Już ostatnio pisałam tu o moich wrażeniach z oglądania najnowszego sezonu serialu Z archiwum X. Wylałam trochę żali, ponarzekałam i obejrzałam resztę odcinków aż do finałowego. Teraz mogę w pełni podzielić się opinią na temat jedenastego sezonu.

Przede wszystkim moja opinia niespecjalnie się zmieniła w stosunku do tego, co opisywałam niecałe dwa tygodnie temu. W międzyczasie nadrobiłam trzy ostatnie odcinki, z których dwa były standardowo osobnymi historiami, a ostatni stanowił zamknięcie klamry dla historii, która toczyła się w tle.

Przesyt odcinków mitologicznych*

Z dziesięciu odcinków najnowszego sezonu dwa okazały się w całości mitologiczne i pieczę nad scenariuszem sprawował twórca, czyli Chris Carter. Choć to dzięki niemu wkręciłam się w sezony lat 90., właśnie jego dwa odcinki najmniej przypadły mi do gustu. Pierwszy i ostatni odcinek sezonu zazwyczaj przedstawia elementy głównej osi. Pozostałe osiem miało być z założenia osobnymi historiami z różnymi śledztwami w centrum uwagi. Wątek główny pojawiał się tylko gdzieś w tle. A jednak w dwóch innych odcinkach pojawił się on bardzo wyraźnie i zdominował historię w nich przedstawianą. Przez to aż cztery odcinki w dziesięcioodcinkowym sezonie dotyczyły tej dziwnej mieszanki planów kolonizacji ziemi, zabawy w kotka i myszkę przez Palacza oraz poszukiwania syna Scully, oddanego przez nią do adopcji niemal dwadzieścia lat wcześniej.

Nie ten sam klimat co kiedyś

Jak już wcześniej wspominałam, cały sezon pozbawiony był klimatu, który do tej pory trzymał mnie przy serialu. Ale akurat na brak klimatu jest najłatwiej narzekać, bo to tak ulotna kwestia, że często nie da się określić, co tak naprawdę mi nie pasuje. Dlatego nie będę się rozwodzić nad klimatem.

Historie bez polotu

Choć w oryginalnych sezonach zdarzały się słabe odcinki, to w porównaniu z niemal każdym nowym są one dziełami sztuki. Pominę w moich rozważaniach odcinki mitologiczne. W nowym sezonie twórcy podjęli się takich wątków, jak praktykowanie magii, efekt Mandeli, czy niebezpieczny rozwój technologiczny. Jedynie dwa odcinki, ten wspomniany o magii i kolejny, o możliwościach nielegalnej medycyny, czyli ósmy i dziewiąty, były w stanie jako tako przyciągnąć moją uwagę. Może dlatego, że dało się w nich odczuć namiastkę starych iksfajlsów.

Odcinek ósmy, o praktykowaniu magii w małym miasteczku, miał wszystko, czego brakowało mi w poprzednich – ciekawe tło, dobrą fabułę i satysfakcjonujące wyjaśnienie. Jedyne, do czego mogłabym się tu przyczepić, to zakończenie, które nie zostawia odpowiednio dużego pola do manewru dla wyobraźni, jak to czyniły oryginalne odcinki.

Odcinek dziewiąty poruszył dość delikatny temat przedłużania życia poprzez wątpliwe zabiegi medyczne. Spodobał mi się mrok oraz iskra szaleństwa w oczach jednej z postaci. Spora część odcinka została nagrana w ciemnych pomieszczeniach, co wywołało we mnie niepokój. Na dodatek niebezpieczeństwo było tu realne, a w dodatku całość nasycona była smutkiem miłości siostrzanej.

Kiepski finał

Bałam się tego finału. Bałam się, że popsuje on wszystko, co do tej pory kochałam w serialu. Tym bardziej, że miał to być ostatni odcinek Gillian Anderson.

Po pierwsze Chris Carter władował w jeden odcinek naprawdę wiele fabuły i informacji. Spokojnie starczyłoby tego na dwa odcinki, albo jeden półtoragodzinny. Ale nie dość, że nadal wiele rzeczy się nie wyjaśniło, to mnóstwo czasu zmarnowano na pościgi samochodowe i parkour.

Po drugie konstrukcja bohaterów okazała się kompletnym niewypałem.

Spoilery

ROZWIŃ

Na przykład Scully. Odkąd oddała swojego syna Williama do adopcji, miała nadzieję, że jest on bezpieczny i ma dobre życie. W dziesiątym sezonie zaczęła poszukiwania, ponieważ miał on być ostatnią nadzieją ludzkości przez swoje DNA. Poświęciła mu naprawdę ogromną ilość trosk. Czas poświęcony na martwienie się i poszukiwanie stworzyły w Scully ogromne przywiązanie do syna, choć nie miała dotąd okazji go spotkać.

I głównie dlatego tak bardzo zabolało mnie, kiedy w ostatnim odcinku Skinner powiedział jej, że William był tylko eksperymentem, a Scully tak po prostu przyjęła to do wiadomości. I kilka chwil później, kiedy William wylądował z kulką w głowie w wodzie, Scully pocieszała Muldera, że to nie był jego syn, ale wynik eksperymentu. Żaden człowiek nie przetrawi takiej informacji w tak krótkim czasie.

I jeszcze na sam koniec Scully wyskoczyła z informacją o ciąży w wieku 55 lat… A to jest bardzo nieprawdopodobne, chyba, że to kolejny “eksperyment”.

Po trzecie, pierwsze kilka minut odcinka było monologiem o przeszłości jednego z bohaterów. Kiepskim monologiem, który miał wprowadzić informacje, a jedynie obdarł mnie z oczekiwań. Gdyby twórcy wycięli którykolwiek z wcześniejszych odcinków i cały monolog zamienili w pełny odcinek, w którym wyjaśniona zostałaby cała historia, wyszliby na tym lepiej.

Ostatecznie finałowy odcinek wydał mi się niezwykle niedopracowany. Jakby scenarzyście zabrakło czasu na przedstawienie historii porządnie.

Szkoda, bo był to mój ulubiony serial…


*odcinki mitologiczne oznaczają te odcinki, w których przeważa główny wątek serialu. Mitologia to tło serialu i historia, która łączy bohaterów z sobą wzajemnie (często również drugoplanowych), rozciąga się ona na przestrzeni całego serialu, podejmuje wątki obyczajowe, romantyczne dotyczące głównych bohaterów. W mitologii serialu Z archiwum X pojawia się też kwestia kolonizacji Ziemi przez kosmitów, rodziny Muldera, syna Scully, tajnego informatora, szczepień przeciwko ospie itp. Mitologia często dotyczy seriali, w których każdy odcinek jest odrębną historią, a główny wątek pojawia się gdzieś w tle. Współczesne seriale o ciągłej fabule z definicji składają się z samej mitologii. 

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail