Co jakiś czas pojawia się w mediach jakiś temat, który jest wałkowany z lewej, z prawej, no z każdej strony przez co najmniej miesiąc. Myślę, że nasze rodzime media osiągnęły swój szczyt w przypadku katastrofy smoleńskiej. Tyle czasu minęło, a nadal próbuje się wzbudzać sensację nowymi poszlakami. A to okazuje się, że ktoś kiedyś coś tam powiedział, a to pomyłka w badaniach… I tak w kółko.

Ostatnie dwa dni z hakiem bez przerwy mowa jest o abdykacji papieża. Ale sam ten fakt jest trochę suchy, przybierają więc informacje o przepowiednie Malachiasza i o to, że następny papież może być czarnoskóry. Powiem tyle – jeżeli to zapowiedź końca świata, to Kościół przeczy sam sobie, bo przecież “nie znamy dnia ani godziny”. Zrozumiałabym jeszcze, gdyby wypływały nowe, ciekawe informacje, ale co godzinę w radiu mówią dokładnie to samo, dodają tylko kolejne spekulacje.

Dziś środa popielcowa, poszłam więc do kościoła. A tam o czym mówił ksiądz? O proroczym znaku, jakim jest rezygnacja Ojca Świętego ze swojej pozycji. Jaki proroczy znak? Proroctwo to dla mnie zapowiedź przyszłości, albo przynajmniej posiadanie ogromnego wpływu na nią. Kiedy usłyszałam, jak moja babcia z przejęciem rozmawia z dziadkiem, że papież jest do końca życia, pomyślałam sobie, że pora zastanowić się nad swoją wiarą.

Jak pewnie prawie każdy nastolatek przeszłam etap, kiedy uważałam, że wierzę w Boga, ale organizacja, jaką jest Kościół, jest pełna sprzeczności i mi nie odpowiada. Później jednak stwierdziłam, że nie będę się rozdrabniać i biorę albo wszystko, albo nic. Wybrałam wszystko, czyli brak mięsa w piątki, chodzenie do kościoła (prawie) co niedzielę, uczestniczenie w nabożeństwach i staranie się być dobrym człowiekiem.

Z czasem okazuje się jednak, że jest to o wiele trudniejsze, niż się wydaje. Cała ta wstrzemięźliwość, którą nakazuje Pismo, skromność, dawanie z siebie wszystkiego dla innych, wydaje się być tak potwornie niemożliwe, że z części się rezygnuje. Myślę, że tak jest stworzony obecny świat – każdy na ile potrafi, walczy o swoje, a w razie kłopotów znika, lub wysysa dobroć kogoś innego. Smutne, ale prawdziwe. Całe szczęście, że są ludzie, którzy dodają nam sił. W tym miejscu mam nadzieję, że jestem dla kogoś “ładowarką”.

Chciałabym działać jak perpetuum mobile i dawać ludziom dobry humor, w zamian za uśmiech. Szkoda, że mi też zdarzają się gorsze dni, ale to chyba jest już natura ludzka.

 

 

Pozdrawiam serdecznie,

zielonamalpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail