Dzisiejszy wpis jest kondensacją wszystkich obserwacji i wydarzeń z ostatnich kilku dni. W niedzielę (27.09) przyjechałam do Wrocławia, gdyż w tym tygodniu zaczyna się rok akademicki. Niestety nie miałam dostępu do internetu na początku, więc nie miałam jak czytać, obserwować i komentować Waszych blogów. Spokojnie, wszystko nadrobię w najbliższej wolnej chwili.
W niedzielę przyjechałam do nowego mieszkania, które ku mojemu zdziwieniu (i wbrew temu, co mówił właściciel) okazało się puste. Żaden ze współlokatorów jeszcze na stałe nie dotarł. W sumie miało to swoje wady i zalety. Wady w postaci głupiego poczucia samotności w samym sercu miasta. Spodziewałam się, że ktoś będzie już na miejscu i będzie z kim porozmawiać i wypić powitalnego browara. Zaletą jest to, że miałam całe mieszkanie wolne i wszystkie półki do wyboru – w kuchni, łazience, no i w lodówce. Wieczorem wybrałam się z koleżanką ze studiów i jej chłopakiem na pokaz multimedialny fontanny na Pergoli. Było ładnie. Polecam wszystkim bardzo serdecznie.
Jeśli chodzi o samo mieszkanie, to muszę się pochwalić, że widok z mojego pokoju jest nieziemski. Mieszkam na dziewiątym piętrze i mam całe miasto w zasięgu wzroku. Dodatkowo mam widok na przecudne zachody słońca. Zapierają dech w piersiach.
Poniedziałek upłynął mi pod znakiem zakupów, gdyż zapasy trzeba zrobić. Biedronka była pełna studentów, wiadomo – większość przyjeżdża w tym tygodniu. Trochę przepychanek, ale jeszcze w normie. Gorzej jest, gdy jest przecena mandarynek w grudniu. Wtedy najlepiej iść zaraz z rana. Po południu na chwilę pojawili się współlokatorzy, którzy okazali się młodszymi ode mnie studentami (w różnym wieku). Wieczór spędziłam z chłopakiem, oglądając Atlas Chmur, o którym prawdopodobnie będzie osobna notka.
We wtorek rano przybyła pierwsza kobieca współlokatorka, która na pierwszy rzut oka wydaje się w porządku. Mam nadzieję, że stworzymy jakiś babski front przeciwko chłopakom, którzy sprawili wrażenie luzackich imprezowiczów – fajnie się z nimi imprezuje, nie tak fajnie mieszka. Ale zobaczymy, jak to w ogóle będzie. Byłam też w Rossmanie, aby zapoznać się z cenami najtańszych środków czystości (będę chyba współlokatorką-matką, więc muszę wszystko ogarnąć i, przede wszystkim, być stanowcza). Przy okazji chciałam kupić podkład, o którym czytałam pozytywne opinie, jednak okazało się, że ludzie to świnie, bo wszystkie opakowania były otwarte (plastik, który łączył opakowanie z nakrętką, był zerwany) i umazane tymże podkładem. A obok leżały testery, w których znajdował się jeszcze produkt. Nie wzięłam więc podkładu, bo skąd mogę wiedzieć, czy nie biorę na wpół opróżnionego opakowania? Chamstwo i tyle. Poszłam do innego Rossmana i tam na szczęście znalazłam nieuszkodzone opakowanie w interesującym mnie odcieniu.
W środę poznałam moją współlokatorkę „pokojową“. Na pierwszy rzut oka wydaje się być bardzo miłą i spokojną osobą. Zobaczymy, czy dogadam się z nią na dłuższą metę.
Czwartek – 1. października, jako pierwszy dzień nowego, jakże emocjonującego dla mnie roku akademickiego, był dniem wolnym od zajęć. Godziny rektorskie od 11 uratowały niejednego studenta od siedzenia na zajęciach na powakacyjnym/wczesnoakademickim kacu. Moja uczelnia, a właściwie Samorząd Studencki, zorganizował imprezę na świeżym powietrzu o jakże nowoczesnej nazwie I <3 PWr. Miała być ona luźnym wejściem w nowy semestr oraz otwarciem Pasażu Studentów (kawałek wyremontowanej ścieżki między budynkami, tak dla jasności). Miało być pełno ludzi, konkursy, festiwal Food Trucków, koncerty. Wyszło jak zawsze, czyli raczej garstka osób błądzących między stanowiskami i rozglądających się za czymś ciekawym. No, ale zawsze godzinka poświęcona na spacer (lub coś w tym rodzaju). Fotki z imprezy sugerują, że były tam tłumy, ale w końcu za coś płacą fotografowi (o ile płacą).
W piątek nie udało mi się uniknąć zajęć na 7:30. Na szczęście trzygodzinny wykład okazał się ciekawy i obejmował zakres, którym się interesuję. Trochę zasypiałam, to muszę przyznać, ale wiem, że będzie to mój ulubiony wykład w tym semestrze (a w sumie mam aż dwa do wyboru). Po zajęciach poszłam z chłopakiem do banku, aby założyć konto. Jedno już mam, ale jest ono uciążliwe, strona internetowa, która powinna być przejrzysta i łatwa w obsłudze, nastręcza mi dużo problemów. Dlatego, jak tylko będę miała okazję zlikwidować poprzednie konto (chodzi głównie o lokatę i śmieszne odsetki), to właśnie to uczynię. Nie pisałam tego wcześniej, ale ze względu na małą ilość zajęć w tym semestrze (14 godzin tygodniowo), postanowiłam, że poszukam jakiejś dorywczej pracy. Brak dostępu do Internetu był to zasadniczym utrudnieniem, dlatego korzystałam z dobroci mojego chłopaka i wysyłałam moje CV z jego komputera. Nie chciałam nadużywać jego dobroci, dlatego ograniczyłam się tylko do tego, sprawdzania skrzynek e-mailowych oraz nowości na facebooku w postaci konkursów, w których brałam udział i nic nie wygrałam. W piątek odebrałam telefon, który dotyczył właśnie mojego życiorysu, więc umówiłam się na spotkanie w poniedziałek. Wieczorem udało mi się złapać większość współlokatorów (pięciu z siedmiu, w tym ja), więc wypiliśmy integracyjne piwko.
Całą sobotę spędziłam na wyczekiwaniu wieczornego odcinka Doktora. Z wiadomych przyczyn oglądałam go u chłopaka. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu będę miała możliwość oglądania go u siebie, na spokojnie, z popcornem w dłoni. Sam odcinek średnio przypadł mi do gustu ze względu na fabułę umieszczoną w małej, zamkniętej przestrzeni.
Niedziela, jak to zazwyczaj bywa, upłynęła dość leniwie. Poszłam z chłopakiem na spacer, aby zobaczyć wyremontowaną ulicę, blisko której mieszkałam w zeszłym roku.
W poniedziałek rano pojechałam na umówione spotkanie do firmy pośredniczej i dogadałam się w sprawie pracy. Zobaczymy jeszcze jak to będzie.
Wtorek wyróżnił się głównie tym, że w końcu mam w mieszkaniu dostęp do sieci i mogę swobodnie komunikować się z promotorem.
W czasie tego tygodnia bez Internetu zauważyłam, że bez niego ciężko się funkcjonuje. Da się, ale jest to dość mocno utrudnione. Nie można w łatwy sposób przelać pieniędzy, poszukać pracy, wysłać CV. Dodatkowo brak dostępu do najnowszych informacji z życia znajomych, choć tak banalny i niepotrzebny, staje się uciążliwy. Jednocześnie traci się mniej czasu na pierdoły. Dwa razy posprzątałam mieszkanie, przeczytałam dwie książki, prawie codziennie gotowałam jakiś pyszny obiad. Kiedy chodziłam do mojego chłopaka, sprawdzenie najważniejszych informacji (skrzynki e-mailowe, strona uczelni, strony z ogłoszeniami, facebook) zajmowały mi kilkanaście minut i tak naprawdę nie czułam niedosytu. Codzienne korzystanie z portali internetowych zmienia nasze myślenie i postrzeganie świata, szczególnie, jeśli chodzi o informacje, których tak naprawdę nie potrzebujemy – taki jest mój wniosek z ostatniego tygodnia.
Pozdrawiam,
Zielona Małpa
Zrezygnowałam niedawno z abonamentu w Legimi i szukałam czegoś, co go zastąpi. A ponieważ aktualnie…
Każdy z nas ma pewne tematy, które przyciągają go jak magnes. Takie, które siedzą nam…
Żałowaliście kiedyś jakiejś współpracy recenzenckiej? Ja trochę żałuję właśnie w tym momencie. Zrzutka Haywardów Janice…
Kopia doskonała Małgorzaty Rogali to thriller, którego fabuła w znacznej części dzieje się we Francji.…
Serial Śmierć i inne szczegóły (ang. Death and other details) z zapowiedzi wydawał się serialem…
Pamiętacie, jak tydzień temu zachwycałam się poprzednim odcinkiem Doctor Who? I jak miałam nadzieję, że…
View Comments
Bardzo trafny wniosek ;) Coś w tym jest, że internet zabiera nam lwią część wolnego czasu na pierdoły. Wystarczy sobie przypomnieć jak wyglądało nasze życie zanim dostaliśmy pierwszy komputer czy pierwszy modem. Ze mną było przynajmniej tak, że bez problemu wychodziłem z kumplami pograć w piłkę itp. Gdy na naszej ulicy zawitał komputery, wszystko się zmieniło. Gra w piłkę zmieniła się w grę w FIFE a wspólne wypady na szaber zmieniły się w grindowanie w grach MMO. Smutne ale co zrobić... swoją drogą - najlepszym patentem na brak motywacji posprzątania mieszkania jest odłączenie routera? ;)
No właśnie, niby jest kontakt z ludźmi, ale żeby wyjść i się spotkać... to zazwyczaj jednak zostajemy w cieplutkim domu :)
Czyli bez Internetu same pozytywy: sprzątanie, przeczytane książki, obejrzane filmy i inne takie... a przecież to, ile korzystamy z sieci zależy tylko od nas :-) najlepiej połączyć jedno z drugim...
Niby tak, ale zawsze jest ta pokusa, żeby jednak posiedzieć przed komputerem i pooglądać śmieszne koty :) albo coś w tym stylu
Jasne, od kiedy wkręciłam się w blogowanie też mam mniej ochoty na sprzątanie, ale porządki domowe nie rozwijają intelektualnie...
Czyli nowy rozdział w życiu .... W wolnej chwili zapraszam do zabawy - nominowałam Cię
http://jagatoja.blogspot.com/2015/10/wywiad-z-jaga.html
Życzę ci jak najlepszych współlokatorów, doświadczenie, opowieści znajomych do dzisiaj wywołują we mnie dreszczyk grozy :D Mój były chłopak mieszkał z dziewczynami, które zostawiały brudne podpaski za pralką i facetem, który wycierał się naszymi ręcznikami :D szcześcia i wytrwałości na nowej drodze życia, dużo cierpliwości przede wszystkim!
W wolnej chwili zapraszam do siebie :D
prettyfreckless.blogspot.com
Ja też mam jakieś tam złe doświadczenia ze współlokatorami. Bywa. Dzięki temu nauczyłam się być cierpliwa i wytrzymywać z różnymi charakterami (nie ze wszystkimi się da).
Czasem tęskni mi się do studenckich czasów :) ale tylko ociupinkę
Dlatego korzystam, póki mogę :)
Czyli tym razem trafiłaś na w miarę normalnych współlokatorów :)
Trudno powiedzieć po pierwszym tygodniu. Myślę, że będzie ok mimo wszystko :) Nie ma nic gorszego niż jedna z poprzednich współlokatorek :P
Mówią, że Wrocław, to miasto tętniące życiem i że nie idzie się tam nudzić :) , więc troszkę zazdroszczę :) A widok z okna naprawdę piękny :) Atlas z chmur próbowałam już dwa razy obejrzeć i za każdym razem usnęłam, choć film jest świetny, więc przede mną trzecie podejście :)
Serdecznie pozdrawiam :)
Jest przede wszystkim długi i trudno zrozumieć ciąg zdarzeń. Ja też prawie zasnęłam. A mimo to mi się podobał.
Na pewno nie odpuszczę temu filmowi :) Pozdrawiam :)
Masz piękny widok z okna!
Życie bez internetu, czasem tak niepotrzebnego, staje się bardzo uciążliwe ;) Tak już się przyzwyczailiśmy, a co się przyzwyczai, ciężko odzwyczaić :D
Jak nie mam Internetu, to nie ma tragedii. Gdy trzeba, to zawsze ktoś udostępni na chwilę. Problem pojawia się, gdy Internet jest i zapomina się o reszcie świata.
Na świecie modny jest dzień offline dla ratowania zdowia psychicznego i wygospodarowania czasu na kontakt z naturą i innymi żywymi stworzeniami:)
A router przecież można wyłączyć codziennie o okreslonej porze, tylko trochę dyscypliny;) Udanego roku akademickiego :)
No właśnie z tą dyscypliną to różnie bywa :)
W internecie jest pełno syfu i bzdur, ale jest też dużo przydatnych rzeczy. Jak ktoś potrafi korzystać z sieci to może ona służyć do załatwienia najważniejszych spraw (chociaż nie wszystkich) i również do znalezienia wielu ciekawych i wartościowych rzeczy (jak strony porno). Zielona Małpa tylko nie mów swojemu chłopakowi, co może znaleźć w Internecie ;)
Myślę, że on sam lepiej wie, co może znaleźć :P