Moje doświadczenie z pracą nie jest zbyt szerokie, ponieważ nigdy nie czułam potrzeby, by pójść do pracy w wakacje i trochę zarobić. Rodzice też nigdy nie sugerowali, ani nie zmuszali mnie do podjęcia pracy. Zawsze miałam pieniądze z urodzin, od bogatych wujków, którzy zawsze chętnie darzyli mnie Eurem.

W zeszłym roku mama rzuciła mi propozycję, abym zarobiła pieniądze na własne potrzeby w zakładzie produkującym worki do celów przemysłowych. Miałabym blisko, bo pięć kilometrów, tata dałby na paliwo. Ja nie musiałabym wtedy pomagać rodzicom na polu, czego bardzo nie lubię. Po zastanowieniu się skleciłam jakieś CV, list motywacyjny i zawiozłam do firmy. Po kilku dniach dostałam informację, że mogę od pierwszego lipca zacząć pracę, muszę tylko zrobić badania lekarskie.

Więc pierwszego lipca pojechałam do pracy w ogromnym stresie, bo to nowe doświadczenie i nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Praca okazała się w porządku, w systemie dwuzmianowym, musiałam być zawsze na czas, co dla mnie nie jest dużym problemem. Były takie tygodnie, kiedy wymagano od pracowników większego zaangażowania, nadgodzin, pracowania w weekendy, choć nie przewidywała tego umowa, nocek, które tak na prawdę nie były przeznaczone dla studentów zatrudnionych przez firmę. Miałam taką sytuację, że w lipcu miałam tylko jeden weekend luźny, w pozostałe pracowałam. Taki wyzysk. Ale dałam rady.

Cieszę się, że pracowałam tam w zeszłe wakacje, bo dzięki temu trzy miesiące minęły bardzo szybko (cały ten czas nie widziałam się z moim chłopakiem, stąd radość), zdobyłam pierwsze doświadczenie związane z pracą, zarobiłam trochę pieniędzy i zyskałam pierwszą pozycję w dziale “Doświadczenie zawodowe” w moim ubogim CV. W tym roku doszły do tego praktyki studenckie. Żałuję trochę, że nie zaczęłam pracować wcześniej, ale nie ma co płakać nad rozlanym piwem, jak to kiedyś powiedział mój chłopak.

Aktualnie szukam jakiejś pracy na pół etatu we Wrocławiu, aby wypełnić po części czas między zajęciami. A muszę powiedzieć, że mam go sporo, bo w tym semestrze na każdy tydzień przypada mi średnio 14 godzin zajęć. Przeglądając oferty na różnych stronach internetowych w oczy najczęściej rzucają mi się ogłoszenia:

1. Zatrudnię studenta na stanowisko kelnera!

Pod ogłoszeniem kryją się dość niskie zarobki, bo obecnie, jeśli chodzi o gastronomię, konkurencja jest tak ogromna, że restauracje zachęcają niskimi cenami. A te niskie ceny zazwyczaj odbijają się na pracownikach o najniższej randze.

Największym minusem jest konieczność posiadania książeczki sanepidowskiej, choć tak naprawdę z tą książeczką też są takie cyrki, że szkoda gadać. Chodzi mi o to, że według prawa pracodawca nie może wymagać od nas takiego dokumentu (jeżeli jest wymagana, to pracodawca powinien umożliwić wykonanie jej), a w praktyce każdy chce zaoszczędzić i osoba szukająca pracy musi wyłożyć na to kasę.

2. Zatrudnię studenta do roznoszenia ulotek!

Tu najczęściej trzeba stać po kilka godzin i twardo wciskać ludziom ulotki, które ich nie interesują. Latem jeszcze taka praca może być znośna, jednak jesienią i zimą, jeżeli trafi się praca na zewnątrz, to trzy pary rękawiczek mogą nie wystarczyć. Praca bardzo słabo opłacana, szczególnie w stosunku do warunków.

Najzabawniejsze ogłoszenie z tej dziedziny wymagało doświadczenia w zakresie rozdawania ulotek.


Vincent_AF/ Foter / CC BY-SA

3. Zatrudnię studenta na stanowisko konsultanta telefonicznego/ telefonicznego doradcę klienta/ specjalistę ds obsługi klienta biznesowego!

To, co tak ładnie wygląda na pierwszy rzut oka, kryje w sobie obdzwanianie ludzi i wciskanie kitu. Znam opinie skierowane w te stanowiska i są one raczej negatywne. Z czysto pozytywną chyba się nie spotkałam. Koleżanka powiedziała mi, że jeśli zależy mi, żeby szybko znaleźć pracę, to mam się tam zgłosić, bo nikt nie chce tej pracy wykonywać i zawsze coś się znajdzie. Ale to będzie opcja ostateczna. Absolutnie ostateczna, bo nie chciałabym robić czegoś, co ludzi najzwyczajniej denerwuje.

4. Zatrudnię studenta na stanowisko merchandisera!

Gdy pierwszy raz zobaczyłam takie ogłoszenie, to się roześmiałam, bo to jest przykład bezsensownego wykorzystania słowa z języka angielskiego w naszym ojczystym języku. Praca polega na wykładaniu towaru. Po prostu.

Było jeszcze kilka innych perełek, ale były to raczej pojedyncze ogłoszenia. Te cztery powyższe powtarzają się się najczęściej. Wśród ogłoszeń o pracę były też takie, w których oferowano trzymiesięczny staż… darmowy.

A jakie Wy macie doświadczenia z szukaniem pracy?

Pozdrawiam,

Zielona Małpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail