Pamiętam, jak kilkanaście lat temu, mniej więcej wtedy, gdy zaczęłam chodzić do podstawówki, rozpoczęła się małyszomania. Nie wiem, jak się zaczęła i co się stało, że praktycznie z dnia na dzień cała Polska śledziła uważnie każdy podmuch powietrza przy skoczni. Każdy uważnie śledził wyniki Adama i Martina Schmitta, który z naszym skoczkiem szedł łeb w łeb przez cały sezon.

Przez najbliższe kilka lat siadałam w niedzielę z rodzicami przed telewizorem i kibicowałam Małyszowi. Cieszyłam się, kiedy wygrywał, smuciłam, gdy coś mu nie wychodziło. Całe to zamieszanie wokół skoków narciarskich będzie już chyba zawsze jednym z najlepszych wspomnień.

Mój kuzyn wydrukował mi kilka stron kawałów o Adamie, którymi rzucałam wciąż na lewo i prawo. Kiedy pojechaliśmy na wycieczkę klasową do Wisły, miałam nadzieję, że Adam gdzieś tam będzie i zobaczę go na własne oczy. Niestety, tak się nie stało.

W liceum, tuż po tym, jak nasz skoczek zrezygnował z dalszej kariery, na lekcji historii nauczyciel podsumował dokonania Adama Małysza. Stwierdził, że byliśmy naocznymi świadkami pewnego zjawiska, które w takiej postaci i takiej skali z pewnością już się nie powtórzy. Cała Polska, bowiem, jak jeden mąż, zasiadała zimą przed telewizorem, aby obserwować głównie jedną osobę. Skoki narciarskie stały się w tym okresie prawie sportem narodowym (do dziś nie do końca rozumiem to pojęcie) i zyskały sobie całą gromadę nowych fanów.

Jestem osobą młodą, więc nie wiem, jak popularne były skoki narciarskie przed Małyszem. Z wycinków z gazet, które znalazłam w domu (należą do mojego wujka), wynika, że cieszyły się względną popularnością poprzez wybitnych sportowców, takich jak Wojciech Fortuna.

A jak Wy przeżywaliście okres małyszomanii?

 

Pozdrawiam serdecznie,

zielonamalpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail