Zabijanie zwierząt to dla niektórych najokropniejsza i najgorsza rzecz na świecie. Głównie dla niektórych wegetarian i wegan, którzy mięsa nie tkną, nawet nie mają wyboru. Opowiem Wam jednak jaki jest mój punkt widzenia.

Od urodzenia mieszkam na gospodarstwie rolnym, moi rodzice sprzedają to co wyrośnie na polu i świnie, hodowane pod okiem weterynarza i różnych organizacji z tym związanych. Są ludzie, którzy narzekają na to, że zwierzęta są zamknięte całe swoje życie i nie mają żadnej wolności, hodowane są w okropnych warunkach i tak dalej… Jednak wyhodować odpowiednio duże i zdrowe wieprze, to wcale nie taka prosta sprawa – dawać paszę i wodę. Czasem odnoszę wrażenie, szczególnie przez ostatnie kilka lat, że o zwierzęta w naszym kraju dba się o wiele bardziej, niż o ludzi. Przykład? Znajomi rodziców chcieli kupić córce psa ze schroniska. Najpierw jednak w ich domu musiała odbyć się kontrola, czy piesek będzie miał odpowiednie warunki. Potraktowali go lepiej niż część ludzi…

Natomiast jeśli chodzi o hodowlę świń (oraz uprawę zbóż), to rodzice musieli przebudować niemal calutki chlew, aby każda maciora i każdy knur mogły być traktowane indywidualnie – odpowiednie wymiary chlewika, minimalna wielkość koryta, sprawne i przystosowane idealnie odpływy, wymienione drzwi i wymyślne poidła. Tyle kasy na to poszło, że szkoda gadać… A pominąć się tego nie da, bo co jakiś czas przychodzi kontrola, która sprawdza, czy poczyniono odpowiednie minimalne postępy i czy wszystko spełnia wymagania. To nawet nie jest najgorsze, bo te wymagania, wymiary, wielkości i ilości paszy zmieniają się w zastraszającym tempie. A za wszystkim trzeba nadążać. I na każdy remoncik wydawać niemałą ilość pieniędzy.

Jeśli chodzi o samą sprzedaż świń, to są one ważone i badane przed każdym odbiorem indywidualnie. A firmy kupujące są strasznie nieuczciwe i  nieraz na należące nam się pieniądze trzeba czekać kilka, a nawet kilkanaście miesięcy. W dodatku zaniżają ceny, przez co dostajemy mniej, niż nam się należy.

Trudno opowiedzieć wszystko, co jest z tym związane. Same remonty mogę jednak przedstawić obrazowo. Ja nie bywam często w chlewie, właściwie prawie nigdy. Zapach gnoju jest jednak dość duszący. Kiedy jednak ostatnio tam weszłam, to kompletnie nie poznałam tego miejsca. Tak bardzo się zmieniło.

_______________________________________

Przejdę jednak do rzeczy, która jest, przynajmniej dla mnie, dość przyjemnym i ciekawym wydarzeniem. Otóż około trzy razy w roku robimy sobie świniobicie. Zabijamy jednego, dobrze, lecz też nie za bardzo utuczonego knura i mamy przepyszną wieprzowinę.

Całość zaczyna się dość wcześnie rano, rodzice załatwiają sobie na ten dzień masarza, czyli pana, który zajmuje się przetworzeniem każdego kawałka świni. Kiedyś świniobicie było okazją do napicia się ze znajomym masarzem, który nie oszczędzał na kieliszkach, dziś natomiast zmieniło się tylko to, że pije przy tym trochę mniej.

Niektórym widok martwego zwierzęcia, powieszonego na haku pod sufitem, z krwią kapiącą na kafelki przy odpływie może się wydawać czymś ohydnym, a nawet przerażającym. Jednak na mnie nie robi on większego wrażenia, po prostu wychowałam się z takim widokiem. Nie jestem jednak wariatką, żeby nie było. Na jeden dzień potrafię wyłączyć swoją wrażliwość, inaczej miałabym na wsi ciężkie życie. I nie przeszkadza mi też oglądanie rzeczy, uważanych za ohydne, podczas jedzenia. Czasem tylko, żeby nie wyjść na zdziwaczałą osobę, wzdrygam się, jeśli ktoś akurat patrzy. Tak dla zachowania pozorów.

Na obiad mamy wtedy zupę – wywar z kości i mięsa. Wszystko gotuje się w takim wielkim kotle, do którego cała bym się zmieściła bez problemu. Do zupy najczęściej dorzucam sobie ugotowaną kaszę gryczaną, zwaną u nas krupami i rozgniecioną połówkę ząbka czosnku. I jest to jedna z najlepszych zup, jakie znam. Na drugie danie jest gotowane mięso z tej zupy. Zwiemy je welflajsz. Nie wiem czemu… Jest ono niesamowicie miękkie i świetnie pasuje do niego musztarda. Nawet ta rosyjska. Jem je zawsze z bułką i ogórkami w occie. Przepyszny obiad.

Masarz z mięsa robi kiełbasy, które po uwędzeniu są naprawdę wspaniałe. Z części wyrabia lyjberwuszt, czyli pasztet, którym przez najbliższe kilka tygodni smaruję bułkę na śniadanie. Jest to jedyny pasztet, jaki jestem w stanie zjeść. Z innej części robi preswuszt, czyli salceson. Akurat preswusztu nie lubię, więc trudno mi się na jego temat wypowiedzieć. Duża część mięsa jest zamrażana.

Następnego dnia z mamą robimy rolady. Tym razem wyszło ich około 50. Nieźle natrzaskałam się kotletów, aż ręka bolała.

Tłuszcz, którego taka świnia zwykle ma trochę w zapasie, jest wysmażany i zbierany do czystego wiadra. Z tego mamy smalec, który najlepiej nadaje się pod pomidora na kanapkę. Z odpowiednich części mamy natomiast boczek, który razem z kiełbasą idzie do wędzarni. Nie ma to jak własny boczek.

Takie świniobicie zdecydowanie nie jest dla osób o słabych nerwach. I słabym żołądku. Przykładowo, we wspomnianej wcześniej zupie gotuje się nawet czaszka świni (bez mózgu, dlatego wcześniej jest rozłupana na pół). Bardzo ładnie widać to, kiedy wszystko jest z tej zupy wyławiane, żeby odpowiednie kawałki mięsa wrzucić na talerz na drugie danie.

Ja uważam, że jeśli chodzi o wieprzowinę, to żadna kiełbasa ze sklepu nie dorównuje tej swojskiej. Przynajmniej wiem, co w niej jest.

Tak właśnie, w przybliżeniu, wygląda świniobicie. Jest to pewnie niemała przygoda dla niejednego świeżaka w tym temacie.

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail