Miesiąc: Czerwiec 2017

Niemieckie seriale młodzieżowe, które skradły moje serce

Niemieckie seriale młodzieżowe, które skradły moje serce

Każdy wspomina z dzieciństwa jakieś seriale, seriale animowane czy też programy edukacyjne, które oglądał codziennie rano, wieczorem, zawsze w ferie zimowe, albo w wakacje. Postanowiłam stworzyć kilka list, na których zamieszczę pozycje z mojego dzieciństwa. Mam do nich ogromny sentyment. Tym razem zapraszam na listę seriali i programów, które oglądałam w niemieckiej telewizji.

Dorastałam w domu, w którym babcia i dziadek codziennie wieczorem zasiadali przed telewizorem i od razu włączali niemieckie kanały. Właściwie nie miałam dużego wyboru, ponieważ posiadałam tylko trzy podstawowe polskie kanały, które niespecjalnie oferowały coś, co byłabym w stanie polubić.
Za to dostępna niemiecka telewizja obfitowała w aż dwa kanały poświęcone wyłącznie dzieciom i młodzieży, a parę innych miało kilkugodzinne programy specjalnie dla najmłodszych. Miałam kilka ulubionych seriali i programów edukacyjno-informacyjnych.

Schloss Einstein

Jest to serial obyczajowy. Wiem, że jest kontynuowany do dzisiaj i wciąż cieszy się ogromną popularnością nawet wśród osób w moim wieku (głównie ze względu na sentyment).
Serial opowiada o grupie dzieciaków zamieszkujących w internacie przy szkole imienia Alberta Einsteina. Ja oglądałam go, kiedy akcja toczyła się w Seelitz, a szkoła i internat mieściły się w klimatycznym starym pałacyku z tak dobrze zapamiętanym przeze mnie dziedzińcem.

To jest właśnie wspomniany dziedziniec, na którym zawsze rozpoczynał się i kończył nowy rok szkolny. Chciałabym kiedyś pojechać do pałacu Grunewald, gdzie były nagrywane sceny na zewnątrz internatu i szkoły. Bo choć serial oglądałam tyle lat temu, to do dziś gdzieś w środku pojawia się takie małe marzenie i melancholia związana z Gimnazjum Alberta Einsteina.

W serialu co sezon nieco zmieniała się ekipa, przychodzili nowi uczniowie, starsi kończyli lub zmieniali szkołę, a stałym elementem była tylko część kadry nauczycielskiej i woźny.

Woźny, czyli pan Heinz Pasulke, był zawsze moją ulubioną postacią i do dziś pamiętam go najlepiej z całej kadry. Zawsze służył pomocą uczniom, jednak miał swoje zasady i potrafił w mniej lub bardziej delikatny sposób powiedzieć „nie”. Często pełnił rolę królika doświadczalnego w eksperymentach uczniów. Jest to postać, która znalazła swoje miejsce zarówno w starej części serialu, w Seelitz, jak i w nowej, w Erfurt. Niestety, jakiś czas temu dowiedziałam się, że aktor, który grał woźnego, zmarł. Poczułam się wtedy, jakby ktoś zabrał mi trochę dzieciństwa, bo jednak przywiązałam się do granej przez niego postaci.

Piosenkę tytułową znałam na pamięć i refren pamiętam do dziś bez zająknięcia. Czasem gdy mi smutno włączam sobie którąś ze znanych mi melodii i przenoszę się na chwilę do dzieciństwa

Uczniowie, na których skupiała się akcja, przeżywali różne wewnętrzne rozterki, pierwsze miłości, zdrady. Serial w dużym stopniu skupiał się na problemach nastolatków. Często były to problemy, które później sama przeżywałam w jakimś stopniu.

Oto krótka lista niektórych wątków w serialu:
– pierwsza miłość,
– zakochanie się uczennicy w nauczycielu,
– powstanie zespołu muzycznego,
– rozwód rodziców,
– adopcja i poznanie biologicznych rodziców,
– rozstania,
– problemy z nauczycielami,
– uzależnienia,
– pierwszy raz,
– dieta,
– bezrobocie rodziców
i wiele, wiele innych.

Myślę, że nietrudno zrozumieć, dlaczego tak bardzo uwielbiałam ten serial. Zawsze chciałam być jednym z bohaterów i mieszkać w tym pełnym przygód internacie.

Die Pfefferkörner

Odkąd pamiętam, moim ulubionym gatunkiem literackim i filmowym był kryminał. Na jednym z niemieckich kanałów często oglądałam Die Pfefferkörner, czyli serial o grupie nastolatków, którzy zajmują się rozwiązywaniem lokalnych zagadek kryminalnych.

Pfefferkörner oznacza dosłownie „ziarna pieprzu”. Z tego, co mi się kojarzy, to nazwa klubu detektywistycznego wzięła się od bazy głównej, która mieściła się w magazynie rodziców jednego z członków klubu. A rodzice tego chłopaka zajmowali się dystrybucją przypraw. Akcja toczy się w Hamburgu, co ma taką zasadniczą zaletę, że jest on miastem położonym nad rzeką Łabą i wiele ulic przypomina Wenecję. Tak jakby. Miasto jest przedstawione w bardzo malowniczy sposób i często staje się integralnym bohaterem.
W oryginalnym klubie było pięciu członków. Dwóch chłopaków i trzy dziewczyny. Ich charaktery i rodziny były dość dobrze dopracowane i poszczególne postaci dobrze się uzupełniały. A w każdym razie tak to pamiętam.
Członkowie grupy przypadkiem odkrywali różne przekręty i drobne przestępstwa, a następnie, korzystając ze swojej wiedzy, umiejętności i (już później) Internetu dochodzili do sedna sprawy i pomagali policjo schwytać złoczyńcę.
Serial ten był (i nadal jest, z tego co widzę) całkiem popularny. Wydaje mi się, że nie ma w Polsce seriali dla dzieci i młodzieży, które są wyprodukowane u nas i jednocześnie powszechnie dostępne. Kiedyś były jakieś ekranizacje powieści, jak na przykład Awantura o Basię albo Wakacje z duchami, ale były to krótkotrwałe produkcje z zaledwie kilkoma odcinkami.

Löwenzahn

Obok seriali typowo fabularnych, w niemieckiej telewizji znaleźć można sporo seriali edukacyjnych, nie tylko dla dzieci, ale także dla dorosłych. Z tych przeznaczonych dla młodszej części widzów, moim ulubionym był Löwenzahn, czyli mlecz. Z opisywanych seriali ten pamiętam najsłabiej, ponieważ jego grupą docelową są dzieci do około 12 lat, a sama oglądałam go do mniej więcej trzeciej klasy podstawówki.
Głównym bohaterem był Peter Lustig grający samego siebie. Była to postać bardzo charakterystyczna, mieszkająca w samochodzie campingowym i budująca własne urządzenia z różnych odpadów. Po wielu latach zastąpił go Guido Hammesfahr jako Fritz Fuchs. Serial trwa nieprzerwanie od 1981 roku.
Prezenter zabierał nas w różne miejsca i do zakładów produkcyjnych, gdzie pokazana była praca i sposób wykonania różnych przedmiotów. Można było dowiedzieć się, jak działa wulkan, jak to jest, że pada deszcz i dlaczego możemy rozmawiać przez telefon. A wszystko to w bardzo przystępnej postaci.
Peter Lustig, będący pierwszym prezenterem w serialu, zmarł w lutym zeszłego roku. Po raz kolejny poczułam, że odebrano mi kawałek dzieciństwa, a czas płynie i nie da się go w żaden sposób zatrzymać.
*****
Mam ogromny sentyment do wszystkich tych seriali i czasem, pomimo mojego wieku, lubię przy popołudniowej kawie obejrzeć sobie kolejny odcinek. Jest w języku niemieckim słowo, które dokładnie opisuje mój stan podczas oglądania tych seriali – Geborgenheit, czyli uczucie ciepła i bezpieczeństwa, najczęściej kojarzące mi się z domem i dzieciństwem.
A Wy macie jakieś ulubione seriale z dzieciństwa lub młodości, do których lubicie wracać i które sprawiają, że czujecie się, jak przeniesieni w czasie? Znacie jakieś polskie seriale dla młodzieży, które powstały w ciągu ostatnich 20 lat i są wyświetlane w publicznej telewizji? Podzielcie się wrażeniami!
O tym, jak zmarnowałam siedem lat…

O tym, jak zmarnowałam siedem lat…

Zmarnowałeś mi siedem lat życia. Siedem lat, które mogłam poświęcić na zbudowanie trwałego i doskonałego związku. Siedem lat, które mogły być najpiękniejszym czasem w moim życiu. Siedem lat, które okazały się chudymi.


Pamiętam dzień, kiedy cię poznałam. Słoneczny letni dzień, bez deszczu i bez jednej chmury na horyzoncie. Piękny letni dzień jak z obrazka. Wraz z koleżanką chodziłyśmy po wiosce, jak co roku w wakacje, dyskutowałyśmy takie problemy egzystencjalne, jak beznadziejny wybór chłopaków na wsi czy w szkole. Druga klasa liceum nie sprzyjała mi w tych kwestiach. A może właśnie było odwrotnie?

Skakałyśmy po tematach, żałowałyśmy, że nie należymy do żadnej z paczek, które widywałyśmy na boisku pod starą szkołą, rozmawiałyśmy o mojej byłej przyjaciółce, która nadal przyjaźniła się moją rozmówczynią. Dość bolesne przeżycia i nie do końca zrozumiałe zerwanie więzów. Nie lubię o tym mówić. Tego dnia moja koleżanka poznała mnie z tobą.

Dość długo wstrzymywałam się przed zbliżeniem się do ciebie, bo wiedziałam, że ten związek może skończyć się tylko w jeden z dwóch sposobów. Albo rozstaniemy się w pokoju, za obopólną zgodą szybciej, albo będziemy drążyć nasze relacje, aż wzajemnie zniszczymy się i żadne z nas nie będzie na końcu przypominało siebie z początku. I znienawidzimy się na wieki. Pewne było tylko to, że nie będzie to związek „aż do grobu”. Oboje to wiedzieliśmy, a jednak zbliżyliśmy się do siebie dość szybko i muszę przyznać, że na początku nie potrafiłam bez ciebie żyć. Taki miesiąc miodowy.

Byłeś… jesteś skomplikowany i cholernie złożony. Od samego początku. Nigdy nie mówiłeś mi wszystkiego. Nie wiem jednak, czy gorsze były twoje tajemnice, czy to, że wciąż mnie nimi drażniłeś.

 Pokażę ci coś. – mówiłeś. Ale nigdy nie miałeś zamiaru pokazać mi wszystkiego. Zawsze tylko te cholerne kawałeczki prawdy. Czy taki związek ma jakikolwiek sens? Związek oparty na kłamstwach i udawaniu szczerości?

Na początku to lubiłam. Byłeś moją prywatną enigmą. Zagadką do rozpracowania. Jednak z czasem pozostała mi tylko frustracja pomieszana z przywiązaniem. Dziś jednak zauważam, że jedyną wymierną korzyścią z naszego związku było to, że pomogłeś mi nauczyć się angielskiego. I za to będę ci zawsze wdzięczna.

Nigdy nie mogłam się pogodzić z tym, że się ciebie wstydzę. Od samego początku. Mało kto wie o naszym wieloletnim związku. Mało kto domyśla się, ile z tobą przeszłam. Najtrudniejsze jednak okazało się pogodzenie się z tymi sprzecznymi uczuciami. Miłość i nienawiść, wstyd i ochota wykrzyczenia na głos emocji. Ty i ja.

Noce spędzone z tobą były wspaniałe. Sami dwoje w moim pokoju, w tajemnicy przed rodzicami. Sama nie wiem, jak udało mi się ciebie wpuścić tyle razy bez ich wiedzy. I jakim cudem nigdy nas nie nakryli. Ale pamiętasz? Kilka razy było blisko. Za blisko. Miałam siedemnaście lat i spędzałam z tobą noce. Dziś praktycznie stoję o krok przed moimi 24. urodzinami i wciąż nie potrafię w pełni wyrzucić cię za drzwi.

Teraz każde spotkanie z tobą poprzedzone jest wewnętrznym zagotowaniem ze złości, frustracji i zawiedzionych oczekiwań. Śmieję się, ale nie z twoich żartów, ale z tego, jak żałosny czasem jesteś. Skończyły ci się pomysły na urozmaicenie swojej już i tak zbyt skomplikowane osobowości.

Mam tego dość i dlatego dziś piszę do ciebie ten list. Mam dość zawiedzionych nadziei i zszarganych nerwów. Na szczęście zgodziłeś się odejść. W środę zobaczymy się ostatni raz. Tym razem spotkanie potrwa trochę dłużej. Wiem to. Obiecuję, że pojawię się na czas. Wyjaśnimy sobie wszystko. A mówiąc „wszystko” mam na myśli WSZYSTKO. Jeśli nie, znienawidzę cię do szpiku kości. Choć tobie to i tak obojętne…

Siedem lat temu przedstawiła mi cię koleżanka. Siedem lat poświęciłam na poznanie cię. Siedem lat oglądałam cię na ekranie i do dziś nie wiem, co mnie w tobie tak przyciągnęło. Wątek i tajemnice? Dokładnie wiem za to, co sprawiło, że zacząłeś mnie odpychać. Zbyt dużo wątków i zapominanie o większości z nich. Po drugim sezonie zrobiłeś się nie do wytrzymania, z każdym odcinkiem stawałeś się coraz gorszy i mniej spójny. Próbowałam cię rozpracować, ale poszlaki, które mi dawałeś prowadziły do sprzecznych wniosków. Nawet metody Sherlocka nie pomagały.

Cieszę się, że w tym tygodniu pożegnamy się na dobre, bo ta historia powinna skończyć się dawno temu. W innych warunkach i innym wszechświecie. Twój finał już w tym tygodniu i jedyne, bo mogę powiedzieć, to całe szczęście!

Niektórzy ludzie nie lubią pożegnań. Ja też nie lubię. Ale tym razem nie mogę się doczekać, aż powiemy sobie ŻEGNAJ zamiast DO ZOBACZENIA ZA TYDZIEŃ. Aż nas związek bezpowrotnie się skończy.

Siedem lat, kurka wodna. Mało który serial trzyma poziom po drugim sezonie. Tobie się nie udało.

Do zobaczenia w środę.

Zniecierpliwiona,
Zielona Małpa
***

W rzeczywistości nie uważam, że zmarnowałam siedem lat na ten serial. Przez większość czasu w miarę dobrze się bawiłam. A nawet, jak akurat serial trochę przynudzał, mogłam poczytać niezbyt przychylne opinie i pośmiać się wraz z resztą gawiedzi.

List ten jest skierowany do serialu Słodkie kłamstewka, czy też po angielsku Pretty Little Liars. Żeby nie było wątpliwości. Wydaje mi się jednak, że każdy miłośnik seriali znajdzie własnego odbiorcę do tej wypowiedzi. Każdy z nas zna bowiem to uczucie przywiązania do historii i wieloletniego śledzenia jej, wierzenia, że wszystko ostatecznie skończy się po naszej myśli. Czy to M jak miłość, czy Słodkie kłamstewka, czy też już skończony Buffy, postrach wampirów, wciągają nas w swoje sidła i w efekcie tworzymy z nimi pewnego rodzaju związek bardziej (Słodkie kłamstewka) lub mniej (Buffy: Postrach wampirów) toksyczny. Trochę zazdroszczę tym, którzy nie angażują się tak w seriale. Ja niestety często czuję się osobiście zraniona, kiedy dany sezon, odcinek lub bohater mnie zawodzi.

Trochę dziwnie jest czekać na środę, kiedy to wychodzi ostatni, dwugodzinny odcinek finałowy i później będzie po prostu koniec. Z jednej strony cieszę się, że będę mogła w pełni rzucić się w jakiś inny serial, z drugiej, boję się, że nie dostanę odpowiedzi na wszystkie najważniejsze pytania. Albo, że producenci wymyślą coś równie nierealnego, jak trzy półsezony temu.

Pozostaje mi tylko czekać i próbować nie mieć zbyt dużych oczekiwań (ale jak ich nie mieć, kiedy to zakończenie serialu). Nie oglądałam nawet żadnych materiałów promocyjnych, żeby dać się jak najbardziej zaskoczyć.

I już w środę pożegnamy się na zawsze…

Jak poradzić sobie z dupą jeża?

Jak poradzić sobie z dupą jeża?

Czasem wpadam w stan, który mogę określić wyłącznie zwrotem „dupa jeża”. Nie jest to stan przyjemny, ani tym bardziej pożądany. Można go wyobrazić sobie jako kombinację lenistwa, wypalenia i braku dobrego humoru. I ciągłego dźgania kolców jeża w pięty podczas chodzenia. Chciałabym się podzielić moimi sposobami na radzenie sobie z tym stanem, który dopada każdego co jakiś czas.
złe samopoczucie sposoby zielona małpa

1. Porządne śniadanie

Kiedy dupa jeża dopada mnie już z rana, albo trwa od poprzedniego wieczoru, dobre i pożywne śniadanie może dość szybko poprawić moje ogólne samopoczucie. Nie ma nic lepszego niż jajecznica z rukolą albo koktajl ze szpinaku w takie dni. O! Właśnie zauważyłam, że kolor zielony dominuje w mojej diecie, kiedy potrzebuję w niej czegoś pozytywnego. Przypadek?

2. Dystans do technologii

Inną zależnością, którą zauważyłam, jest ta, że ilekroć przesadzam z czasem spędzonym przed ekranem laptopa (a musisz wiedzieć, że moje miejsce pracy składa się w sumie z dwóch monitorów, bo jeden mam zewnętrznie podłączony, więc można policzyć ten czas podwójnie), łatwiej osiągam dupę jeża. Staram się więc ten czas spędzony przed świecącym mi w oczy ekranem ograniczać, albo przynajmniej, kiedy ograniczenie z pewnych względów nie jest możliwe, robić częste przerwy.

Kiedy jednak przesadzę z komputerem, a to się niestety zdarza, robię sobie dwudniowy detoks, który czasem trwa ciut dłużej, ale jest przeze mnie mniej restrykcyjnie traktowany. A wtedy cały dzień spędzam na dworze, z drugą połówką, albo na jakimś nowym hobby.

3. Świat literatury

Punkt trzeci wiąże się w pewnym stopniu z punktem drugim, bo bywa, że czytając dobrą książkę, spędzam tak czas, zamiast siedzieć przed komputerem. Papier zdecydowanie mniej męczy wzrok, więc ryzyko bólu głowy i ogólnego poczucia zmęczenia jest w pewnym stopniu ograniczone. Z tego powodu rozważam kupienie czytnika, bo właśnie niedawno na studiach robiłam prezentację o działaniu wyświetlaczy elektroforetycznych i EWOD, przez co moje zainteresowanie w tej dziedzinie dość mocno wzrosło.

I tu ciekawostka! Okazuje się, że Amazon wykupił firmę zajmującą się wyświetlaczami EWOD, więc można się spodziewać, że w bliskiej przyszłości do naszych rąk trafią Kindle z nowszą technologią wyświetlania. Przewagą takich wyświetlaczy jest szybkość odświeżania, więc będzie możliwe odtwarzanie na nich filmów i oglądanie ich bez męczenia oczu. Bajer, co nie?

 

 

4. Detoks

Pisząc „detoks” mam na myśli chwilową zmianę trybu życia lub diety, czyli detoks od życia. Jednym z wariantów jest ten opisany w punkcie drugim. Uważam, że zmiany są czasem konieczne, zmuszają one do jakiegoś nowego działania, myślenia, zdania sobie sprawy, że może coś jest nie w porządku, pokazują, że moje życie mogłoby wyglądać inaczej. Że coś wymaga dogłębnego przemyślenia i bezkompromisowego wprowadzenia w życie już w wersji zmodyfikowanej. Dlatego zawsze po przeprowadzce (a przeprowadzałam na studiach ze cztery razy), żyję w stanie „nabuzowania” i wiecznego uśmiechu na twarzy.

Chwilowe zmiany, które wprowadzałam, to na przykład modyfikacja diety. Uznałam, że moje zdrowie może tylko zyskać, jeśli będę jadła więcej warzyw i owoców, dlatego zaczęłam przygodę z koktajlami. Miała ona trwać maksymalnie dwa tygodnie, a już od roku nie rozstaję się z blenderem na dłużej niż tydzień.

 

 

Zmiany, które narzucam sobie chwilowo, powodują, że moje życie na te kilka dni zmienia tempo i łatwiej jest mi z dupy jeża powrócić do normalnego stanu. A niektóre zmiany zagnieżdżają się u mnie na stałe.

5. Słoneczne napromieniowanie

Przy wszelkiego rodzaju spadkach energii życiowej mówi się o tym, żeby wyjść na zewnątrz i złapać choć kilka promieni słonecznych. Dużo się o tym trąbi, bo to rzeczywiście działa. Żeby jednak czas spędzony pod chmurką był dobry nie tylko fizycznie, ale także psychicznie, trzeba znaleźć dla siebie jakąś przyjemną formę.

Ja na przykład lubię czytać na dworze i jeździć rowerem. Nie wiem, ile kilometrów rocznie robiłam w gimnazjum i liceum. Niestety ostatnio dość mocno zaniedbałam tę formę ruchu i nie mogę się doczekać, aż nie przywiozę mojego rowera do Wrocławia.

Podsumowując

Każdy czasem przeżywa gorsze chwile, dni a nawet tygodnie. Ja nazywam to „dupą jeża”, bo tak się wtedy czuję. Lubię traktować to z humorem (dopóki znów nie wpadnę w dołek). Ja znalazłam sposoby na poradzenie sobie z tym stanem. A ty?
Pies Baskerville’ów, czyli brak Sherlocka w Sherlocku

Pies Baskerville’ów, czyli brak Sherlocka w Sherlocku

pies baskervillów arthur conan doyle recenzja zielona małpaOpowiadania z Sherlockiem Holmesem w podstawówce otworzyły mi drogę do kryminałów. Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo wciągnie mnie świat zbrodni. Oczywiście tylko tych wymyślonych.
Wydawnictwo MG, które w dużym stopniu skupia się na wydawaniu książek uznawanych za klasyki literatury, wypuściło do obiegu nowe wydanie Psa Baskerville’ów, a ja miałam okazję powrócić do tak dobrze znanej mi historii i przypomnieć sobie, za co uwielbiam twórczość Sir Arthura Conana Doyle’a.
Zapraszam więc na recenzję Psa Baskerville’ów Sir Arthura Conana Doyle’a.

Do Sherlocka Holmesa zgłasza się doktor Mortimer z dość nietypową sprawą. Prosi detektywa o rozwiązanie zagadki związanej z pewną… legendą o potwornym psie Baskerville’ów. Sherlock początkowo niezbyt przychylnie patrzy na sprawę, jednak w końcu postanawia pomóc. Wysyła więc Watsona do Baskerville Hall, aby ten zajął się tą przedziwną zagadką.

Z góry uprzedzam, że tę książkę naprawdę trudno mi się ocenia, bo historię znam bardzo dobrze od lat, zarówno z literatury, jak i z filmów. A takie recenzuje się najtrudniej. Z Sherlockiem od lat jestem związana emocjonalnie i dziś nie wyobrażam sobie życia bez sięgnięcia po coś z nim związanego kilka razy do roku.
pies baskerville'ów baskervillów sir arthur conan doyle zielona małpa recenzja
Nawet paznokcie pod kolor!
Pies Baskerville’ów ma jedną cechę, która moim zdaniem dyskwalifikuje go jako pierwszą książkę o Holmesie, którą należy przeczytać – jest w niej bardzo mało Sherlocka, przynajmniej fizycznie, a bardzo dużo jego przyjaciela doktora Watsona. Żeby móc delektować się poszczególnymi rozdziałami, należy przynajmniej w niewielkim stopniu wiedzieć, jakim człowiekiem jest Sherlock Holmes, a jakim John Watson. W innym wypadku Pies Baskerville’ów może zawieść czytelnika.
Historia skupia się na dziwnych rzeczach, które dzieją się w Baskerville Hall, jej mieszkańcach oraz legendzie, która mrozi krew w żyłach okolicznych mieszkańców. Najbardziej klimatycznym elementem są moczary leżące za granicami posiadłości Baskerville’ów oraz inne fragmenty krajobrazu, który jakby nie patrzeć, jest integralnym bohaterem historii. Krajobraz ten został opisany tak wspaniale, że wyobraźnia działała u mnie na najwyższych obrotach. Klimat, jako całość, wywiera niesamowite wrażenie, szczególnie na czytelniku, który po raz pierwszy sięgnął po Psa Baskerville’ów.
Tym razem głównym bohaterem nie jest Sherlock Holmes, ale jego przyjaciel doktor John Watson. To on znajduje się w centrum akcji, a detektyw w tym czasie przebywa w Londynie, gdzie skupia się na innej sprawie. Dlatego większość powieści pozbawiona jest geniuszu i ekscentryzmu Sherlocka i można ją odebrać jako sprawozdanie z pobytu Watsona w Baskerville Hall. Na prośbę detektywa, spisuje on wszystkie obserwacje i nie próbuje niczego wyjaśniać. Ma to oczywiście swój urok, bo na podstawie informacji dostarczonych z jego punktu widzenia, sami możemy domyślić się, co się stało, a przynajmniej ocenić dziwaczność całej sytuacji.

To, co na początku wydaje się kompletnie nierealne, niemal magiczne, znajduje dość jasne, ale mimo wszystko całkiem złożone wyjaśnienie. Każdy ma tu własną historię, własne motywy i przeżywa własne tragedie, a dopiero złożenie wszystkich tych historii pozwala na zrozumienie, o co w tym wszystkim chodzi. I zaskoczeniem jest tu nie tylko zakończenie, ale także sam Sherlock…
Co do samego wydania, to jestem nim zachwycona. Wydawnictwo MG wybrało tu oprawę zintegrowaną, co jest świetnym kompromisem między miękką a twardą okładką – nie ciąży tak bardzo w torebce czy plecaku, ale jednocześnie jest bardzo trwała. Wizualnie również trafili w mój gust, bo zestawienie kilku podstawowych kontrastujących kolorów w ograniczonej liczbie odcieni i proste kształty świetnie prezentują się na półce, a także na zdjęciach.
Jeśli więc miałeś kiedykolwiek do czynienia z innymi książkami o Sherlocku Holmesie, serdecznie polecam sięgnąć również po tę. A jeśli nie miałeś z nimi do czynienia, a bardzo zależy ci na przeczytaniu Psa Baskerville’ów, polecam najpierw przeczytać pierwszą chronologicznie historię o tym detektywie, czyli Studium w szkarłacie, a dopiero potem Psa Baskerville’ów. Tak, czy inaczej, z całą pewnością warto! To jeden z tych klasyków, które się nie starzeją.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu MG.

Dlaczego nigdy nie będę blogerką urodową?

Dlaczego nigdy nie będę blogerką urodową?

Czasem zastanawiam się, czy nie pójść na łatwiznę z całym tym blogowaniem i nie zostać blogerką urodową, makijażową czy jakąkolwiek inną, piszącą o kosmetykach. W końcu jestem kobietą, nie? Oczywiście za każdym razem, kiedy takie myśli kiełkują w mojej głowie, pojawia się też jedno wielkie: nie bądź głupia! Bo powodów, by nie zmieniać tematyki bloga na już wspomniane, jest kilka.

Numero uno: nie umiem często zmieniać kosmetyków

Wychodzę z założenia, że działanie kosmetyków pielęgnacyjnych można ocenić dopiero po pewnym czasie. Balsam do ciała, którego używam obecnie, na początku sprawdzał się doskonale. Nawilżał moją skórę i nie powodował swędzenia, które dokuczało mi dość złośliwie zimą. Jednak, kiedy jest już prawie na wykończeniu, przestał być tak przyjemny w stosowaniu. Problem w tym, że nie wiem, czy jest to spowodowane balsamem, czy jakimś innym czynnikiem, którego jeszcze nie zidentyfikowałam.
Takie podejście niestety nie sprzyja testowaniu wszystkiego, co popadnie.
Jeśli coś się sprawdza, to zostaje.
Zmieniam sprawdzone kosmetyki tylko w trzech przypadkach:

  • produkt zostaje wycofany z produkcji,
  • produkt zmienia skład na niesprzyjający mi,
  • ktoś poleci mi coś w podobnej cenie, ale lepszego w działaniu.

Numero dos: nie stać mnie na kosmetyki

Może jest to najgłupszy powód, a może najbardziej oczywisty, ale w tym momencie stoję dopiero przed moją wielką karierą przez duże K. Mój budżet „na pierdoły” jest więc niezwykle ograniczony, w związku z czym kupowanie kosmetyków nie tylko mnie nie bawi, ale wręcz wywołuje u mnie poczucie winy. A żeby otrzymywać od firm kosmetyki do testów, trzeba najpierw swoje na nie wydać i na blogu opisać.
Poza tym wolę mieć, co jeść (na przykład taką pyszną, tuczącą czekoladę).

Numero tres: makijaż to dla mnie nadal czarna magia

Nie twierdzę, że nie potrafię nic zmalować sobie na twarzy, bo to byłoby kłamstwem (lata oglądania tutoriali na YouTubie czegoś mnie nauczyły – czego? To za moment). Jednak w porównaniu z tym, co czasem widuję na takich blogach, jestem przedszkolakiem w tych sprawach. Umiem nałożyć podkład, przypudrować się, pomalować rzęsy, ogarnąć brwi (przy których ostatnio się skapnęłam, że jedna jest wyżej od drugiej i czeka mnie kilkumiesięczne dorastanie włosków, żeby jednak przynajmniej były na tej samej wysokości – kształt im odpuszczam) i przy dobrych wiatrach walnąć sobie kreskę, która na obu powiekach wygląda w miarę tak samo. Z daleka.
Nie uważam, że to źle, bo lubię w każdej sytuacji mimo wszystko przypominać siebie, ale jako blogerka urodowa nigdy nie wyszłabym z powijaków. Co ja się oszukuję, jako Zielona Małpa też pewnie nigdy z nich nie wyjdę.

Numero quatro: nie używam zbyt wielu kosmetyków

Jestem daleka od stwierdzenia, że w kwestii ilości kosmetyków wyznaję minimalizm, ale lubię mieć tyle kosmetyków, ile potrzebuję.
Czeka mnie w najbliższym czasie przeprowadzka, co stało się doskonałą wymówką, żeby przejrzeć zawartość szaf i pudełek. No i w trakcie tego przeglądania zauważyłam, że mam kilka sztuk kosmetyków, które z całą pewnością nie nadają się już do użytku. To te, których nie udało mi się nigdy skończyć. Poza nimi mam same kosmetyki, których realnie używam i zawsze staram się wyciskać je do końca, żeby nie wyrzucać pieniędzy w błoto.
Jest też niewiele kosmetyków, które w trybie ciągłym testuję. Mam problem jedynie z antyperspirantami (które stanowią większość wspomnianych przeterminowanych kosmetyków, o których była mowa) i masą szpachlową… Ekhem… Podkładem. Kolorystycznie, konsystencyjnie oraz trwałościowo.

Numero cinco: nie wszystko jest dla każdego

Nie jestem pewna, czy byłabym w stanie recenzować kosmetyki. Mam czasem nawet problem nawet z pisaniem recenzji książki, czy serialu.
Wychodzę z założenia (chyba słusznego), że nie wszystko jest dla wszystkich. A w szczególności kosmetyki, które często zawierają w sobie tyle składników uczulających, że głowa mała. Nie mogłabym żadnego kosmetyku polecić z czystym sumieniem. Nawet koleżankom nie polecam, a co dopiero szerokiej publiczności? 

 

Numero seis: nie kręci mnie to

Przeszliśmy do sedna sprawy. Po co marnować czas na coś, co ani nie daje nam pieniędzy, ani nie relaksuje, ani nawet nie sprawia przyjemności? Jeśli coś daje przynajmniej jedną z tych trzech korzyści, to warto to robić, o ile oczywiście mieści się to w granicach moralności. Powodów, dla których nigdy nie zostanę blogerką urodową, mogłabym szukać, szukać, szukać, ale będę z tobą szczera – po prostu mnie to nie kręci.

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa