Jeśli ktoś spyta mnie, czym różni się nauczyciel akademicki od nauczyciela w liceum, to jednoznacznie stwierdzę, że ten pierwszy może robić ze swoimi studentami, co mu się tylko podoba, o ile mieści się to w jakichś granicach moralności, a ten drugi musi trzymać się zasad ustalonych w statucie szkoły.
W tym tygodniu na przykład siedziałam w poniedziałek ponad 8 godzin a we wtorek kolejne 4 godziny u prowadzącego z laborek z podstaw chemii organicznej. Jednym z warunków zaliczenia kursu było wzięcie udziału w pogadance o spektroskopii. Gdzieś w grudniu każdy dostał losową próbkę, którą trzeba było do końca semestru zidentyfikować. Zadanie dość trudne, tym bardziej, że większość studentów ma bardzo niewielkie doświadczenie w laboratorium. Ja również.
Jedną z pierwszych rzeczy, jaką się identyfikuje, to zapach. A chemia organiczna, to w większości śmierdząca chemia. W całym laboratorium śmierdziało na jajka, aceton, kupę itp. Czasem starczyło zrobić jeden krok, aby z chmury octu przejść do chmury bananów. Okropna mieszanka.
W każdym razie, po trochę dokładniejszym określeniu związku dostawało się widma: 1HNMR, IR i MS. I na podstawie tych widm trzeba było określić, jaki związek mamy. W tym celu każdy musiał wysłuchać kilkugodzinnego wykładu na temat spektroskopii „po godzinach”.
Dodatkowo nasz prowadzący wymagał idealnie uzupełnionego zeszytu laboratoryjnego. Data po lewej stronie kartki, tytuł ćwiczenia, numer ćwiczenia, tabelka z właściwościami każdego odczynnika używanego w doświadczeniu, przepis doświadczenia, BHP każdego związku, rysunek aparatury i opis naszego postępowania z wnioskami i obserwacjami. Siedziałam przy tym cały sobotni wieczór, niedzielę, poniedziałkowy wieczór i wtorkowe popołudnie. Uwierzcie, że rysowanie aparatury to istna katorga! Każdy szlif musi się schodzić o jedną jednostkę na dziesięć jednostek, w odpowiednich miejscach aparatura musi się zwężać albo poszerzać itp. A doktor czepiał się o wszystko. Nawet kupiłam cyrkiel. W każdym razie udało mi się w ciągu tych kilku dni wszystko uzupełnić i w efekcie końcowym dostałam „promocyjnie” piątkę za zeszyt a 5,5 za cały kurs.
Poniedziałkowe posiedzenie odbyło się w małej klitce, pokoju prowadzącego, gdzie zgromadziło się chyba z 10 osób. Za to każdy dostał herbatkę! I to nie byle jaką, bo piramidki Liptona.
Porządnie odsiedziałam swoje pośladki, więc wspomnienia pozostaną.
A wy jakie macie wspomnienia z nauczycielami lub prowadzącymi na uczelni?
zielonamalpa
Zrezygnowałam niedawno z abonamentu w Legimi i szukałam czegoś, co go zastąpi. A ponieważ aktualnie…
Każdy z nas ma pewne tematy, które przyciągają go jak magnes. Takie, które siedzą nam…
Żałowaliście kiedyś jakiejś współpracy recenzenckiej? Ja trochę żałuję właśnie w tym momencie. Zrzutka Haywardów Janice…
Kopia doskonała Małgorzaty Rogali to thriller, którego fabuła w znacznej części dzieje się we Francji.…
Serial Śmierć i inne szczegóły (ang. Death and other details) z zapowiedzi wydawał się serialem…
Pamiętacie, jak tydzień temu zachwycałam się poprzednim odcinkiem Doctor Who? I jak miałam nadzieję, że…
View Comments
Gratulacje, wysiłek się opłacił :)
Fajni są wykładowcy, którzy potrafią przyjednać sobie studentów mimo że dużo od nich wymagają. To dopiero mój pierwszy semestr na studiach i jak narazie mam mało ciekawych wspomnień z wykładowcami, więc nie mam się czym podzielić :). Pozdrawiam
Większość wykładowców niesttey jest do d***, odwalają swoje i idą do domu, mając studenta w głębokim poważaniu. Ale pamietam jedną panią doktor z antropologii kultorowej - po jej zajęciach na liście moich marzeń wciąż jest pkt: pójść na studia na kierunek antropologia kulturowa. Na pewno kiedyś to zrobię ;)
O jak miło. Pewnie marzyłaś o takich atrakcjach ;) Grunt, że się opłaciło ;)
Właśnie - grunt, że się opłaciło :D
No i oczywiście gratulacje wielkie!
Ty i ta Twoja chemia to dla mnie po prostu niedościgniony wzór!
Ja z większością nauczycieli dogadują się bardzo dobrze, z niektórymi mam wręcz kontakt osobisty i od pierwszej klasy biję rekord liczby pracowników szkoły, u których siedziałam w samochodzie ;D
Wolę nauczycieli od rówieśników.
takie rzeczy pamięta się przez całe życie. Fajnie, że tym wpisem przypomniałaś mi i moje oceny za zeszyt :)
Najważniejsze, że było warto ;)
Będzie co wspominać.
Pozdrawiam!
Podoba mi się Twój blog i to jak piszesz, informuj mnie o nowych postach. Zapraszam do mnie na burza---mysli.blog.onet.pl Dodam Cię do "Odwiedzanych". :)
Nieźle musiało śmierdzieć XD Jak w polskim PKP ;p
Ja osobiście nie lubię chemii. Ale pamiętam jak w gimnazjum robiłam mydło. Chcieliśmy hurtownie założyć, a tu bach! Trzy godziny pracy i mydło wielkości orzeszka ziemnego :P Pozdrawiam.
im się wydaje, że jak uczą w szkole wyższej to mogą nami pomiatać :D ja np. miałam biomedykę ze straszną kobietą, kazała nam kupić swoje własne (!) zeszyty do ćwiczeń, skrupulatnie je wypełniać, domyślać się, które zadanie zrobić, które wykreślić, któremu zmienić polecenie, potrafiła nie zaliczyć, jeśli ktoś pisał zbyt dużą lub małą czcionką- to tylko część chorych wymagań, jak wystałam w kilkugodzinnej kolejce 4,0 wpisane do indeksu byłam wniebowzięta :)
Chemia organiczna- matko moja, takich przygód to ja bym nie zniosła :)
Miałam jednego wykładowcę, który w czasie trwania egzaminu wyszedł na dwie godziny w celu... udania się na msze. Oczywiście, nas o tym poinformował dopiero po powrocie :)