Oj zaniedbałam bloga. Za co z jednej strony przepraszam, a z drugiej nie żałuję, bo wiem, że dobrze poświęciłam ten czas. Otóż nauka na uczelni zaczęła się już w pełni i co tydzień muszę być przygotowana na wejściówki z laborek i kartkówki z chemii fizycznej. A jest się czego uczyć.

Dzisiaj w sumie znalazłam 5 minutek, więc podzielę się z Wami kilkoma złymi doświadczeniami z minionego tygodnia.

Pierwsze to przedłużanie ważności legitymacji. Mój rok miał na to dwa dni: środę i czwartek. Koleżanka sprawdziła w internecie godziny otwarcia dziekanatu i w środę rano, jak jeden mąż podążyłyśmy tam już na 8.00. A na drzwiach dziekanatu karteczka: w dniach przedłużania legitymacji, dziekanat czynny w godzinach 10.00 – 15.00. W dobie internetu taka informacja znalazła się jedynie na drzwiach… Na szczęście miałam na 9.15 zajęcia w pobliżu, więc nie było tak źle. Zaraz po zajęciach pędem pobiegłam do dziekanatu, a tam kolejka na pół kilometra. I praktycznie stała w miejscu. Okazało się też, że potrzebowałam jakiegoś papierka, którego zapomniałam wydrukować, więc tego dnia zrezygnowałam z dalszego czekania. Wieczorem wydrukowałam sobie to oświadczenie i następnego dnia stałam tylko (!) niecałą godzinę. No ale załatwiłam i mam zniżki przez kolejne pół roku.

Kolejnym doświadczeniem był wczorajszy powrót do domu. Wyszłam na tramwaj odpowiednio wcześnie, bo nigdy nie wiadomo, jak długa kolejka będzie na stacji PKP. Niestety mój tramwaj, jedyny, który zawiózłby mnie do celu, nie przyjechał. Kolejny też. Stałam z pół godziny na wietrze i to na daremno. Wróciłam do mieszkania, cała tak zdenerwowana, że rzucałam rasową łaciną, choć zazwyczaj takie słowa nie przechodzą mi przez gardło. Sprawdziłam kolejny pociąg bez przesiadek i był tylko taki trzy godziny później. Przeczekałam, znów wyszłam dużo przed czasem na tramwaj, tym razem grzecznie przyjechał. Natomiast na PKP kolejki do kas były potwornie długie. Kto był na stacji Wrocławia Głównego, może to sobie wyobrazić, że kolejki aż zakręcały, ale z trzech kas przewozów regionalnych, otwarte były dwie. Ledwo wyrobiłam się na pociąg. Na szczęście. I na szczęście też nie było spóźnienia, bo wtedy straciłabym jeszcze więcej czasu. Po drodze, na jednej ze stacji staliśmy około pół godziny, chyba jakieś problemy techniczne. I to są właśnie uroki moich powrotów do domu. A mama dziwi się, czemu przyjeżdżam tylko co dwa tygodnie.

Ogólnie odzyskałam pogodę ducha. Może nie jest ona na swoim dawnym i stabilnym poziomie, ale jest ze mną i to się liczy.

Pozdrawiam,

zielonamalpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail