Miesiąc: Maj 2017

Blog Conference Poznań, czyli Małpa znów wyszła do ludzi

Blog Conference Poznań, czyli Małpa znów wyszła do ludzi

Lubię być częścią czegoś większego i lubię też masy ludzi przez maksymalnie 3 dni. Męczą mnie one, ale też ładują i poprawiają ogólne samopoczucie. Przede wszystkim jednak pozwalają w pełni odciąć się od rzeczywistości, która czasem bywa nieciekawa. Dlatego wybrałam się w tym roku po raz pierwszy na Blog Conference Poznań, gdzie nie tylko zdobyłam trochę wiedzy i motywacji, ale także poznałam sporo naprawdę świetnych blogerów!

W zeszłym roku byłam już na blogerskim spotkaniu, które odbywało się w moim Wrocławiu i pisałam o moich wrażeniach. Cieszę się, że stosunkowo mały WroBlog okazał się moim pierwszym wyjściem do innych blogerów, bo pozwolił mi na pewne przejście do tegorocznego dużego Blog Conference Poznań.

 

Post udostępniony przez Patrycja Norek (@zielona_malpa)

Najgorszym momentem konferencji było z całą pewnością i bez żadnych wątpliwości wstanie rano na pociąg o 06:08. Nie ma nic gorszego niż nie wysypianie się przez dwa tygodnie, a potem zostanie zmuszonym do wstania o 04:40 w sobotę. Serio.

PRELEKCJE

Jak to na blogerkę przystało, wzięłam udział w kilku ciekawych prelekcjach. Pierwszy dzień pod tym względem był średni. Tak naprawdę poszłam tylko na dwie pierwsze prelekcje, gdzie na temat budowania biznesu mówiła Ola Budzyńska, a Katarzyna Czajka zapewniała, że warto być przyzwoitym blogerem. Resztę dnia spędziłam na ganianiu po warsztatach i panelach.
Drugi dzień pod tym względem okazał się ilościowo wcale nie dużo lepszy, ale z pewnością bardziej przemawiający. Konrad Jurecki i Typowa K, jako pierwsi w niedzielę (po afterparty), próbowali wyjaśnić, czym są lajki i dlaczego nie mają one realnej wartości. A prawie na koniec Tomek Tomczyk udowodnił, że wszyscy się mylą i tak naprawdę to sprawia, że w jakiś sposób się rozwijamy. Jako ostatni na scenie wystąpił rolnik Andrzej Tucholski, którego prelekcja poruszyła mnie najbardziej z wszystkich. Dała mi sporo motywacji i uderzyła w odpowiedni punkt mojej obecnej sytuacji.

Post udostępniony przez Patrycja Norek (@zielona_malpa)

WARSZTATY

Z warsztatami miałam jeden zasadniczy problem – zapisy. Zależało mi na jednych, na które niestety nie zdążyłam się zapisać i do czwartku przed Blog Conference Poznań plułam sobie w twarz, że nie doczytałam, o której godzinie będą. Chodziło mi o warsztaty u Matta Olecha, którego w końcu chciałam poznać osobiście. Na szczęście udało mi się zapisać jeszcze na sam koniec, kiedy to zwolniło się kilka miejsc. I tu muszę się pochwalić, że najszybciej odpowiadałam na pytania w quizie, który Matt zrobił na końcu. Nic nie wygrałam, bo to Poznań.
Na pozostałe warsztaty wcisnęłam się bokiem, bo odbywały się drugiego dnia, kiedy to na kacu nie każdy na nie dotarł. Zaraz po prelekcji u Konrada i Typowej K o wartości lajków na Facebooku dowiedziałam się, jak można zwiększyć zaangażowanie na tej właśnie platformie od Kamila Nowaka. Czy zastosuję? Czy mi się realnie uda? Kto wie! Z ogromną nadzieją poszłam także na warsztaty z praw autorskich, które mimo jakiejś podstawowej wiedzy, stanowią dla mnie ciągle czarną magię. I tu nieco się zawiodłam, ale nie przez prowadzącego Wojciecha Wawrzaka, ale przez kompletne zejście z tematu spowodowane pytaniami od blogerów.

PANELE

Kolejnym rodzajem wystąpień na Blog Conference Poznań były panele dyskusyjne. Udało mi się dotrzeć na trzy (i pół – jeśli wliczyć w to dyskusję o lajkach). W planie zostało to nazwane warsztatem, ale zdecydowanie muszę uznać to za panel – Jak zarabiać na blogu? Właściwie niewiele nowego się dowiedziałam, ale uporządkowałam moją wiedzę na ten temat. Pierwszego dnia dyskusja dotyczyła także influencosfery (swoją drogą – nazwa przeokropna!). Niestety większość panelu zajął quiz na temat blogów i YouTube’a sponsorowany przez LIDL, więc samej dyskusji było za mało.
A drugiego dnia wzięłam udział w panelu dotyczącym marki obok bloga, czyli tego, co w zasadzie interesuje mnie najmniej, bo nie mam planów na zarabianie w taki sposób. Mimo wszystko, fajnie było posłuchać, jak wygląda to z perspektywy osób, które sporo w tej dziedzinie osiągnęły.

Post udostępniony przez Patrycja Norek (@zielona_malpa)

LUDZIE

Wszystkie te panele, warsztaty i prelekcje nie miały jednak tak dużego znaczenia, jak blogerzy, którzy po raz kolejny okazali się po prostu ludźmi. Dziękuję wszystkim za rozmowy, bo to one z wszystkiego, czego doświadczyłam, mają dla mnie największą wartość. Poznałam osobiście kilka osób, które mnie kojarzą, co chyba najbardziej mnie podbudowało i dało wrażenie, że może Zielona Małpa ma sens.
Bardzo spodobało mi się to, że spokojnie można pogadać z każdym o rzeczach nie tylko związanych z tematyką ich blogów. W końcu każdy z nas ma jakąś wiedzę i opinię w wielu dziedzinach. To, czego się obawiałam, to właśnie brak wspólnego języka z innymi. Ale finalnie język znalazłam (nawet we własnej gębie, co akurat u mnie nie jest takie oczywiste).

CO WYNIOSŁAM?

Przede wszystkim ogromną motywację, z którą ostatnio u mnie generalnie krucho. Nie będę robić sobie miesięcznej przerwy, którą planowałam przez moją pracę magisterską. Po prostu będzie mnie trochę mniej (a w sumie – jeszcze mniej), ale będę. Bo blogowanie przede wszystkim sprawia mi przyjemność. Narodziło się też kilka myśli i planów. Nie chcę nic na razie zdradzać, bo jeszcze nie do końca ochłonęłam i może się okazać, że za tydzień z połowy zrezygnuję.

CZY WARTO?

Warto!
  • Poznanie ludzi osobiście zmniejsza dystans między dwoma blogerami.
  • Wiedza, nawet jeśli ją posiadamy, powinna być od czas do czasu uporządkowana.
  • Można przywieźć całą masę motywacji.
  • Patrzenie na innych, którzy już coś osiągnęli daje nadzieję, że i nam w końcu się uda!
  • Blog Conference Poznań było moją pierwszą wizytą w Poznaniu. Można zobaczyć nowe miasto!
  • I ogólnie jest fajnie!
Pisanie, czyli to, czego mi brakuje i to, czego mam po dziurki w nosie jednocześnie

Pisanie, czyli to, czego mi brakuje i to, czego mam po dziurki w nosie jednocześnie

Brakuje mi pisania.

Brakuje mi pisania, ale nie w sensie samego pisania jako czynności. Bo pisania jako czynności mam ostatnio po dziurki w nosie i jeszcze więcej. Praca magisterska, eseje zaliczeniowe, listy motywacyjne, blog. To wszystko w jakimś stopniu sprawia mi przyjemność, ale jednak wciąż brakuje mi MOJEGO pisania.
Musicie o mnie bowiem wiedzieć, że kilka lat temu pisałam wiersze i piosenki. To znaczy teksty piosenek, bo na nutach i instrumentach niestety się nie znam. Większość moich „dzieł” wprawdzie absolutnie nie nadaje się do ujrzenia światła dziennego, ale każde jest bliskie mojemu sercu, jak to z tego typu twórczością bywa. I z braku natchnienia przestałam pisać a folder przestał zapełniać się nowymi plikami.

Bardzo mi tego brakuje, ale w tej kwestii bez natchnienia nic nie zrobię. Czasem otwieram plik i wpatruję się w migający kursor. I smucę się, bo nie mogę poradzić sobie z pierwszym słowem. I ten plik wisi tak sobie od kilku miesięcy bez żadnego znaku. Pusta strona. Tabula rasa.

Brakuje mi tej ulgi, jaką dawało mi przelanie emocji na białą stronę. Czasem na papier, czasem na ekran. Brakuje mi tej otoczki, którą miałam i romantyzmu, który wynikał z samego faktu pisania wierszy. Nawet, jeśli z romansem miały niewiele wspólnego. Nawet, jeśli zazwyczaj były to białe wiersze, w których rymów po prostu brakuje i tak mi pasuje (see what I did there?).

I ktoś powie, że powinnam po prostu wrócić. Ale pisanie wierszy rządzi się nieco innymi prawami. Tu nie potrzeba motywacji, ale inspiracji. I nie wystarczy mała inspiracja, jak w przypadku tekstu epickiego, czy zwykły pomysł, jak przy wpisie na blogu. Tu trzeba inspiracji wielkości Pałacu Kultury i Nauki i wrażliwości, z której chyba zostałam obdarta w ciągu ostatnich kilku lat. A przynajmniej takie mam wrażenie.

Pozostaje mi tylko czekać na natchnienie i powrót wrażliwości.

Być poetą…
Wszystko widzieć inaczej,
Odczuwać wszystko mocniej,
Przeżywać wszystko bardziej,
O wszystkim mówić piękniej.
Znajdować nowe rymy,
Słuchać, co szepcze wiatr,
Oglądać świat od góry,
Rozbierać świat na części,
Składać wszystko w wiersze,
Cierpieć, gdy inni nie widzą,
Patrzeć, gdy reszta już nie chce,
Tęsknić za nowym natchnieniem
I czekać, czekać, czekać –
To znaczy być poetą.
Dziewiętnaście lat
Zamieniłam już czerwony pasek
na czerwone wino,
a niebieskie migdały
na błękitne substancje w probówkach.
Boję się migdałów,
bo trucizna pachnie migdałami.
Gdzie podziała się beztroska każdego dnia?
Poprzestawiałam wszystkie meble,
a nadal coś nie pasuje.
Przymierzyłam setki ubrań,
tylko po to, by stwierdzić,
że to nie wygląd czyni człowieka.
Miałam wiele rzeczy, znajomych, przeżyć,
przyszło i poszło, odeszli jak wszyscy.
Byłam sobą, nie-sobą i to w tylu miejscach.
I do dziś nie wiem, co jest lepsze,
mieć, czy być?
Miałam setki wątpliwości i tysiąc razy płakałam,
upadałam i wznosiłam się
by znów znaleźć siebie płaczącą nad swym losem.
Jestem jedyna i jestem wszyscy. Jestem miliony.
Choć jestem osobą, która zna mnie najlepiej,
nie wiem o sobie nic.
Musiałam odejść, kiedy chciałam zostać
i zostać, gdy chciałam iść jak najdalej.
A mam dopiero dziewiętnaście lat.
 
Lśnienie księżyca, czyli nie tylko biedni i bogaci

Lśnienie księżyca, czyli nie tylko biedni i bogaci

Przed moją czytelniczą przerwą przeczytałam całą masę książek. Znalazły się wśród nich romanse, kryminały, obyczajówki, odrobina fantastyki i powieści przygodowych. Większość z nich łączyło to, że mimo wszystko była to literatura współczesna, albo przynajmniej na tyle „nowa”, że wciągnięcie się w akcję nie stanowiło większego problemu. Lśnienie księżyca okazało się w tej kwestii książką wyjątkową.

Susy i Nick to młode małżeństwo. Oboje należą do dobrych rodzin, ale żadne z nich nie posiada realnego majątku. Zawarli umowę, że przez rok będą żyli na koszt bogatych znajomych, a jeśli któreś z nich będzie miało okazję związać się z majętną osobą, rozwiodą się. 
Fabuła zdaje się być dość banalna i poniekąd można przewidzieć zakończenie. Tu jednak zdecydowanie nie chodzi o fabułę, a przynajmniej nie tylko, ale przede wszystkim o zobaczenie, że społeczeństwo nie dzieli się tylko na bogatych i biednych. Każdy orze, jak może i próbuje być szczęśliwy na miarę własnych możliwości. I choć akcja powieści toczy się w latach 20. XX wieku, czyli niemal 100 lat temu, wiele wartości i ludzkich zachowań się nie zmieniło.
 
Lśnienie księżyca jest swego rodzaju przekrojem przez społeczeństwo lat 20. XX wieku. Poznajemy różne postaci przewijające się przez życie Susy i Nicka. Przez ich oczy obserwować możemy pełne ludzi sale balowe, bogato wyszywane stroje, widoki z najpiękniejszych miast Ameryki Północnej i Europy. Autorka skupiła się tu głównie na elitach, bogaczach oraz młodym małżeństwie, które bardzo chciałoby również pławić się w bogactwie. Wspomniane elity przedstawione zostały jak lekko zgniłe jabłka. Jak się je dobrze odwróci i nie będzie ich dotykać, nawet nie zauważy się skazy. Ale zbliżając się do nich bliżej, robimy to na własne ryzyko.

Główni bohaterowie sprawiają wrażenie nieco naiwnych. Jednak może to wynikać ze strachu przed życiem bez pieniędzy. Niewątpliwie się kochają, ale ich podejście do małżeństwa sprawia, że nie do końca można traktować ich poważnie. Takie romantyczne i wyrachowane osoby jednocześnie.

Trzeba też wziąć na poprawkę czasy, jakie są tam opisywane. W końcu lata 20. to całkiem inny świat. Kompletnie inne obyczaje i całkowicie odmienne podejście do życia mogą wydawać się kompletnie oderwane od tego, co znamy dziś. Na początku miałam ochotę krzyknąć Susy prosto w twarz, żeby znalazła pracę, skoro jej tak źle bez pieniędzy. Ale na czas się zreflektowałam, że z pracą też nie było wtedy tak prosto. Ponieważ Edith Wharton żyła w tamtych czasach, z pewnością możemy jej zaufać w kwestiach ówczesnych obyczajów i ogólnego opisu, który pisarka zaserwowała w Lśnieniu księżyca.

Autorka zadbała, aby język Lśnienia księżyca był po prostu piękny. Takiego języka ze świecą szukać w literaturze współczesnej. Przez to książkę czyta się powoli. Ja sama czytałam ją prawie miesiąc i nie żałuję ani dnia. Dokładne, niemal poetyckie opisy otaczającego świata i przeżyć wewnętrznych bohaterów wywarły na mnie ogromne wrażenie i przeniosły mnie do tego niezwykle uroczego miejsca. Zdecydowanie popieram decyzję Wydawnictwa MG o wydaniu tej powieści w języku polskim.

Książkę polecam przede wszystkim miłośnikom lat 20. XX wieku, ale także amatorom pięknego języka w książkach.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu MG

Złodziej pierwsza klasa!

Złodziej pierwsza klasa!

Na starym blogu, który zablokowałam, żeby nikt nie czytał tych wypocin, pisałam kiedyś o najdziwniejszych kradzieżach, jakie udało mi się znaleźć, a jedną nawet w pewnym sensie doświadczyć. Ostatnio raczę cię, drogi Czytelniku, przede wszystkim treściami kulturalnymi. Ale czasem czuję potrzebę oderwania się od książek i seriali, więc dziś coś, co leży z dala od kultury.


Co można ukraść? Ponoć można marzenia. Z pewnością pieniądze i prywatne kolekcje biżuterii. Obecnie szczególnie chamskie, ale też nie rzadkie, są kradzieże tożsamości, co i tak na pewnej płaszczyźnie sprowadza się do pieniędzy. Najdziwniejsze kradzieże to jednak te, w których ciężko określić realny zysk, albo przynajmniej cel.

Kreatywność ponoć jest w cenie

Tak przynajmniej uważa większość społeczeństwa, skoro w CV wśród umiejętności umieszcza to jedno słówko. Kreatywności z pewnością nie brakowało człowiekowi, który ukradł 7,5-metrową latarnię w Łodzi. Betonową, więc nawet na złomie by jej nie sprzedał. Z tego, co widzę, latanie dość często stają się łupem złodziei. Być może cierpią oni na ciemnotę i w ten sposób próbują ulżyć sobie w przypadłości?

W Białogardzie natomiast pewien mężczyzna pokusił się na… most. Pojęcia nie mam, jak wyglądał sam proces kradzieży, bo most ważył 10 ton i liczył sobie 17 metrów. Mam wrażenie, że złodziej nie działał tu w pojedynkę. I wiecie, co w tym wszystkim jest najciekawsze? Sam most, jako element infrastruktury miasta, wart był 64 tys. złotych, a mężczyzna sprzedał go na złomie za 8 tys. Trochę nie do końca udał mu się ten interes. A mógł zaszantażować miasto okupem. Wspomnę też o kradzieży mostu w Rosji. Mostu ważącego 200 ton. Zniknął w jedną noc.

Pomijając całą masę różnych innych ciekawych kradzieży, na szczególną uwagę zasługuje plaża. Bo tak, ktoś ukradł plażę. Ta historia jest jednak odrobinę smutna. Na Węgrzech, które nie mają dostępu do morza, zorganizowano sztuczną plażę ku uciesze okolicznych mieszkańców. Jako, że było to sztuczny twór, piasek, leżaki i budki zostały na zimę schowane, aby i w kolejnych latach Węgrzy mogli cieszyć się plażą. Całą radość ostudził fakt, że wszystko zniknęło i magazyn został w niewyjaśnionych okolicznościach opróżniony. Na co złodziejom 6 tys. metrów kwadratowych plaży?

Nieco przerażającą kradzieżą mogą pochwalić się Niemcy. Tam bowiem zginęła ciężarówka z osoczem. Na co komu 11 ton ludzkiego osocza? Nawet wampiry się tym nie najedzą, bo przecież preferują krew. Osocze traktują jak odpadki, a w końcu nie zniżą się do poziomu jedzenia śmieci. Cel tej kradzieży pozostaje więc tajemnicą.

Bliższe mi kradzieże dotyczą… jedzenia

Przejdźmy do najdziwniejszych kradzieży, jakich doświadczyłam ja sama, albo osoby, które znam osobiście.

Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak śmiałyśmy się ze współlokatorką z kradzieży zupy w jej rodzinnym mieście. Sytuacja wyglądała następująco: kobieta ugotowała rosół (przepyszny, w co nie wątpię), garnek, wraz z zawartością wystawiła za okno, żeby zupa wystygła. Kiedy zawołała męża na obiad, okazało się, że garnka nie ma. Zupy też. Bawi mnie komentarz nadkomisarza, znaleziony w Internecie – Zupy, zakładamy, że nie odzyskamy, ale garnek – jest szansa.

Coś jest na rzeczy z kradzieżami jedzenia, bo nawet moja rodzinna miejscowość stała się jej ofiarą.

Był to rok 2006, koniec czerwca, pierwszy dzień wakacji. Pamiętam sytuację, jakby zdarzyła się wczoraj. Podniesiona na duchu zaczynającymi się dwoma miesiącami wolności, skończeniem szkoły podstawowej i ogólnie latem, zostałam obudzona przez oburzoną babcię. Biegała po domu, zadając wszystkim nieco idiotyczne pytanie – Czy zjadłaś wszystkie kiełbasy? Wyobraźcie sobie moją głupią minę mówiącą mniej więcej „co do diabła?!” Po wstępnym otrząśnięciu się z szoku, odpowiedziałam, że jasne, że to nie ja. Byłam niejadkiem, szczególnie w kwestii kiełbas. Dziś szczególnie cenię sobie dobre szynki, czy swojskie wędzone, ale nie o tym dziś mowa. Babcia autentycznie podejrzewała mnie o zjedzenie kiełbasy, więc coś było na rzeczy. I było. W nocy z lodówki zniknęły wszystkie wyroby mięsne.

Ktoś może uznać, że tragedii nie ma, w końcu to tylko kilka plasterków szynki i może jakieś frankfurterki. Prawda okazuje się nieco mocniejsza. Tego dnia oczekiwaliśmy przybycia rodziny z Niemiec. W związku z tym lodówka w poprzedni wieczór ledwie domykała się od mięsnego przepychu. Bo byle czym to rodziny się nie wita. Ktoś ukradł więc całą masę kiełbasy. No cóż.

Tej samej nocy w całej wsi w losowych domach poznikało jedzenie. Złodziej jakimś cudem włamał się do niektórych budynków i kradł, co akurat spodobało mu się najbardziej. U nas trafiło na kiełbasy, u sąsiadów na tort urodzinowy. I wszędzie tylko jedzenie.

Złodziejem okazał się autostopowicz, którego podrzucił jeden z mieszkańców mojej wioski. Taka wdzięczność za dobry uczynek? Mam nadzieję, że cierpiał potem na wielodniową zgagę i nudności.

Także ten, nic nie jest bezpieczne przed złodziejami. W pewnym urzędzie zniknęło sporo desek klozetowych. Gdzie indziej cała masa papieru toaletowego. Aż chce się powiedzieć: gówniana sprawa. Myślę, że te dwie sprawy są powiązane. Nie tylko tematycznie.

Ale kradzieże już takie są – do dupy.

Źródła:
Najdziwniejsze, najgłupsze i najbardziej zuchwałe kradzieże – Wiadomości24
Kradzież zupy? Poważna sprawa dla sądu – TVN24

Maestro, czyli kryminalna symfonia + konkurs

Maestro, czyli kryminalna symfonia + konkurs

Maestro to tytuł, jakim obdarza się wybitnego artystę. Mistrz. Wirtuoz. Władca nut. Osoba, która doskonale zna swoje dzieło i tworzy je z niezwykłą pieczołowitością. Czy morderca może być maestrem?

Wypalony dziennikarz Viljar Gudmundsson znajduje w swoje skrzynce mailowej wiadomość od człowieka podpisującego się pseudonimem. Pisze on, że zamierza zabić osobę, która wymknęła się wymiarowi sprawiedliwości. To, co początkowo zostaje uznane przez Viljara za kiepski żart, wkrótce okazuje się prawdą. Umierają kolejne osoby, a ich śmierć za każdym razem potwierdzana jest mailem do dziennikarza.
Geir Tangen to norweski bloger, piszący głównie o kryminałach. Nie ma się więc co dziwić, że to właśnie w tej dziedzinie postanowił on zacząć swoją pisarską karierę. Jak wypadł jego debiut? Przede wszystkim warto wiedzieć, że na początku Maestro został wydany własnym nakładem autora, a dopiero po wstępnym sukcesie większe norweskie wydawnictwo zainteresowało się powieścią i wzięło ją pod własne skrzydła. Jeśli to nie świadczy o Maestrze, to już sama nie wiem.
Poza głównym bohaterem, Viljarem, mamy w książce również panią detektyw Lottę Skeisvoll, która pojawia się na kartach powieści równie często, co sam dziennikarz. Autor zrezygnował tu z jakichkolwiek wątków miłosnych u głównych postaci i chwała mu za to. Zresztą, interakcje między Viljarem a Lotte były też nieliczne, dzięki czemu oddany został realizm sytuacji.
Viljar był niegdyś czołowym dziennikarzem w swojej gazecie, odkrywał sekrety, demaskował polityków i za każdym razem zbierał brawa i pochwały. Tak stan rzeczy nie mógł jednak trwać wiecznie, więc w końcu i Viljara wykończyła jego praca. Z ambitnego i sławnego dziennikarza stał się miernym i pozbawionym celu pisarzyną artykułów na zastępstwo. Ten fakt bardzo mu ciąży i podczas czytania można dostrzec, jak bardzo cierpi z tego powodu.
Detektyw Lotte Skeisvoll również nie jest osobą idealną, choć chciałaby, żeby wszystko wokół niej układało się idealnie. Irytują ją zagięcia na kartkach jej notesu, zły kolor tuszu w długopisie i kiepska współpraca między działami policji. Czy to nie brzmi znajomo? Nerwica natręctw.
I to właśnie te dwie postaci są w Maestrze odpowiedzialne za odkrycie tożsamości mordercy kryjącego za wiadomościami zakończonymi dziwnymi kodami. Ich współpraca, a w zasadzie jej brak, napędza akcję i pozwala odnaleźć się w tym dziwnym, niepokojącym świecie. Każdy z nich po części działa na własną rękę i, choć oboje znajdują pewne tropy, w pojedynkę żadne z nich nie dotarłoby do mordercy.
Geir Tangen nie oszczędza swoich bohaterów. Wręcz przeciwnie – doświadcza ich na wiele sposobów. I mowa tu nie tylko o głównych postaciach, ale także o innych, którzy pojawiają się w powieści. Trup ściele się gęsto i niektóre ofiary potrafią zaszokować. Mogę obiecać przynajmniej jeden niezwykle zaskakujący moment, który zmusza do zerknięcia na okładkę i przemyślenie właśnie przeczytanych słów.
W Maestrze dominuje narracja trzecioosobowa w czasie przeszłym, która doskonale sprawdza się właśnie w kryminałach. Poznajemy także punkt widzenia mordercy, nazywającego siebie Maestrem, tworzącego idealne dzieło, wyraźnie rozchwianego emocjonalnie. Fragmenty odpowiedzialne za niego, napisane zostały w pierwszej osobie i w czasie teraźniejszym, w związku z czym mocno się wyróżniają, sprawiając, że wydają się one ważniejsze od reszty książki, oraz pozwalają głęboko wejść w myśli tej tajemniczej postaci. W dodatku sprawiają wrażenie, że znajdujemy się w procesie twórczym kompozytora, gdyż w tę stronę wybiegają jego myśli.
Maestro został napisany bardzo przystępnym językiem, takim, że nawet amator w kwestii kryminałów powinien się bez problemu w nim odnaleźć. Natomiast stali bywalcy świata zbrodni z pewnością również znajdą tu coś dla siebie, bo, jak na recenzenta i miłośnika kryminałów przystało, wielokrotnie pojawiają się tu znani pisarze i ich tytuły. Wszystko jednak zostało wplecione w taki sposób, że nieznajomość tych dzieł nie przeszkadza w czytaniu.

Książka posiada oczywiście wady, które mogą wynikać z faktu, że jest ona debiutem. Przede wszystkim na końcu nie dostajemy mocnego motywu mordercy, przez co brakuje jakiegoś podsumowania. Choć z drugiej strony, w obliczu stanu psychicznego mordercy, jestem w stanie przymknąć na to oko. Po Maestrze spodziewałam się także tego niesamowitego skandynawskiego klimatu, który poznałam w innych powieściach tamtejszych pisarzy. Jednak właśnie tego tu zabrakło, bo same umieszczenie akcji w norweskim miasteczku w tym przypadku nie wystarczyło.

Mimo tych drobnych wad, uważam Maestro za bardzo dobry kryminał, w którym stopniowo odkrywa się fragmenty historii i można samemu próbować dojść do tożsamości mordercy. Z pewnością powieść ta jest świetnym startem, dlatego już z niecierpliwością oczekuję kolejnych książek Geira Tangena. Książkę polecam i zachęcam do sięgania po debiuty. Być może wśród nich czai się nasz przyszły ulubiony pisarz?

Za egzemplarz Maestra i możliwość przeczytania powieści serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat S.A. 
***

UWAGA! To nie wszystko!

Przez pewne zawirowania na poczcie otrzymałam dwa egzemplarze Maestra, więc jednym z nich chciałabym się podzielić z wami. Co trzeba zrobić?

1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga www.zielonamalpa.pl
2. Konkurs trwa od 04.05.2017 r. do 19.05.2017 r. godz. 23:59 (w przypadku małej liczby zgłoszeń konkurs zostanie przedłużony)
3. Zwycięzca zostanie ogłoszony na stronie na Facebooku do tygodnia po zakończeniu konkursu.
4. W konkursie mogą wziąć udział osoby, które posiadają adres korespondencyjny na terenie Polski.
5. Koszty przesyłki pokryje organizator.
6. Aby wziąć udział w konkursie, należy:

  • Być czytelnikiem bloga Zielona Małpa lub widzem na kanale Zielona Małpa, co rozumie się przez lubienie strony mojego bloga na Facebooku
  • Uzupełnić formularz konkursowy, w którym znajduje się główne pytanie konkursowe: Jaki jest Twój ciekawy pomysł na kryminał?

7. Zwycięzca powinien skontaktować się z organizatorem przez adres zielona0malpa@gmail.com do 7 dni od ogłoszenia wyników.

8. Zwycięzca zostanie wyłoniony przez organizatora na podstawie udzielonej odpowiedzi konkursowej.
9. Nagrodą w konkursie jest książka Maestro Geira Tangena. Egzemplarz jest nowy i nieużywany.

Oczywiście zachęcam także do subskrypcji mojego kanału na YouTube oraz polubienia strony Grupy Wydawniczej Publicat S.A. na Facebooku.

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa