Podsumowanie sierpnia, czyli małpa małpę małpą pogania

Podsumowanie sierpnia, czyli małpa małpę małpą pogania

Jestem inną osobą niż na początku sierpnia. A już na pewno różnię się od samej siebie z początku lipca tego roku. Wydaje mi się, że czerwiec był wieki temu a studia to tylko mgliste wspomnienie. Oto ja, małpa pracująca, z głową pełną pomysłów i tylko czasu trochę brakuje. Ale nie będę narzekać. Zapraszam na podsumowanie sierpnia.

FILMY

Obejrzałam dwa filmy, co z uwagi na moją awersję do filmów przez ostatnie kilka miesięcy jest całkiem dobrym wynikiem.
Kiedy rozmawiałam ostatnio z moją drugą połówką o filmach, okazało się, że mam braki tak duże, że czarna dziura ich nie pomieści. Dlatego postanowiłam, że co miesiąc będę oglądać jeden (albo więcej) film zaliczany do klasyki. A ponieważ chcę cię trochę zaangażować, chciałabym, abyś pomógł mi co miesiąc wybrać świetny film udzielając się w ankiecie.

Pianista 2002

Pianista w reżyserii Romana Polańskiego to jeden z tych filmów, które zawsze są gdzieś blisko, ale jednak nigdy nie udaje mi się ich obejrzeć. Postanowiłam więc wyjść na przeciw i wziąć sprawy w swoje ręce.
Władysław Szpilman (Adrien Brody) jest młodym żydowskim pianistą, który swoją piękną muzyką umila czas warszawiakom w audycjach radiowych. Przyszło mu jednak żyć w bardzo ciężkich czasach, bo podczas II wojny światowej, kiedy to jego rodzinne miasto znalazło się pod okupacją. Film pokazuje jego losy i walkę o przetrwanie w czasach, kiedy najgorzej było mieć żydowskie pochodzenie.
Pianista porusza. Zarówno przez ogromny ładunek emocji wpakowany w to 2,5-godzinne dzieło, jak i przez świadomość, że scenariusz do filmu został napisany w oparciu o pamiętniki Władysława Szpilmana – człowieka z krwi i kości. Jeden z najmocniejszych filmów, jakie widziałam.

Geneza Planety Małp 2011

W porównaniu do Pianisty Geneza Planety Małp wychodzi blado. Ale po takim ciężkostrawnym kinie trzeba się trochę zrelaksować. W ramach relaksu sięgnęłam więc po część rozrywkowej franczyzy Planety Małp.
W laboratorium przeprowadzane są badania nad nowym lekiem, który jest testowany na szympansach. Tam też przychodzi na świat niezwykła małpa, którą w opiekę bierze Will (James Franco). Nadaje jej imię Ceasar. Na tym jednak ta historia się nie kończy.
Recenzja Genezy Planety Małp pojawiła się już na blogu i tam cię odsyłam, jeśli chcesz wiedzieć co dokładnie myślę o filmie. Natomiast w bardzo szybkim skrócie mogę powiedzieć, że jest to film, który można obejrzeć w luźną niedzielę. Szczególnie, jeśli jesteś małpą jak ja.

SERIALE

I w serialach największe zaskoczenie miesiąca. I życia.

Gra o Tron sezon 1

Myślałam, że ta chwila nigdy nie nastąpi i już na zawsze zostanę w tyle. Zarzekałam się, że nigdy, przenigdy nie obejrzę Gry o Tron. A tu taka dupa.

Myślę, że fabuły tego serialu nie ma nawet po co opisywać, bo każdy poza mną już go oglądał i zna na pamięć każdy szczegół. Poddałam się.
Jeśli chodzi o moje zdanie, to szału nie widzę. Mam nadzieję, że potem się rozkręci, bo nie chciałabym zmarnować tyle czasu na coś, co mi nie leży. Ale jeśli ty sam lubisz Grę o Tron, to bardzo się cieszę. Bo ja nie muszę.

12 małp


12 małp znalazł się na liście trzech seriali, które chciałabym obejrzeć w najbliższym czasie. W dużym stopniu wpływ na umieszczenie go na tej liście był małpi tytuł. Nie zaprzeczam. Na szczęście serial okazał się na tyle dobry, że nie żałuję.

James Cole (Aaron Stanford) podróżuje z 2043 roku do roku 2015, aby odnaleźć źródło plagi, która zdziesiątkowała ludzkość, i zniszczyć je. Odszukuje doktor Cassandrę Railly (Amanda Schull), która jego zdaniem zna człowieka odpowiedzialnego za wybuch epidemii. Potem oczywiście wszystko się komplikuje.
Nie chciałabym się za bardzo powtarzać, dlatego zapraszam do przeczytania recenzji dwóch pierwszych sezonów 12 małp. W skrócie – jeśli ktoś lubi podróże w czasie, klimaty postapokaliptyczne i seriale z kilkoma postaciami głównymi, raczej nie pożałuje.

KSIĄŻKI

Ocean na końcu drogi – Neil Gaiman

O Neilu Gaimanie słyszałam sporo na polskim Booktubie. Obiło mi się o uszy, że doskonale radzi sobie z opowiadaniem historii przeznaczonych dla dzieci, ale napisanych w taki sposób, że i dorośli potrafią się doskonale odnaleźć. Kiedy tworzyłam listę pięciu książek, które chciałabym przeczytać do końca tego roku, a w Biedronce akurat kupiłam Ocean na końcu drogi, nie mogło jej tam zabraknąć.
Narrator (imienia którego nie poznajemy) powraca w rodzinne strony. Niewyraźne wspomnienia przyciągają go do starej farmy na końcu drogi. Kiedy przychodzi w odwiedziny do pani Hempstock, niewyraźne wspomnienia nabierają kształtu i barw a narrator cofa się do czasów swojego dzieciństwa, kiedy to śmierć górnika namieszała w jego życiu.
Książka ta jest bardzo osobliwa. Niby dla dzieci, z punktu widzenia dziecka, a jednak bardzo trudna w odbiorze. Trudno zrozumieć, co jest w niej prawdziwe, a co jedynie wytworem wyobraźni narratora. Zresztą, on sam tego nie wie. Dzieli się tylko swoją historią i próbuje zrozumieć, co tak naprawdę wydarzyło się 40 lat wcześniej.

Chłopak z innej bajki – Kasie West

Ogólnie lubię twórczość Kasie West, odkąd nauczyłam się literaturę młodzieżową oceniać według innych kryteriów. Bardzo przypomina mi ona książki, które czytałam w czasach późnej podstawówki, gimnazjum i początku liceum. Historie, które snuje autorka są bardzo romantyczne, leniwe i proste. I przewidywalne.
Nastolatka o imieniu Caymen pracuje w dość dziwacznym sklepie swojej mamy z porcelanowymi lalkami. W jej miasteczku społeczność można podzielić na dwie zasadnicze grupy: tych obrzydliwie bogatych i tych, u których oni robią zakupy. Caymen wraz z mamą należą do tej drugiej grupy. Pewnego dnia do sklepu przychodzi chłopak w markowych ubraniach z lekceważącym uśmiechem na twarzy i powoli przewraca życie głównej bohaterki do góry nogami.
Nie lubię uprzedzeń. Ale lubię o nich czytać. Dlatego też z dużym entuzjazmem sięgnęłam po Chłopaka z innej bajki. I po pierwszym zdaniu chciałam zrezygnować. Co wpadło autorce do głowy, żeby pisać książkę w czasie teraźniejszym? Do narracji pierwszoosobowej udało mi się już przyzwyczaić, ale do czasu teraźniejszego nie przekonam się chyba nigdy.
Sama historia okazała się bardzo przyjemna w odbiorze (kiedy już zacisnęłam usta na czas teraźniejszy) i dała mi wszystko to, czego po niej oczekiwałam, czyli wątek romantyczny, lekkość oraz dawkę uprzedzeń.

Tysiąc pocałunków – Tillie Cole

Mimo swej niefortunnej cechy Chłopak z innej bajki zaostrzył mój apetyt na literaturę młodzieżową. Z tego powodu złapałam pierwszą książkę z tego gatunku, jaką akurat miałam w zasięgu ręki. A okazała się nią powieść Tysiąc pocałunków Tillie Cole.
Kiedy Rune przeprowadza się z rodzicami z Norwegii do Stanów Zjednoczonych, nie jest tym faktem uradowany. Od razu pierwszego dnia poznaje pełną pomysłów i chęci do szukania przygód Poppy – swoją sąsiadkę. Oboje zaprzyjaźniają się. Bardzo szybko zostają parą. Piętnastoletni już Rune jest załamany faktem, że wraz z rodziną musi wrócić do Norwegii. Jednak o wiele gorsze katusze będzie musiał przeżyć, kiedy dwa lata później znów zamieszka w domu obok Poppy.
Szczerze przyznam, że Tysiąc pocałunków bardzo mnie zaskoczyło. I pozytywnie i negatywnie, jak się okazuje. Autorka zrzuciła na mnie tak ogromną dawkę emocji, że momentami ryczałam jak bóbr. Za to w innych momentach miałam ochotę zacząć przygryzać gorczycę, bo bohaterowie zostali skonstruowani tak naiwnie i słodko, że groziła mi cukrzyca umysłowa.

Herbatka z arszenikiem – Robin Stevens

Herbatka z arszenikiem przyciągnęła moją uwagę w bibliotece i dlatego bez wahania ją wypożyczyłam. Okazało się jednak, że książka przeznaczona jest dla dzieci.
Hazel zostaje zaproszona do domu swojej przyjaciółki Daisy na ferie i przy okazji na jej urodziny. Podczas podwieczorku, nazwanego przez mamę Daisy herbatką, dochodzi do nieoczekiwanego zwrotu akcji. Jeden z gości zaczyna źle się czuć… i umiera. Wszystko wskazuje na otrucie. Hazel wraz z przyjaciółką próbują rozwikłać zagadkową sprawę śmierci gościa.
Książka okazała się kryminałem dla dzieci (z ofiarą śmiertelną), jednak doskonale odnalazłam się w konwencji znanej mi chociażby z kryminałów Agathy Christie. Była to bardzo przyjemna odmiana od ciężkich kryminałów, w których śledztwo opiera się na nowoczesnych badaniach. Zdecydowanie książkowy hit miesiąca.
Jak widać, udało mi się przeczytać cztery książki. Ale naszła mnie refleksja, że nie ma co sugerować się ilością przeczytanych książek, czym chwalą się niektórzy blogerzy. Bo niby przeczytałam 4 książki (czyli jakieś 2 więcej niż normalnie w ciągu miesiąca ostatnio), ale nie było wśród nich nic ambitnego. Jednak książki przeznaczone dla dzieci i młodzieży czyta się zdecydowanie szybciej niż dobre kryminały. A ja lubię z książką spędzić trochę czasu.
Dlatego nie przejmuj się i rób, co lubisz w takim tempie, w jakim ci wygodnie.
Przy okazji, do 10. września możecie wziąć udział w ankiecie (mam nadzieję comiesięcznej), w której możecie zagłosować, jaki film zaliczany do klasyki kina mam obejrzeć we wrześniu. Uzasadnienia i sugestie na kolejny miesiąc mile widziane.
FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail
Comments are closed.

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa