Footloose, czyli taniec, aż buty ze stóp spadają

Footloose, czyli taniec, aż buty ze stóp spadają

Ostatnio robi się na moim blogu nieco bardziej filmowo. Może to dlatego, że oglądam ostatnio same filmy godne uwiecznienia na tym moim zakątku internetu. Dziś będzie o jednym z moich absolutnych ulubieńców, czyli Footloose z 1984 roku.

FOOTLOOSE

Żyję z jakimś dziwnym sentymentem do lat 80., w których nie miałam prawa żyć, bo urodziłam się dopiero w kolejnej dekadzie. Ilekroć słucham ówczesnej muzyki, oglądam filmy z tamtych czasów, ogarnia mnie jakaś dziwna nostalgia, że to byłyby idealne lata na moją młodość. Rzeczywistość jest taka, że nieważne, kiedy się żyje, zawsze czuje się jakiś pociąg do czasów już minionych.

FABUŁA

Ren MacCormack (Kevin Bacon) przeprowadził się właśnie z dużego miasta na prowincję, co już samo w sobie może być szokiem kulturowym dla nastolatka. Okazuje się jednak, że w miasteczku panują inne obyczaje i prawa, niż w reszcie świata. W obawie przed moralnym zepsuciem młodzieży zakazano słuchania współczesnej muzyki, tańczenia i wprowadza się także ograniczenia w czytaniu książek i czasopism. A Renowi… cóż… muzyka w duszy gra. Jego buntownicza dusza nie pozwala mu nie zadziałać. 

Nie był to pierwszy raz, kiedy oglądałam Footloose. Film ten należy do moich ulubionych już od czasów licealnych, czyli z grubsza od jakichś siedmiu lat. Wtedy Footloose pokryło się nieco z moim młodzieńczym buntem, który i tak przebiegł u mnie całkiem łagodnie. Nie zgadzanie się z zasadami otoczenia było wtedy moim głównym motorem napędowym, a sama miałam niejednokrotnie wrażenie, że zasady te są bez sensu i tylko idiota był w stanie je wymyślić.

PROBLEMY

W Footloose, jak i pewnie w prawdziwym świecie, zasady powstają z jakiegoś powodu. Czasem jest nim strach, czasem złe doświadczenia, czasem zimne kalkulacje, a czasem kombinacja wszystkich trzech. I czasem wystarczy spojrzeć na środowisko świeżym okiem, aby zobaczyć, że mogłoby być inaczej i przyjęte zasady wcale nie mają tak zbawiennego wpływu, jak mogłoby się wydawać. Niejednokrotnie wystarczy trochę szczerości i chęci wysłuchania drugiej strony, żeby przynajmniej dać jedną małą szansę. Bo czasem nawet najlepsze argumenty nie są w stanie zmienić czyjegoś zdania od razu.

Jednak problemy społeczne nie są jedynym wątkiem filmu. Jak można się domyślić z krótkiego wprowadzenia do fabuły, taniec i muzyka grają (a jakże) ogromnie ważną rolę. W pewnym sensie to one są przedmiotem dyskusji między pokoleniem młodych (reprezentowanym przez Rena i Ariel (Lori Singer)) a pokoleniem rodziców (reprezentowanym przez pastora Shawa Moore (John Lithgow)).

MUZYKA I AKTORZY

Nie sposób nie powiedzieć tu czegoś o prześwietnej muzyce. Ktoś postanowił wrzucić do filmu kwintesencję amerykańskich lat 80. Mogę się oczywiście mylić, bo nie było mnie wtedy na świecie, a nawet w planach, ale tak właśnie wyobrażam sobie tamte czasy w Stanach Zjednoczonych. Beztroska, świetna muzyka, trawka i piękne dziewczyny, nie potrzebujące tony makijażu, a jedynie szczery uśmiech.

Kevin Bacon w głównej roli sprawdził się doskonale. Doczytałam, że wcale nie był pierwszym wyborem, a w roli Rena MacCormacka moglibyśmy dziś oglądać Johna Travoltę lub Jona Bon Jovi, i trochę się zdenerwowałam, bo żadna inna twarz nie pasuje mi już dzisiaj do głównej postaci Footloose. I Kevin Bacon potrafi tańczyć. Naprawdę. Czasem wyobrażam sobie, że tak jak on improwizuję i tak jak jemu taniec wychodzi mi perfekcyjnie. Zawsze, kiedy słucham Never Moving Pictures, aż podryguję się do tańca. No cóż, tak już mam z dobrą rytmiczną muzyką.

Przy okazji w trakcie oglądania filmu naszła mnie refleksja, że w latach 80. muzyka rockowa uważana była za siejącą zgorszenie. Ciekawe, co pomyśleliby ci ludzie, gdyby dziś usłyszeli jakże wspaniałe teksty piosenek, które lecą w radiu, albo byli świadkami dzieci śpiewających refren chyba najbardziej znanego utworu (czyt. potworka) Gangu Albanii. Rzuciliby w nas chyba krucyfiksem.

Tytułowa piosenka napisana przez Kenny’ego Logginsa należy do moich ulubionych. Jest jedną z nielicznych, których podjęłabym się zaśpiewać na karaoke. Choć pewnie nieźle pokaleczyłabym przy tym siebie, podłogę i uszy słuchających. Ta piosenka bez układu tanecznego po prostu nie ma sensu.

Ogólnie rzecz biorąc, Footloose nie ma jakoś wybitnie skomplikowanej fabuły. Trochę brakuje mi takich właśnie filmów – z prostą fabułą, wyraźnymi bohaterami, a jednak niosących jakąś prostą do odczytania lekcję. Polecam, kiedy czujesz zmęczenie nieco zbyt ambitnymi produkcjami współczesnymi. Albo zbyt skomplikowanymi.

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail
  • Ann

    Nie oglądałam, a szkoda. Zapisuję na mojej liście do zobaczenia tej jesieni. Anika P. 🙂

  • Anna Nawrat

    Footloose to ulubiony mój film w kategorii filmów muzycznych o buntowniczych młodych ludziach. Uwielbiam ścieżkę dźwiękową, ubóstwiam Kevina Bacona, jak tańczy w opuszczonym budynku (fabryce? co to było nie pamiętam), no i ostatnia scena balu…<3

    Pozdrawiam,
    Ania z https://ksiazkowe-podroze-w-chmurach.blogspot.com/

Comments are closed.

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa