Jak się okazuje, wielu producentów woli w potencjalnie legendarnych rolach obsadzać aktorów mniej znanych, albo nie kojarzonych z danym gatunkiem. Dzięki temu jakaś wpadka łatwo może być zarzucona na barki aktora, zamiast producenta.Po filmie, o którym słyszałam tylko porównania do Bonda, spodziewałam się więcej. Przede wszystkim nie było tu typowego flirtowania z dziewczynami, ale to w końcu nie ta bajka. Tutaj detektyw Krauz ma żonę (żyjącą) i córeczkę. Nie nazwałabym go facetem idealnym pod względem rodzinnym, ale z pewnością jest do niej przywiązany. Detektyw Krauz jest bowiem przede wszystkim człowiekiem dążącym do celu, który ponoć uświęca środki. Aby rozwikłać zagadkę szkieletu znalezionego na cmentarzu, zrobi naprawdę sporo.
Tropy, dotyczące odkrytego ciała, prowadzą do tajemnic związanych z Kościołem i komunistyczną policją. Obie strony nie chcą wyjaśnić zagadki śmierci znalezionego człowieka. Okazuje się, że mogą zapłacić za to słoną cenę. Tajemnice, obdrapane ściany, resztki komunizmu wyłażące zza rogu, brud ulic i żółtawy kolor filmu doskonale tworzą klimat. Klimat, który niszczony jest przez dziwne efekty rodem z filmów akcji Hollywood.
Film zasługuje na obejrzenie, gdyż mimo wad, ogląda się go przyjemnie. Jeśli przymknie się ucho na dubbing, oczywiście. I nie ma co porównywać Czerwonego Kapitana do któregokolwiek filmu o Bondzie. Z kina wyszłam na wpół rozbawiona, na wpół zachwycona – a takie emocje lubię.
Pozdrawiam,
Zielona Małpa
