Pamiętam, jak zaczynałam moją przygodę z serialem Pretty Little Liars (Słodkie kłamstewka). Towarzyszył mi dreszczyk emocji podszyty ekscytacją związaną z dramaturgią związków postaci. Wkrótce po tym odkryłam różne fora internetowe poświęcone temu serialowi. Forumowicze dyskutowali na temat nowych odcinków, podsuwali swoje teorie na temat tożsamości A i wrzucali gify przedstawiające najlepsze momenty serialu. Założyłam konta na kilku takich forach i nawet się udzielałam. Byłam częścią fandomu i dawałam się ponieść ekscytacji. Oczywiście gdzieś w okolicy piątego sezonu miałam Słodkich kłamstewek po same uszy. Serial stracił mnóstwo swojego uroku, a fani przenieśli swoją uwagę na inne, nowsze produkcje.

Pretty Little Liars Słodkie kłamstewka

Po rozbiciu fanów na inne seriale ja też popłynęłam w inne kulturalne regiony. Choć nadal śledziłam losy kłamczuszek, to już rzadko zaglądałam na półwymarłe fora dyskusyjne. Poczułam jeszcze mały dreszczyk emocji podczas oczekiwania na finał serialu, ale była to nieporównywalnie mniejsza ekscytacja niż przy odcinkach pierwszych sezonów. I pogadać nie było z kim.

Pamiętam, jak wkręciłam się w serial Doctor Who, który do dziś zostaje moim absolutnie ulubionym. Byłam w pierwszej klasie liceum i właśnie przeżywałam złamane serce i kolejne zakochanie. Chłopak, który starał się o moje względy wciąż wspominał o świetnym serialu, który ogląda. Nazwa nic mi nie mówiła. Kojarzyła mi się z pierwszym filmem o Jamesie Bondzie. Ale z agentem 007 nie miała nic wspólnego (przynajmniej na pierwszy rzut oka). Pierwsze odcinki okazały się mało interesujące, ale w końcu przed finałem pierwszego sezonu przepadłam całkowicie. Na tym etapie wyszły cztery sezony, piąty był w trakcie. Szukałam miejsc, gdzie mogłam o nim porozmawiać, ale wtedy Doctor Who dopiero przestawał być niszowy i choć łatwo było znaleźć zaangażowaną społeczność fanów, to już trudniej było się wkręcić. Więc głównie się przyglądałam i obserwowałam wzrost popularności mojego ulubionego serialu.

Doktor Doctor Who David Tennant

Potem jednak popularność Doctora Who wzrosła i ludzie zaczęli najpierw kojarzyć ten serial, a potem nawet go oglądać. Znalazłam też fanów, którzy uwielbiali ten serial na równi ze mną. I stałam się częścią czegoś większego. Ale niestety ostatnio ludzie stali się znacznie mniej skłonni do dyskusji. Wszystko sprowadza się do dyskusji, czy serial już umarł, czy może dopiero zbliża się do stanu agonalnego.

Zawsze miałam trochę przekorne podejście do tego, co aktualnie jest popularne. Zazwyczaj im większy hype, tym mniej mam ochotę poświęcać temu energię. Dlatego też zawsze jestem trochę z boku, kiedy ludzie podniecają się jakimiś seriami filmowymi, czy też wyrażają swoją ekscytację serialem, który wszyscy znają i kochają. Najwyraźniej wszyscy poza mną. Nie mam do nich pretensji, bo zdaję sobie sprawę, że popkultura to produkt, który po prostu dobrze sprzedaje się w pewnych warunkach i trafia na ludzi spragnionych rozrywki.

Nie oglądałam Gry o Tron. A w sumie to nie oglądałam Gry o Tron do lipca zeszłego roku. Nie lubię zbyt dużo krwi na ekranie, politycznych zagrywek, średniowiecznych motywów, za to lubię się przywiązywać do postaci, co w tym serialu może być bolesnym doświadczeniem. W zeszłym roku postanowiłam jednak, że nie mogę być zawsze na nie i dałam szansę Grze o Tron. Dałam sobie spokój po drugim sezonie. Kilka tygodni temu z narzeczonym włączyliśmy kolejne odcinki i oglądanie ich jest dla mnie torturą, bo mam w głowie tyle spoilerów, które usłyszałam na przestrzeni lat od fanów serialu, że ciężko jest o nich nie rozmawiać z narzeczonym, który jakimś cudem uniknął wszystkich spoilerów. Ja jednak mam swoje miejsce i korzenie w świecie popkultury, więc jestem narażona na spoilery z każdej strony.

W każdym razie nie poczułam tej całej Gry o Tron. Zaczęłam ją oglądać, by stać się częścią tego świata, ale po drodze stwierdziłam, że to nie świat dla mnie. Pewnie obejrzę do końca, a zajmie mi to chyba rok albo nawet więcej.

Inny wątek, za którym nie przepadam, to superbohaterowie. Naprawdę rzadko zdarza się, bym dobrze bawiła się przy filmach superbohaterskich. Wyjątkiem jest trylogia o Spider-Manie w reżyserii Sama Raimiego z Tobeym Maguire’m w roli głównej. Ale tutaj w grę może wchodzić nostalgia, więc moje postrzeganie może być zakrzywione.

W każdym razie nie jestem wielką fanką kina superbohaterskiego, które w tym momencie przeżywa jakiś ważny moment w postaci filmu Avengers: Koniec gry. Jeśli chodzi o uniwersum Marvela, to widziałam dokładnie 3,5 filmu i żadnego serialu. Te pół filmu to moja próba obejrzenia całego filmowego uniwersum chronologicznie i od początku. Jak widać, dałam sobie spokój w połowie pierwszego filmu, który miałam na liście – Captain America: Pierwsze starcie. At least I tried.

Pozostałe trzy filmy to dwa o strażnikach galaktyki i Doktor Strange, na którego mój narzeczony, a wtedy jeszcze chłopak, wyciągnął mnie do kina.

Ogólnie rzecz biorąc dzieją się aktualnie dwie ważne rzeczy w popkulturalnym świecie. Po pierwsze zbliża się finał Gry o Tron, co w związku z popularnością tego serialu wypiera wszystkie inne serialowe wydarzenia tego roku. A po drugie właśnie w kinach można zobaczyć Avengers: Koniec gry, który to film jest zwieńczeniem kolejnej ery w uniwersum Marvela. Ponadto w tym filmie pojawi się ostatnie cameo Stana Lee, który stworzył uniwersum Marvela wraz z kilkoma innymi osobami.

Avengers Endgame

Ja stoję z boku. Oczywiście chciałabym być częścią tej społeczności, która się jara jak katedra Notre Dame na myśl o finale Gry o Tron czy też wspomnianym wyżej filmie. Choć mam swoje seriale i swoje filmowe uniwersa, które uwielbiam, to świadomość, że nie czuję tego, co większość, wywołuje we mnie pewien rodzaj smutku. Jako osoba, która zawsze szła trochę obok głównego nurtu, doskonale znam to uczucie, ale dopiero teraz uderza mnie to trochę mocniej. I próbuję to zaakceptować.

Płynięcie tuż obok głównego nurtu na co dzień nie jest specjalnie uciążliwe. Skupiam się na tym, co mnie interesuje, na tym, co sprawia mi przyjemność, albo potencjalnie ma szansę sprawić mi przyjemność i dostarczyć rozrywkę. Jednak czasem zdarza się, że w mainstreamie kumuluje się napięcie, a wtedy osoby poza nim odczuwają wykluczenie. A przynajmniej dzieje się tak w moim przypadku.

W czasach, kiedy jesteśmy zalewani nowymi produkcjami, ciężko jest być na bieżąco z wszystkim. A może nawet jest to już niemożliwe. Myślę, że sztuką jest wybranie sobie własnego poletka w świecie popkultury. Może jeszcze nie do końca opanowałam tę sztukę, ale powoli zaczynam odnajdywać w całej dużej popkulturze elementy, które mnie przyciągają i odpychają. I myślę, że też świadomość tego, co lubimy, a czego nie to coś naprawdę ważnego w czasach, kiedy nie ma szansy nadążyć za wszystkim. Dlatego dobrze mi z tym, że nie wciągnęłam się w Marvela, bo miałam dzięki temu czas na obejrzenie filmów, które przyciągnęły moją uwagę. I jasne, jestem trochę z boku, ale wiem, że zawsze będę z boku czegoś, co aktualnie jest na topie, bo doba ma tylko 24 godziny a rok tylko 365 dni. I myślę, że każdy, kto ostatnio próbuje być ze wszystkim na bieżąco, czuje, że to niemożliwe.

Zaakceptujmy więc to, że mamy gusta popkulturalne. Każdy ma swój i należy przyjąć go z otwartymi ramionami. Warto też czasem liznąć czegoś innego, żeby przekonać się, czy może jednak nasz gust się trochę nie zmienił. W ramach poszerzania horyzontów.

Bycie świadomym odbiorcą popkultury nie jest proste.


Ten wpis powstawał powoli na przestrzeni kilku dni. Może nie trafia w sedno, ale dobrze było wyrazić emocje związane z pozostawaniem z boku głównego nurtu popkultury.

Możesz w komentarzu podzielić się własnymi przemyśleniami na ten temat. Zachęcam do tego.

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail