Twice upon a time, czyli pora na nowego Doktora

Twice upon a time, czyli pora na nowego Doktora

Jak niemal co roku, 25. grudnia przyszedł czas na obejrzenie kolejnego świątecznego odcinka Doktora Who. Czy Twice upon a time spełnił moje oczekiwania?

Z góry ostrzegam, że tym razem miałam gdzieś spoilery, dlatego osobom wrażliwym polecam nie czytać. Jeśli masz ogólne pojęcie, co pojawiało się w trailerach i co stało się na końcu odcinka, nic nie powinno cię zaszokować.

Twice upon a timeDoktor Who

Fabuła

Doktor (Peter Capaldi) odmawia regeneracji i udaje się na Biegun Północny. Tam spotyka pierwszą wersję siebie (w tej roli David Bradley), która też nie chce zmienić twarzy, a zamiast tego woli umrzeć. Dołącza do nich także skonfundowany angielski żołnierz z czasów pierwszej wojny światowej (Mark Gatiss). W trójkę przeżywają swoje ostatnie przygody, próbując rozwikłać zagadkę zatrzymującego się czasu.

Najbardziej w całym odcinku przypadła mi do gustu prostota scenariusza. Ilekroć ostatnio włączałam świąteczne odcinki, miałam wrażenie, że ktoś próbuje wcisnąć w jedną (krótką) godzinę zdecydowanie zbyt dużo wątków. Za każdym razem były one przeładowane i ostatecznie wcale nie stawały się przyjemniejsze w odbiorze. Ciężko było wyłapać główny wątek, skupić się na którejś postaci i jeszcze czerpać jakąkolwiek przyjemność z oglądania. W Twice upon a time Steven Moffat na szczęście postanowił dać mi świąteczny cud i nie skomplikował zbytnio całej historii. Za co mu zresztą z serca dziękuję.

W odcinku tym nie było wielkich plot twistów, gigantycznych fajerwerków i paradoksów czasowych (przynajmniej nie w sensie takim, jak w The angels take Manhattan). I mimo to udało mi się bez wysiłku utrzymać uwagę przez cały czas trwania odcinka, co w przypadku Doktora Who nie zawsze ma miejsce.

Pierwszy Doktor

W roli pierwszego aktora oryginalnie występował William Hartnell. Choć ciężko tak dużej fance jak ja przyznać się do nieoglądania starych sezonów Doktora Who, muszę to zrobić. Na szczęście jednak udało mi się obejrzeć kiedyś kilka całkiem pierwszych odcinków z lat 60. Dlatego też mam jakieś porównanie Davida Bradleya do Williama Hartnella. Generalnie jako ta sama postać David sprawdził się świetnie. Zarówno wizualnie przypominał pierwszego Doktora, jak i zdołał manierą ruchów i sposobem wypowiadania się przekonać mnie, że nie tylko go gra, ale wręcz nim jest.

Jednak jego postać nie została w pełni dobrze wykorzystana przez twórców. Z jakiegoś powodu zrobiono z niego wymówkę do pokazania, że czasy się zmieniły i kiedyś szowinizm był naturalną cechą mężczyzn. Problem w tym, że ja nie pamiętam, aby pierwszy Doktor był szowinistą. Jedyne, co wiem, to że Doktor jest Władcą Czasu i nie pochodzi z lat 60. Nie pochodzi nawet z Ziemi. Więc nie rozumiem, dlaczego potraktowano tę postać w taki sposób. Przecież Doktor już w odcinkach z lat 60. podróżował zarówno międzyplanetarnie, jak i na przestrzeni lat.

Regeneracja

Odkąd dowiedziałam się, kto po Peterze Capaldim przejmie rolę Doktora, podchodziłam do regeneracji z ogromnymi obawami. Dopiero w ciągu ostatnich kilku tygodni uzmysłowiłam sobie, że kobieta w roli Doktora przy dobrym producencie i świetnym scenariuszu może okazać się strzałem w dziesiątkę. Na szczęście wraz z Twice upon a time żegnamy Stevena Moffata jako producenta. Wiem, że wiele osób go lubiło, ponieważ za jego panowania na doktorowym tronie wyraźnie polepszyła się część wizualna serialu i z różnych innych (pozostających dla mnie tajemnicą) powodów. Ja nie lubiłam sposobu, w jaki tworzył postaci kobiece, dlatego cieszę się, że Doktor nie był kobietą za jego czasów. Dostalibyśmy wersję Matta Smitha, ale z biustem, co niekoniecznie byłoby dobre dla serialu.

Samą regenerację i pierwsze momenty po niej uważam za udane. Mimo że wiedziałam, że to nastąpi, czułam nutkę niepewności, czy aby na pewno Doktor przyjmie twarz Jodie Whittaker. To, co nie przypadło mi do gustu, to długi i dość niepotrzebny monolog Doktora. Zauważyłam, że Moffat naprawdę lubi wrzucać w fabułę monologi. Wśród nich jest mój ulubiony w odcinku The rings of Akhaten. Ale czasem monolog nie jest potrzebny. Doktor cały odcinek powstrzymuje regenerację, po czym jeszcze przez kilka minut gada właściwie sam do siebie, tracąc niepotrzebnie energię. I moją też. Bo właśnie w czasie monologu prawie straciłam skupienie na odcinku. W tej kwestii lubię minimalizm.

Moment w czasie

Co ciekawe, do samego końca twórcy ukryli przed nami moment w historii, w jakim się znaleźliśmy w Twice upon a time. I było to świetne zagranie, ponieważ powaga sytuacji Doktora (a właściwie Doktorów) nie zaćmiła tego wydarzenia, a przez to, że wydarzenie to nie zostało wyssane ze swojego znaczenia, historia Kapitana skończyła się w piękny sposób. Dzięki temu też odcinek nie stał się potwornie patetyczny, jak często ma to miejsce w odcinkach specjalnych i finałowych Doktora Who.

Wrażenia ogólne – Twice upon a time

Mimo tych kilku wad jestem naprawdę zachwycona tegorocznym odcinkiem świątecznym. Nie było w nim nic na siłę, scenariusz nie został przeładowany, nie próbowano też za wszelką cenę udowodnić, że twórcy znają prawdziwe znaczenie świąt.

Jeszcze w pewnym momencie pojawiła się w tle melodia The Bad Wolf Theme, co mocno zbiło mnie z tropu i na chwilę przeniosło w czasy, kiedy Doktorem był David Tennant.

Dziękuję Peterowi Capaldi’emu, że mogłam spędzić z nim ostatnie kilka lat, nawet jeśli dzieliła nas bariera ekranu.

Dziękuję także Stevenowi Moffatowi, z którego metodami nie zawsze się zgadzałam, ale którego ostatecznie nawet trochę polubiłam.

Mam nadzieję, że Chris Chibnall okaże się doskonałym producentem i stworzy świetną postać kobiecego Doktora, a Jodie Whittaker przekona widzów, że Doktor może być kobietą i to nawet całkiem fajną.

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail
  • Agnieszka Adamowska

    Dzięki Twojemu wpisowi, zajrzałam do świata, o którym nie mam pojęcia! Nie jestem fanką TV, ani sztuki filmowej w ogóle (wstyd się przyznać), ale lubię ciekawe historie, więc może się złamię i zrobię wyjątek dla Doctora WHO… Dzięki i pozdrawiam serdecznie

  • Dominika Rygiel

    Niestety nie znam recenzowanej przez Ciebie produkcji, moja doba ma najzwyczajniej w świecie zbyt mało godzin. Na filmy i seriale nie starcza mi czasu 🙁 A szkoda, każdorazowo, kiedy czytam tego typu opinie mam wrażenie, że coś mi kulturalnie umyka. Chyba powinnam przeorganizować trochę życie 😉

  • Nie znam, nie oglądałam…Ale przybliżyłaś mi produkcję o której nie miałam pojęcia, a to już coś 😉

  • Dużo słyszałam o tym serialu, ale ciągle nie umiem się przekonać się do obejrzenia chociażby jednego odcinka. To chyba nie mój klimat 🙂

  • Adam Zyskowski

    Czasem włączam jakiś odcinek Doktora i zostaję na dwa albo trzy kolejne, żeby wiedzieć, o co ten cały szum w internecie 😉 Ale takie wybiórcze oglądanie, to nie oglądanie. Może kiedyś zacznę od najstarszych odcinków, jakie znajdę i zostanę na dłużej 🙂

  • August Ciechociński

    Może kiedyś się przekonam do Dr.Who, klasyczny serial, ale nigdy nie byłem jego fanem

Comments are closed.

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa