale z czasem filmowy angielski jakoś mi się zasłyszał i mogłam zacząć oglądanie w oryginale – bez napisów. Z serialami zrobiłam to samo (pomijając początkowo Doktora Who, gdyż tam wypowiadają się z brytyjskim i szkockim akcentem, który trudno zrozumieć) i do dziś oglądam wszystko po angielsku.

Dzięki takiemu zaangażowaniu udało mi się zdać maturę z języka angielskiego na sto procent. Co ciekawe, część ustną, mimo że w pierwszej klasie nikt by się ze mną po angielsku nie dogadał, również zaliczyłam na sto procent. Moja nauczycielka złapała mnie po egzaminie na korytarzu i powiedziała, że po moich ocenach i wynikach zdecydowanie widać ilość włożonej pracy. Z tym, że była to nauka połączona z rozrywką, więc nie odczułam tego, jako pracy, od której mięśnie bolą.

 

A co Wy myślicie o takiej nauce języka?

 

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail