Nie jesteśmy recenzentami. Wpis o blogerach książkowych i nie tylko

Nie jesteśmy recenzentami. Wpis o blogerach książkowych i nie tylko

Od kilku tygodni mam kryzys tożsamości. Na blogu piszę już głównie teksty o konkretnych książkach lub serialach, choć mam do powiedzenia znacznie więcej. Na temat kultury i na temat mojej, i pewnie nie tylko mojej, rzeczywistości. Zbierało się, zbierało i w końcu coś we mnie pękło. Dlatego dzisiaj już nie recenzja, ale… no cóż… coś. Coś na pewno.

recenzent

autor tekstu prezentującego, oceniającego i opiniującego jakieś dzieło (książkę, pracę naukową, film, utwór muzyczny, obraz, sztukę, występ itp.)

Nie jesteśmy recenzentami

Obserwowałam ostatnio środowisko blogów kulturalnych, a konkretniej książkowych, nieco uważniej. Jestem z natury obserwatorem, nie biorę udziału w shitstormach, ale wiem, co się dzieje. Niestety, moje budowanie zdania na jakiś temat trwa zazwyczaj dość długo i przeważnie, kiedy wiem już, co myślę, moje zdanie okazuje się musztardą po obiedzie. Chrzanową, ale nadal musztardą podaną wtedy, kiedy wszyscy nie dość, że już wszystko zjedli, to zdążyli się rozejść.

Ale lubię obserwować i nie wyciągać (publicznie w każdym razie) zbyt pochopnych wniosków na podstawie ograniczonych przekazów. Mam oczy szeroko otwarte, nie zasłonięte jak Mizaru.

Będę sprowadzać zjawisko do blogów książkowych, których jest naprawdę dużo i łatwiej opierać się na jednej specyficznej grupie. Lubimy nazywać siebie recenzentami, a nasze opinie recenzjami. Brzmi to lepiej, bardziej profesjonalnie i sugeruje, że tekst jest napisany na pewnym poziomie i z pewną ilością krytyki.

Trochę o mnie

Kiedy postanowiłam ukierunkować mój blog na kulturę, zastanawiałam się, od czego zacząć. Pisanie o przeżyciach jest o tyle łatwiejsze, że powstały tekst nie musi mieć struktury. Może ją mieć i często ma, ale na początek wcale nie musi. Zamknięcie się w pewnej formie przerażało mnie, ale doświadczenia pokazały, że mam dwa wyjścia. Albo ukierunkuję blog, żeby nie pisać tyle o sobie i przede wszystkim o innych, albo zamknę go i zapomnę, że kiedykolwiek była Zieloną Małpą. To drugie bardzo szybko przestało wchodzić w rachubę. Zgłębiłam więc tajemną wiedzę na temat recenzji i okazało się, że to, co widzę u innych, to nie recenzje, a nieco bardziej rozbudowane opinie. Wydrukowałam nawet wskazówki, jakie elementy można położyć na stół sekcyjny krytyki, sięgałam po te kartki przy każdej recenzji. Bo chciałam pisać prawdziwe recenzje.

Ale szybko mi się znudziło. Moje teksty były sztywne i bez polotu. Żeby dobrze pisać takie recenzje, jak podawała tamtejsza definicja, trzeba by poświęcić lata na poznanie technikaliów samego recenzowania, ale też dziedziny kultury, którą bierze się na talerz. A ja nie miałam tych kilku lat. Więc poluzowałam spodnie, jak zrobiło to przede mną już wielu blogerów książkowych i nadałam moim opiniom własną strukturę.

Nie są to recenzje z definicji, tak jak większość tekstów na blogach książkowych. Ale co z tego? Język polski jest żywy i myślę, że przyjmie rozszerzenie definicji.

Etapy recenzowania

Jak wygląda proces recenzowania? Myślę, że u każdego odrobinę inaczej, ale generalnie może sprowadzić się do kilku standardowych etapów.

Etapy recenzowania:

– wstępnie zapoznajemy się z dziełem – dokładne studium okładki, zapowiedzi wydawnicze, streszczenie fabuły z tyłu książki – budujemy oczekiwania

– czytamy książkę – niektórzy notują, zaznaczają, na bieżąco sprawdzają prawdziwość – zapoznajemy się z treścią

– przygotowujemy się do pisania recenzji – robienie zdjęć książki, research, szukanie pomysłu na recenzję – przygotowujemy narzędzia

– samo pisanie recenzji i jej publikacja

Jak wskazuje tytuł tego tekstu, nie jesteśmy jednak recenzentami.

Jesteśmy kimś więcej

Przypomina mi się teraz tekst Promotorki czytelnictwa, w którym przedstawia ona 11 oznak, że jesteś promotorem czytelnictwa.

Gdybyśmy byli tylko recenzentami, nasza rola kończyłaby się po kliknięciu Publikuj. Przechodzilibyśmy sprawnie do kolejnej książki i do kolejnej. Ale robimy znacznie więcej.

Wstawiamy zdjęcia na Instagram, często po kilka jednej książki i często w ciekawych aranżacjach. Dzielimy się zapowiedziami wydawniczymi, które nas ciekawią. Wstawiamy opinie na różnych portalach, nie raz zachęcając potencjalnych czytelników do sięgnięcia po daną powieść. Jest nas dużo i ciężko nas przegapić.

I robimy to wszystko z pasji… i za książkę. Naszą internetową działalnością promujemy książki, napędzamy machinę wydawnictw. Robimy całą masę roboty, którą bez nas musiałby wykonywać cały sztab marketingowców.

Dlatego uważam, że nie jesteśmy recenzentami. A przynajmniej nie tylko. Jesteśmy także specami od fotografii mobilnej, kreatywnymi tekściarzami, marketingowcami-amatorami z realnym doświadczeniem, promotorami czytelnictwa, redaktorami naczelnymi własnych blogów, specjalistami od mediów społecznościowych.

Więc dlaczego nie umieścić prowadzenia bloga w CV? Ja już to zrobiłam.


Jak postrzegasz książkową blogosferę?

Czy uważasz, że warto umieszczać swój blog w profesjonalnym życiorysie?

Podziel się w komentarzu.


FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa