Wczoraj poszłam do biblioteki pierwszy raz od prawie roku. Nie liczę oczywiście biblioteki mojej politechniki. Wzięłam dwie książki. Lubię powieści obyczajowe i kryminalne z jakimś nieznacznym wątkiem romantycznym.

Zawsze jest ciężko mi się przekonać do polskich pisarzy. Zazwyczaj polskie imiona w książce raczej mnie odpychają, pewnie z przyzwyczajenia do obcej literatury. Tym razem postanowiłam dać szansę Katarzynie Grocholi, której książki jeszcze w ręce nie miałam. Padło na Houston, mamy problem. Dość grubaśna księga, z padniętym facetem na okładce. Czemu nie? Zerknęłam na tył i przeczytałam, że głównym bohaterem jest mężczyzna. Wolę, gdy historię opowiada osoba mojej płci, ale trudno. Czytam dalej… Okazuje się, że imię głównego bohatera to Jeremiasz. Jak już wspomniałam, nie za bardzo lubię, gdy w książce ktoś ma bardzo niecodzienne imię. Tym bardziej polskie. Mimo wszystko dałam szansę tej powieści. I nie żałuję.

Biorąc pod uwagę upał, jaki męczył mnie ostatnie kilka dni, nie byłam w stanie zabrać się do kryminału, który również miałam pod ręką. Wzięłam więc drugą “lekką”, jak obiecała bibliotekarka, książkę. Już pierwszy rozdział mi się spodobał. Każdą kolejną stronę dosłownie chłonęłam, zatrzymując się na niektórych fragmentach, śmiejąc się z sytuacji, w których znalazł się bohater. Nawet mój brat, który siedział przy komputerze w moim pokoju, kręcił na mnie oczami, nabijając się ze mnie.

Najciekawsze w tej powieści było to, że nie do końca umiałam rozszyfrować o czym ona jest. Zazwyczaj na tylnej okładce zarysowana jest krótko sytuacja głównego bohatera i w kilku słowach, “o czym będzie bajeczka”. W tym przypadku fabuła nie jest w najmniejszym stopniu zarysowana, a nawet w połowie książki ciężko zgadnąć, co będzie jej zakończeniem.

Całość napisana jest lekkim, dość prostym językiem. Akcja toczy się cały czas, nawet, kiedy Jeremiasz jedynie rozmyśla nad swoim życiem, czy też złem tego świata – kobietami. Powieść podzielona została na wiele krótkich rozdziałów, dlatego bardzo łatwo jest się od niej oderwać, jeśli to konieczne. Zakończenie jest dość zaskakujące i nie jednoznaczne, przez co resztę można dopisać sobie samemu.

Bardzo polecam tę książkę właśnie na takie dni, kiedy myślenie jest utrudnione. Ja, pomimo zmęczonego umysłu, połknęłam 600 stron w zaledwie jeden dzień. A planowałam cztery.

Jeśli ktoś szuka wymagającej literatury wysokich lotów, to Houston… go raczej nie zadowoli. Ja się świetnie bawiłam i to się dla mnie liczy.

 

Pozdrawiam serdecznie,

zielonamalpa

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail