Dzisiejszy wpis jest kondensacją wszystkich obserwacji i wydarzeń z ostatnich kilku dni. W niedzielę (27.09) przyjechałam do Wrocławia, gdyż w tym tygodniu zaczyna się rok akademicki. Niestety nie miałam dostępu do internetu na początku, więc nie miałam jak czytać, obserwować i komentować Waszych blogów. Spokojnie, wszystko nadrobię w najbliższej wolnej chwili.

W niedzielę przyjechałam do nowego mieszkania, które ku mojemu zdziwieniu (i wbrew temu, co mówił właściciel) okazało się puste. Żaden ze współlokatorów jeszcze na stałe nie dotarł. W sumie miało to swoje wady i zalety. Wady w postaci głupiego poczucia samotności w samym sercu miasta. Spodziewałam się, że ktoś będzie już na miejscu i będzie z kim porozmawiać i wypić powitalnego browara. Zaletą jest to, że miałam całe mieszkanie wolne i wszystkie półki do wyboru – w kuchni, łazience, no i w lodówce. Wieczorem wybrałam się z koleżanką ze studiów i jej chłopakiem na pokaz multimedialny fontanny na Pergoli. Było ładnie. Polecam wszystkim bardzo serdecznie.

Jeśli chodzi o samo mieszkanie, to muszę się pochwalić, że widok z mojego pokoju jest nieziemski. Mieszkam na dziewiątym piętrze i mam całe miasto w zasięgu wzroku. Dodatkowo mam widok na przecudne zachody słońca. Zapierają dech w piersiach.

2015-09-27 18.56.37

Poniedziałek upłynął mi pod znakiem zakupów, gdyż zapasy trzeba zrobić. Biedronka była pełna studentów, wiadomo – większość przyjeżdża w tym tygodniu. Trochę przepychanek, ale jeszcze w normie. Gorzej jest, gdy jest przecena mandarynek w grudniu. Wtedy najlepiej iść zaraz z rana. Po południu na chwilę pojawili się współlokatorzy, którzy okazali się młodszymi ode mnie studentami (w różnym wieku). Wieczór spędziłam z chłopakiem, oglądając Atlas Chmur, o którym prawdopodobnie będzie osobna notka.

We wtorek rano przybyła pierwsza kobieca współlokatorka, która na pierwszy rzut oka wydaje się w porządku. Mam nadzieję, że stworzymy jakiś babski front przeciwko chłopakom, którzy sprawili wrażenie luzackich imprezowiczów – fajnie się z nimi imprezuje, nie tak fajnie mieszka. Ale zobaczymy, jak to w ogóle będzie. Byłam też w Rossmanie, aby zapoznać się z cenami najtańszych środków czystości (będę chyba współlokatorką-matką, więc muszę wszystko ogarnąć i, przede wszystkim, być stanowcza). Przy okazji chciałam kupić podkład, o którym czytałam pozytywne opinie, jednak okazało się, że ludzie to świnie, bo wszystkie opakowania były otwarte (plastik, który łączył opakowanie z nakrętką, był zerwany) i umazane tymże podkładem. A obok leżały testery, w których znajdował się jeszcze produkt. Nie wzięłam więc podkładu, bo skąd mogę wiedzieć, czy nie biorę na wpół opróżnionego opakowania? Chamstwo i tyle. Poszłam do innego Rossmana i tam na szczęście znalazłam nieuszkodzone opakowanie w interesującym mnie odcieniu.

W środę poznałam moją współlokatorkę „pokojową“. Na pierwszy rzut oka wydaje się być bardzo miłą i spokojną osobą. Zobaczymy, czy dogadam się z nią na dłuższą metę.

Czwartek – 1. października, jako pierwszy dzień nowego, jakże emocjonującego dla mnie roku akademickiego, był dniem wolnym od zajęć. Godziny rektorskie od 11 uratowały niejednego studenta od siedzenia na zajęciach na powakacyjnym/wczesnoakademickim kacu. Moja uczelnia, a właściwie Samorząd Studencki, zorganizował imprezę na świeżym powietrzu o jakże nowoczesnej nazwie I <3 PWr. Miała być ona luźnym wejściem w nowy semestr oraz otwarciem Pasażu Studentów (kawałek wyremontowanej ścieżki między budynkami, tak dla jasności). Miało być pełno ludzi, konkursy, festiwal Food Trucków, koncerty. Wyszło jak zawsze, czyli raczej garstka osób błądzących między stanowiskami i rozglądających się za czymś ciekawym. No, ale zawsze godzinka poświęcona na spacer (lub coś w tym rodzaju). Fotki z imprezy sugerują, że były tam tłumy, ale w końcu za coś płacą fotografowi (o ile płacą).

W piątek nie udało mi się uniknąć zajęć na 7:30. Na szczęście trzygodzinny wykład okazał się ciekawy i obejmował zakres, którym się interesuję. Trochę zasypiałam, to muszę przyznać, ale wiem, że będzie to mój ulubiony wykład w tym semestrze (a w sumie mam aż dwa do wyboru). Po zajęciach poszłam z chłopakiem do banku, aby założyć konto. Jedno już mam, ale jest ono uciążliwe, strona internetowa, która powinna być przejrzysta i łatwa w obsłudze, nastręcza mi dużo problemów. Dlatego, jak tylko będę miała okazję zlikwidować poprzednie konto (chodzi głównie o lokatę i śmieszne odsetki), to właśnie to uczynię. Nie pisałam tego wcześniej, ale ze względu na małą ilość zajęć w tym semestrze (14 godzin tygodniowo), postanowiłam, że poszukam jakiejś dorywczej pracy. Brak dostępu do Internetu był to zasadniczym utrudnieniem, dlatego korzystałam z dobroci mojego chłopaka i wysyłałam moje CV z jego komputera. Nie chciałam nadużywać jego dobroci, dlatego ograniczyłam się tylko do tego, sprawdzania skrzynek e-mailowych oraz nowości na facebooku w postaci konkursów, w których brałam udział i nic nie wygrałam. W piątek odebrałam telefon, który dotyczył właśnie mojego życiorysu, więc umówiłam się na spotkanie w poniedziałek. Wieczorem udało mi się złapać większość współlokatorów (pięciu z siedmiu, w tym ja), więc wypiliśmy integracyjne piwko.

Całą sobotę spędziłam na wyczekiwaniu wieczornego odcinka Doktora. Z wiadomych przyczyn oglądałam go u chłopaka. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu będę miała możliwość oglądania go u siebie, na spokojnie, z popcornem w dłoni. Sam odcinek średnio przypadł mi do gustu ze względu na fabułę umieszczoną w małej, zamkniętej przestrzeni.

Niedziela, jak to zazwyczaj bywa, upłynęła dość leniwie. Poszłam z chłopakiem na spacer, aby zobaczyć wyremontowaną ulicę, blisko której mieszkałam w zeszłym roku.

W poniedziałek rano pojechałam na umówione spotkanie do firmy pośredniczej i dogadałam się w sprawie pracy. Zobaczymy jeszcze jak to będzie.

Wtorek wyróżnił się głównie tym, że w końcu mam w mieszkaniu dostęp do sieci i mogę swobodnie komunikować się z promotorem.

W czasie tego tygodnia bez Internetu zauważyłam, że bez niego ciężko się funkcjonuje. Da się, ale jest to dość mocno utrudnione. Nie można w łatwy sposób przelać pieniędzy, poszukać pracy, wysłać CV. Dodatkowo brak dostępu do najnowszych informacji z życia znajomych, choć tak banalny i niepotrzebny, staje się uciążliwy. Jednocześnie traci się mniej czasu na pierdoły. Dwa razy posprzątałam mieszkanie, przeczytałam dwie książki, prawie codziennie gotowałam jakiś pyszny obiad. Kiedy chodziłam do mojego chłopaka, sprawdzenie najważniejszych informacji (skrzynki e-mailowe, strona uczelni, strony z ogłoszeniami, facebook) zajmowały mi kilkanaście minut i tak naprawdę nie czułam niedosytu. Codzienne korzystanie z portali internetowych zmienia nasze myślenie i postrzeganie świata, szczególnie, jeśli chodzi o informacje, których tak naprawdę nie potrzebujemy – taki jest mój wniosek z ostatniego tygodnia.

Pozdrawiam,

Zielona Małpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail