Riverdale 2, czyli dlaczego zamiast płakać śmiałam się w smutnych momentach

Riverdale 2, czyli dlaczego zamiast płakać śmiałam się w smutnych momentach

W zeszłym roku, kiedy pojawił się pierwszy sezon Riverdale, nie mogłam się oderwać od tego przerysowanego i kolorowego świata, w którym zdarzyła się tak mroczna tragedia. Po drugi sezon sięgnęłam z ogromnymi oczekiwaniami, ale już na samym początku zderzyłam się ze ścianą.

Riverdale – sezon 2

Drugi sezon zaczyna się w momencie, w którym zostawił nas poprzedni. Po niezwykle dramatycznym zakończeniu ostatniego odcinka pierwszego sezonu twórcy kazali widzom czekać na rozwiązanie sytuacji, które ostatecznie okazało się dość oklepane. Z drugiej strony są tacy scenarzyści, którzy oklepane elementy zamieniają w coś wyjątkowego. Odniosłam wrażenie, że ekipa stojąca za całokształtem Riverdale bardzo chce uchodzić za łamiącą schematy. Widać to już w samym formacie serialu, jego stylizacji i sposobie opowiadania historii. To jednak nadal mało.

Najbardziej rzucającą się w oczy rzeczą jest fakt, że drugi sezon nie ma dobrego wątku głównego. Jego druga połowa nie ma go nawet wcale. Na początku próbowano widzom wmówić, że elementem grozy będzie tajemniczy seryjny morderca, który terroryzuje ulice Riverdale i Greendale, zabijając osoby, które zdają się mieć coś wspólnego z Archiem (K. J. Appa).

Jest takie zjawisko w serialach nazywane w języku angielskim the Moonlighting curse. Oznacza ono sposób, w jaki odbieramy związki protagonistów w momencie, kiedy bohaterowie po dłuższym czasie się schodzą. W większości przypadków z ich relacji ucieka prawie całe napięcie. Ciężko przypisać tę klątwę do serialu, który do tej pory miał zaledwie dwa sezony. Jednak twórcy od razu próbowali zapobiec temu wrażeniu przez rozdzielanie i łączenie bohaterów co odcinek. To częsty zabieg wprowadzający dramaturgię w fabułę. Problem w Riverdale polegał na częstotliwości tych rozstań i zejść. W pewnym momencie całkowicie straciłam zainteresowanie tym, co dzieje się z ich związkami. Najwyraźniej oni także, bo czasem schodzili się pomiędzy odcinkami i bez większych wyjaśnień, jakby była to kolejna lekcja angielskiego.

Absurdalne sytuacje, w jakich twórcy stawiają bohaterów, każą myśleć, że twórcy sami nie wiedzą, o co chodzi i kim są ich bohaterowie. Bo kto normalny wszedłby pod prysznic swojej drugiej połówce, gdy ta chwilę po traumatycznych wydarzeniach próbuje poskładać swój świat do kupy? I kto normalny nie wyrzuciłby tej osoby spod prysznica, nieważne jak seksowna nie jest ta osoba? Albo, czy ratując kogoś z zamkniętego ośrodka, ubrałabyś szpilki i sweterek z dekoltem aż do włosów łonowych? Padłam ze śmiechu.

Twórcy wprowadzali postaci tylko w dogodnych dla fabuły sytuacjach (w pozostałych nie można było zobaczyć ich często nawet gdzieś w tle). Z tym mogę się jeszcze jakoś pogodzić. Ale charaktery tych samych bohaterów zmieniały się trzy razy w ciągu odcinka.

Zauważyłam też taki chwyt scenarzysty, polegający na wychodzeniu obronną ręką z każdej sytuacji. W drugim sezonie Riverdale było kilka historii, które trwały zaledwie dwa do trzech odcinków. Początek takiej historii stawiał któregoś z bohaterów w patowej sytuacji, potem bohater ten musiał przekalkulować, jak ma postąpić, a na końcu okazywało się, że to tylko test, żart lub nic nieznaczący wątek, który rozmywał się w eterze. Scenarzysta nie czuł się odpowiedzialny za bohaterów, którzy i tak kilka sekund po sprawie zapominali o tych wydarzeniach. A ja z każdym kolejnym odcinkiem czułam coraz większą niechęć do historii, która zmierzała donikąd.

Drugi sezon Riverdale został podzielony na dwie części, między którymi było kilka tygodni przerwy. W pierwszej części trzymała mnie w napięciu myśl, że ktoś musi stać za zabójstwami i mieć dobry powód, by odbierać ludziom życie. W drugiej – z lupą szukałam punktu zaczepienia i jakiegoś choć małego śladu, co jest głównym wątkiem.

Spytasz pewnie, dlaczego oglądałam ten serial, skoro nie mogę powiedzieć o nim zbyt wiele pozytywnych rzeczy. Siadanie raz w tygodniu przed ekranem i oglądanie tego słabego serialu sprawiało mi dość perwersyjną przyjemność. Wyszukiwanie głupotek okazało się świetną zabawą, a zaskakująco dziwne zwroty akcji nie pozwalały się nudzić. Gdyby tylko twórcy przyłożyli się bardziej do stworzenia scenariusza, mógłby to być dobry serial.

Czy wrócę do Riverdale? Czas pokaże. Jeśli trailer kolejnego sezonu mnie zachęci, pewnie wrócę. Jeśli w ogóle mnie nie zainteresuje – odpuszczę.


Oglądałeś drugi sezon Riverdale? Jak twoje wrażenia? Podziel się w komentarzu.

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa