Odgadnięta ostatnio przeze mnie piosenka na SongPopie natchnęła mnie, aby napisać kilka notek o Jamesie Bondzie. Właściwie, to chciałabym opisać wrażenia z każdego filmu. Zacznę chronologicznie od pierwszego, czyli Doktora No z 1962 roku.

Nie chciałabym tutaj streszczać fabuły, bo to znajdziecie na filmwebie, czy podobnej stronie. Nie chcę też, aby moja notka miała wydźwięk recenzji. Jeśli uda mi się namówić kogokolwiek do obejrzenia chociaż jednego ze “starych” Bondów, to uznam, że mój cel został wypełniony.

W tym momencie istnieją dwadzieścia trzy oficjalne filmy o moim ulubionym agencie. Z nich widziałam chyba wszystkie – poza trzema najnowszymi. Aktualnie urządziłam sobie coś w rodzaju maratonu, oglądam całą serię po kolei. Obecnie jestem bodajże przy szóstym filmie.

[youtube E5jjYLsh1V4]

W pierwszym z nich poznajemy głównego bohatera – szarmanckiego kobieciarza, który jest o tyle dobry w swym “zawodzie”, że nie daje się zabić (przez kolejne 22 filmy). Rzecz, która mnie nieco rozbawiła, to pomarańczowa krew. Widocznie zamordowana kobieta lubiła jeść marchewki. Poza tym niektóre dźwięki wykorzystane przy bójkach mogą brzmieć nieco dziwnie, co jest jednak cechą większości filmów tamtego okresu.

Trudno napisać mi coś konkretnego, ponieważ Doktora No oglądałam chyba latem. W każdym razie polecam każdemu – warto poznać również dawnego Bonda.

 

Pozdrawiam serdecznie,

malpa, zielonamalpa…

 

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail