Frankenstein, czyli potwór szalonego naukowca śpiewa i tańczy

Frankenstein, czyli potwór szalonego naukowca śpiewa i tańczy

Nie potrafię chyba recenzować spektakli, szczególnie, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w teatrze. Kiedy jednak nadarzyła się okazja zobaczenia na żywo jakiegoś musicalu, nie musiałam się długo zastanawiać. Uznałam, że Frankenstein to spektakl, który muszę zobaczyć.

Frankenstein

Młody Wiktor Frankenstein od zawsze fascynuje się nauką, a w szczególności chemią i biologią. W końcu jego życiowym celem staje się oszukanie śmierci i wskrzeszenie człowieka.

Spektakl zaczął się mało musicalowo, ale od razu zdradził, że będzie to widowisko łączące w sobie mnóstwo mroku ludzkich umysłów przetykane czarnym humorem. Czyli to, co wręcz uwielbiam. Po pierwszym utworze wprowadzającym trzeba było cierpliwie zaczekać na kolejną piosenkę, dlatego też czułam się początkowo nieco zawiedziona. Na szczęście druga połowa pod tym względem nie sprawiła mi żadnego zawodu.

Na największą uwagę zasługuje postać Wiktora Frankensteina (w tej roli Mariusz Kiljan). Przez większą część historii jest motorem napędowym akcji i to na jego przemianie wewnętrznej opiera się fabuła. Wiktor to człowiek z niesamowitą pasją. Na równi pasjonuje go śmierć i życie, dlatego właśnie śmiercią i życiem się bawi.

Moje serce skradła jednak matka Frankensteina, grana przez Justynę Szafran. O pierwszego ukazania się na scenie do ostatniego z niej zejścia wywoływała niezmiennie uśmiech na mojej twarzy. Jej sposób mówienia, sposób poruszania i emocje, jakie przekazywała, stworzyły postać lekko niestabilnej emocjonalnie matki, która pchnięta w złą stronę mogłaby narobić sporego rabanu.

Choć scenariusz spektaklu został oparty na książce Mary Shelley, scenarzysta i reżyser Wojciech Kościelniak nadał historii własnej dynamiki i charakter. Stworzony przez niego potwór, Monstrum, był nie tylko ożywionym człowiekiem łaknącym drugiego człowieka podobnego sobie, ale także w pewnym sensie symbolem dzisiejszych czasów. Frankenstein przedstawił wątek, w którym Monstrum zostało potraktowane jak prototyp nowoczesnej pomocy domowej. Czy nie przypomina to wyręczania się urządzeniami w codziennych czynnościach?

Ponad to niektóre sceny miały (niekoniecznie) lekkie zabarwienie erotyczne, co nadało całemu spektaklowi kolejnego wymiaru. Nie dość, że okazał się bogaty w humor, to jeszcze przyprawiono go pieprzykiem.

Sama praca sceny i wizualna forma opowiadania historii naprawdę mnie zaskoczyły. Podnoszące się i opadające fragmenty scenicznej podłogi doskonale zgrały się z bohaterami oraz stanowiły funkcjonalny element opowieści o potworze Frankensteina. Zapomniałam, że mamy XIX wiek i możliwości techniczne muszą odpowiadać wymaganiom widzów nawet w tak klasycznej formie sztuki, jaką jest teatr.

Rzadko chodzę do teatru. Tak naprawdę nie pamiętam, kiedy przed Frankensteinem byłam ostatni raz. To wyjście okazało się doskonałym pomysłem na spędzenie wieczoru (po którym od razu popędziłam na See Bloggers). Mam nadzieję, że zainteresowani będą mieli jeszcze okazję zobaczyć ten spektakl. Teatr rządzi się swoimi prawami i to samo dotyczy repertuaru.


Frankenstein powrócił na deski teatralne po kilku latach. W nieco odświeżonej obsadzie przeniósł się z Centrum Kongresowego do Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu.

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa