Kategoria: Książki

Znajdziesz tu recenzje książek.

Ocean na końcu drogi, czyli granica między dwiema rzeczywistościami

Ocean na końcu drogi, czyli granica między dwiema rzeczywistościami

Dzieciństwo to zabawna sprawa. A wspomnienia jeszcze zabawniejsza. Pewnie każdy z nas miał w dzieciństwie wymyślonego przyjaciela, albo wyobrażał sobie, że właśnie znajduje się w jakiejś cudownej krainie. Ja żyłam w moim świecie dość długo, a wrotami do niego była stara jabłonka w sadzie.

Read More Read More

Herbatka z arszenikiem. Czy dałam się otruć?

Herbatka z arszenikiem. Czy dałam się otruć?

Czasem dostrzegamy coś kątem oka. Czasem podchodzimy bliżej. I czasem, ale tylko czasem, okazuje się, że było warto.

Będąc ostatnio w bibliotece, postanowiłam zerknąć na regał z nowościami. Tak naprawdę nie chciałam tego robić, bo przyszłam jedynie oddać zaległą książkę. Już z daleka w oczy rzucił mi się intensywnie jasnozielony grzbiet. Podeszłam więc bliżej, wysunęłam książkę z rzędu i moim oczom ukazała się jedna z najładniejszych okładek, jakie ostatnio widziałam. O intrygującym tytule już nie wspominam.

 

Książka ta to Herbatka z arszenikiem autorstwa Robin Stevens. Jak wiecie, mam słabość do nieznanych mi pisarzy i sięgania po przypadkowe pozycje w bibliotece. Dlatego mój blog nigdy nie będzie odwiedzany przez miliony książkoholików spragnionych recenzji najnowszych bestsellerów. Chyba, że nagle wszyscy przestaną biegać za nowościami, a zaczną za wartościami.
 
Hazel zostaje zaproszona do domu swojej przyjaciółki Daisy na ferie i przy okazji na jej urodziny. Podczas podwieczorku, nazwanego przez mamę Daisy herbatką, dochodzi do nieoczekiwanego zwrotu akcji. Jeden z gości zaczyna źle się czuć… i umiera. Wszystko wskazuje na otrucie. Hazel wraz z przyjaciółką próbują rozwikłać zagadkową sprawę śmierci gościa.

Herbatka z arszenikiem okazała się kryminałem dla dzieci. Przyznam, że nie tego oczekiwałam po 350-stronicowej baryle. I przyznam też, że nie przeczytałam blurba na tylnej okładce. Więc mogę winić tylko siebie. Ale czy jest za co?

Domyślam się, że autorka tego kryminału inspirowała się takimi klasycznymi dziełami, jak przygody Sherlocka Holmesa czy też powieści Agathy Christie, gdyż sposób rozwijania fabuły bardzo przypominał mi właśnie książki królowej kryminału. W charakterystyczny sposób zostały przedstawione osobowości i elementy wizualne postaci, a także miejsce akcji doczekało się wyrazistego opisu (wraz z mapką dla wzrokowców).

Akcja powieści dzieje się w 1935 roku, co wynika z moich skomplikowanych obliczeń (i chyba było to też wspomniane gdzieś w treści), więc nie ma co oczekiwać po książce jakichś wielkich innowacji śledczych. Ot, zastosowanie dedukcji, abdukcji i szczegółowych obserwacji. Ale przyznam, że właśnie przez metody myślowe lubię klasyczne kryminały. Niestety, nadmierne komplikowanie sytuacji i dodawanie całej masy współczesnych metod antropologicznych i ogólnie naukowych ułatwia schwytanie sprawcy, ale odbiera często książce uroku. Dlatego tym bardziej doceniam właśnie takie perełki.

Herbatka z arszenikiem została napisana z perspektywy nastolatki, co początkowo stanowiło dla mnie jakąś barierę. Jednak bardzo szybko udało mi się przeskoczyć na jej tryb myślenia i postrzegania świata, więc czerpałam z lektury sporą przyjemność. Zresztą, główna bohaterka była bardzo rezolutna i dojrzała emocjonalnie, więc tak naprawdę nie miałam problemu, by się z nią utożsamiać.

Po tym, jak już dowiedziałam się, że Herbatka z arszenikiem to książka przeznaczona dla dzieci i młodzieży, obawiałam się, że świat dorosłych zostanie pominięty lub przynajmniej strywializowany. Na szczęście okazało się, że autorka po prostu przedstawiła go z perspektywy nastolatki żyjącej w latach 30. XX wieku. A sama książka wbrew mrożącemu krew w moich herbatolubnych żyłach tytułowi okazała się przyjemnie lekkostrawna.

Przy okazji rzuciło mi się w oczy nieznane mi wydawnictwo Dwukropek, które jest jeszcze świeżym tworem nastawionym na wydawanie dobrej literatury dziecięcej. Jeśli pozostałe książki będą na podobnym poziomie co Herbatka z arszenikiem, to życzę im ogromnego sukcesu. Opisywana powieść jest drugim tomem serii, więc można chyba oczekiwać kolejnych przygód Hazel i Daisy.

Generalnie książka ta okazała się naprawdę przyjemną lekturą, powrotem do klasycznej konwencji kryminału i idealnym przerywnikiem między innymi powieściami. Jeśli więc masz ochotę na coś lekkiego jak beza, a jednocześnie nie tak słodkiego jak beza, to z całą pewnością i czystym sumieniem mogę polecić Herbatkę z arszenikiem Robin Stevens.
Narratologia, czyli naucz mnie opowiadać

Narratologia, czyli naucz mnie opowiadać

Mam wrażenie, że moja umiejętność opowiadania historii zanikła gdzieś na etapie końca szkoły podstawowej, kiedy to odkryłam ten wspaniały sposób przekazu myśli, jakim jest poezja. Wcześniej także nie uważałam się za mistrzynię w swoim fachu, ale nawet dziś czytam swoje wypociny z tamtych czasów z pewnym zainteresowaniem. Nie pochwalę się nimi. Sięgając po Narratologię Pawła Tkaczyka, oczekiwałam, że odnajdę brakujące elementy w moim pisaniu. Bo trzeba przyznać, że jednak sporo mi brakuje.

Read More Read More

Gniew, czyli pożegnanie z prokuratorem

Gniew, czyli pożegnanie z prokuratorem

Wszystkie pożegnania są trudne. Niektóre pozostawiają niedosyt.

W lipcu przeczytałam Gniew, czyli trzeci tom trylogii Zygmunta Miłoszewskiego o prokuratorze Szackim. Trzeci, czyli ostatni. Trzeci, czyli pożegnanie.

Teodora Szackiego znów spotykamy w nowym miejscu. Tym razem los zaniósł go na północ Polski do Olsztyna. Spotykamy go w pewien mglisty późnolistopadowy dzień. Do miasta, w którym przyszło mu mieszkać, żywi skrajne uczucia. Podziw wymieszany z odrzuceniem, nienawiść okraszoną miłością. A licho nie śpi.Od razu przyznam, że Gniew okazał się najlepszą częścią trylogii o prokuratorze Szackim, czego się nie spodziewałam. Ewolucja charakteru Teodora, śledzona przez krótkie urywki z jego życia przez kilka lat, doskonale dopełniła się w tym tomie. Książka zszokowała na pierwszych trzech stronach, wciągnęła na kolejnych kilku i do końca podtrzymywała mój apetyt. A na zakończenie dostałam to, co lubię najbardziej i jednocześnie nienawidzę. Jak Szacki Olsztyn.

Jest 2013 rok, jesień w stanie zaawansowanym, pizga złem. Szacki zostaje wezwany do starego bunkra aby „odfajkować Niemca”, czyli do szkieletu prawdopodobnie należącego do niemieckiego żołnierza z czasów poprzedzających drugą wojnę światową. Widocznie w okolicach Olsztyna takie znaleziska są na porządku dziennym. Sprawa okazuje się jednak znacznie bardziej skomplikowana, ale nie dlatego, że czegoś brakuje. Bo wszystko jest na miejscu.

Zygmunt Miłoszewski w mistrzowski sposób opisuje przedziwną architekturę Olsztyna. Zdecydowanie ma talent do klimatycznego opisania każdego miasta, jakie tylko przyjdzie mu do głowy. Tak było z Warszawą i dokładnie tak samo z Sandomierzem. Bogatymi epitetami przenosi czytelnika na ułamek sekundy w inne miejsce i sprawia, że z zimna krew zaczyna płynąć wolniej w jego żyłach. Nawet w środku lata. Nawiązuje do charakterystycznych elementów i przedstawia je w krzywym zwierciadle, które okazuje się być po prostu cynicznymi oczami prokuratora Szackiego.

Gniew Zygmunta Miłoszewskiego to kopalnia świetnych przemyśleń. Zresztą jak cała trylogia. Momenty, w których spotykamy Szackiego, są momentami charakterystycznymi i przełomowymi w jego życiu, dlatego jego myśli nieraz błądzą w dość dziwnych kierunkach. Tym razem Szacki przede wszystkim musi nadać priorytety wartościom w życiu. Kariera? Rodzina? Kobieta?

Głównym problemem poruszonym w tej książce jest przemoc domowa. To coś, o czym każdy wie i ma świadomość, ale jednak trudno uwierzyć, że w domu obok może dziać się coś złego. Często ignoruje się oznaki przemocy w sąsiedztwie, bo przecież to nie nasza sprawa, a jeszcze gorzej, jeśli się pomylimy i spalimy do węgla swoją reputację w okolicy. Bo przecież ona jest najważniejsza. Przemoc domowa została pokazana z różnych perspektyw, dzięki czemu otrzymuje się wręcz panoramiczny obraz psychicznego i fizycznego nękania.

Po raz kolejny odniosłam wrażenie, że znalezienie sprawcy nie jest najważniejsze. Oczywiście, sprawiedliwości musi stać się zadość, ale to wnioski wynikające z samego szukania i analizowania sytuacji stanowią podstawę książki, czym świadczy ostateczny twist prowadzący do zakończenia.

Samo zakończenie, a właściwie kilkadziesiąt ostatnich stron, wzburza i szokuje, prowadząc do niedowierzania. Bo pojawia się tam wyższy cel, wściekłość i nieprzewidywalność.

Jeśli czytałeś poprzednie tomy, z pewnością będziesz czerpać przyjemność z nawiązań, które zostały tutaj przemyślnie ukryte. Sposób, w jaki zostały one wprowadzone, wzbudza w czytelniku melancholię, tym bardziej, jeśli ma on świadomość, że to już koniec.

I to już koniec.

Trylogia o prokuratorze Szackim jest pierwszą trylogią (i serią ogólnie), którą w całości przeczytałam po moim powrocie do czytania. Cieszę się, że trafiłam na tak świetną literaturę i odbudowałam moją wiarę w polską twórczość. Jeśli zastanawiasz się nad przeczytaniem dobrego kryminału i nie wiesz, po co sięgnąć, z czystym sercem i sumieniem mogę polecić tę trylogię. Zaznasz bardzo dojrzałego języka, konsekwentnie wykreowanej postaci głównego bohatera i pięknego tła w postaci trzech niekoniecznie najpiękniejszych polskich miast. I śledztwa, w którym sam proces dochodzenia do konkluzji jest równie ważny, co samo zamknięcie sprawcy za kratkami.

Recenzje poprzednich tomów:

     

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa