Miesiąc: Kwiecień 2017

Czerwony Kapitan, czyli druga randka ze słowackim Bondem?

Czerwony Kapitan, czyli druga randka ze słowackim Bondem?

Bratysława. Czerwiec 1992 roku. Ostatnie miesiące istnienia Czechosłowacji. Ktoś buduje wieżowiec. Na pobliskim cmentarzu zostaje uszkodzonych kilka grobów. Podczas przenoszenia trumien, jedna z nich upada, obnażając na wpół rozłożone ciało. I czaszkę z gwoździem na środku czoła. Śledztwo przejmuje detektyw Richard Krauz. Dokąd zaprowadzą go tropy?


Kiedy w zeszłym roku wybrałam się do kina na Czerwonego kapitana, nie spodziewałam się, że zobaczę dobry film. Szczerze mówiąc, mało o nim wiedziałam przed obejrzeniem, jedynie, że jest słowackiej produkcji i gra w nim Maciej Stuhr. Widziałam też krótki trailer, z którego wynikało, że… Maciej Stuhr dubbinguje Macieja Stuhra. I to nawet niezbyt dobrze. Jednak po pominięciu tego (istotnego) szczegółu, wyszłam z kina całkiem zadowolona, choć i nieco rozbawiona realizacją niektórych scen akcji. Całą recenzję Czerwonego kapitana możecie przeczytać na blogu. W każdym razie film zachęcił mnie do sięgnięcia po książkę, którą jakiś czas temu wypatrzyłam w bibliotece miejskiej.

Czerwonego kapitana zaliczyłabym do gatunku kryminału zmieszanego z thrillerem. Nie wstrząśniętego (dla kumatych). Najbardziej rzucającym się w oczy elementem powieści jest postać Richarda Krauza – głównego bohatera, detektywa, policjanta, kumpla, męża i ojca (choć tych dwóch ostatnich najmniej). Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy jest on dobrym policjantem, czy nie. Z jednej strony bowiem dąży on do odkrycia całej prawdy o morderstwie Karola Kloknera przed siedmiu laty (to właśnie jego czaszka miała wbity gwóźdź), z drugiej – robi to w sposób niezależny od organizacji, jaką jest policja. Gdyby był dzieckiem, powiedziałabym, że to bardzo nieposłuszny chłopak. Mimo wielu wad, z Richardem Krauzem łatwo się polubić. Przede wszystkim przez jego niezwykłą zdolność kojarzenia faktów, ale także nieugiętość.

Powieść już na pierwszych stronach kieruje naszą uwagę na to, że resztki komunizmu i mające swoją genezę w tym ustroju stowarzyszenia, wciąż są obecne, choć w teorii komunizm przestał w Czechosłowacji istnieć już kilka lat wcześniej. Policja w swoich szeregach także posiada jeszcze „byłych” komunistów. Tropy prowadzą Krauza także do pewnej organizacji kościelnej i starego, schorowanego księdza, który wie więcej, niż mówi.

Przez tę otoczkę komunistyczną i państwa chylącego się ku upadkowi, atmosfera Czerwonego kapitana jest niezwykle ciężka i niepokojąca. Nawet kapitan jest „czerwony”. Ale bynajmniej nie przez komunizm. A właśnie! Samego tytułowego bohatera w powieści można szukać i szukać. Pojawia się kilka razy w dialogach, jako element łączący wydarzenia, natomiast „fizycznie” pojawia się dosłownie na chwilę.

Historia Karola Kloknera, jego tortur i śmierci, organizacji, które maczały w tym palce oraz dziwnego metalowego pierścienia, zyskują dodatkowy wydźwięk w tym klimacie, który stworzył Dominik Dán w swojej powieści.

Kto obserwuje mnie na Instagramie i ogląda moje (kulejące) Instastories, wie, że męczyłam się trochę z tą książką. Nie zrozumcie mnie źle – uważam, że Czerwony kapitan to świetna powieść, ale utrudnieniem w czytaniu było dla mnie właśnie to wspaniale wykreowane tło, w którym się nie orientowałam. Osoby obcykane w tematyce układów, tajnych organizacji komunistycznych i kościelnych, z pewnością przebrną przez tę książkę znacznie szybciej. A pozostali po wstępnych problemach, też być może sobie z nią poradzą, a nawet wyciągną trochę wiedzy na temat początku lat 90.

Czerwony kapitan okazał się moim pierwszym podejściem do literatury słowackiej. Mam nadzieję, że okazja do bliższego poznania naszych południowych sąsiadów nadarzy się już niebawem. Tymczasem serdecznie zachęcam do kosztowania literatury z różnych krajów – nigdy nie wiadomo, co nam się spodoba.

 

13 powodów, czyli cios w serce i samobójstwo

13 powodów, czyli cios w serce i samobójstwo

Bullying, czyli z angielskiego – znęcanie się i zastraszanie, to powszechny problem wśród młodych ludzi. Sama kiedyś padłam ofiarą rówieśników i, choć przyznaję, że częściowo sama się do tego przyczyniłam, nie życzę tego nikomu. Kiedy więc usłyszałam o serialu poruszającym problem nękania, depresji i samobójstwa, nie potrafiłam się mu oprzeć. Dlatego dzisiaj dzielę się z wami wrażeniami po obejrzeniu 13 powodów.

FABUŁA

Hannah Baker (Katherine Langford) nie żyje. Popełniła samobójstwo. Kilkanaście dni po tej bezsensownej śmierci kolega Hanny, Clay (Dylan Minette), znajduje pod drzwiami swojego domu pudełko po butach, a w nim 7 kaset magnetofonowych i mapę. Jest to wiadomość od zmarłej koleżanki. Wiadomość, w której Hannah zdradza 13 powodów, dla których popełniła samobójstwo.
Pudełko, wraz z zawartością, zgodnie z wolą Hanny, przekazywane jest od osoby do osoby, zgodnie z kolejnością wymienioną na ponumerowanych kasetach. Więc każda osoba, która dostaje pudełko, jest współwinna samobójstwu. I pierwsze pytanie, które się tu nasuwa – jak ten spokojny, geekowaty chłopak mógł przyczynić się do śmierci Hanny?
13 powodów porusza wiele problemów, które w połączeniu bardzo silnie wpływają na samopoczucie i poczucie własnej wartości nastolatki. Znajdziemy tu kończące się przyjaźnie, upokorzenia, bezrefleksyjne dbanie o własną reputację i wiele innych, znacznie trudniejszych w odbiorze kwestii.

ROZWÓJ FABUŁY

Każdy kolejny odcinek odkrywa jeden powód i pokazuje wydarzenia, które złamały nastolatkę. Zaczyna się bardzo niepozornie – od puszczenia plotek w świat. I początkowe odcinki pokazują w zasadzie coś, z czym każdy z nas spotkał się w mniejszym lub większym stopniu. I choć nie dzieje się w nich nic wielkiego, trzymają one w napięciu, bo przecież TO nie mogło być powodem TAKIEJ decyzji. A jednak.
Wraz z odsłuchiwaniem kaset przez Claya apetyt wzrasta, tak samo, jak i napięcie i dostajemy coraz więcej szczegółów, odkrywamy kolejne osoby, które Hannah obwinia o swoją śmierć. Na początku nastolatka we wspomnieniach bardzo irytuje. Widzi ona problem głównie w innych, a wcale nie w sobie. Po małej analizie musiałam jednak przyznać jej trochę racji – w końcu ona w momencie nagrywania kaset planowała samobójstwo i miała prawo obwiniać innych. Wtedy umysł musi działać trochę inaczej.
Z każdym odcinkiem serial staje się bardziej mroczny, co idzie w parze ze stanem psychicznym i fizycznym Claya, bo to w jego posiadaniu są aktualnie kasety. Chłopak próbuje poradzić sobie ze śmiercią dziewczyny, która wyraźnie była dla niego kimś więcej niż koleżanką z pracy i znajomą ze szkoły. I w czym on zawinił?
Clay musi poradzić sobie nie tylko z wiadomością od zmarłej koleżanki, ale także z osobami, które słuchały kaset przed nim. Tym bardziej, że one wiedzą, czym zawinił główny bohater.

WRAŻENIA

Nie chcę pisać więcej o 13 powodach, bo każda informacja ponad to, co już napisałam, byłaby spoilerem. Jednak mogę podzielić się ogólnymi wrażeniami.
13 powodów wciąga już od pierwszego odcinka. Nie zostajemy wprawdzie wrzuceni na głęboką wodę, ale świadomość, że nic, co bohater zrobi, nie wróci życia Hannie, a jedynie odkryje przez Clay’em tajemnice innych osób, a innym osobom jego tajemnice, buduje ogromne napięcie. Obsada została wybrana doskonale, na ekranie zobaczyć można wiele nowych twarzy, które wspaniale odwzorowują i budują emocje.
Poruszane problemy nie są niczym nowym, jednak świadomość, że ich kumulacja do czyjejś śmierci działa jak katalizator, pokazuje, że każde działanie ma konsekwencje. I że czasem nie ma możliwości ocenić, co siedzi w czyjejś głowie. I o tym już kiedyś pisałam. A tym bardziej nie można być pewnym, że nasze słowa nie wywołały w kimś negatywnych uczuć i nie siedzą w głowie tej osoby twardo od kilku lat.
Dlatego ważne jest, żeby ze sobą rozmawiać i pokazywać innym, że ich obecność wiele dla nas znaczy. I ważne, żeby być świadomym otoczenia, bo a nuż możemy komuś pomóc.

ZAKOŃCZENIE

Zakończenie 13 powodów jest otwarte. Pozostawia ogromne pole do popisu naszej wyobraźni, ale także daje możliwość podjęcia historii w miejscu, gdzie ona się kończy. Dlatego wielu osobom się ono nie spodoba. Uważam jednak, że można nazwać je idealnym, bo doskonale podsumowuje serial. I zmusza do kolejnych refleksji.

Jednocześnie kilka dni po skończeniu serialu czuję niedosyt i wciąż o nim myślę. tak mocno odbił się w mojej pamięci. Czy jestem dobrym człowiekiem?

The Pilot, czyli w końcu kolejny sezon Doktora Who

The Pilot, czyli w końcu kolejny sezon Doktora Who

Od dłuższego czasu czekałam na kolejny sezon Doktora Who. Wiecie, odcinki świąteczne są super i zawierają się w kanonie, ale zawsze towarzyszy im ta bożonarodzeniowa atmosfera i niespecjalnie lubię je oglądać w oderwaniu od serialu. To po prostu nie to samo. Dlatego, odkąd tylko dowiedziałam się, że kolejny sezon (już dziesiąty od 2005 roku) zaczyna się 15. kwietnia, czekałam z niecierpliwością na ten dzień… tylko po to, żeby pójść wieczorem do kościoła z okazji obchodów Wielkiej Soboty. I musiałam czekać na The pilot trochę dłużej.
doctor doktor who the pilot recenzja s10e01 zielona Małpa
Doktor (Peter Capaldi) i Bill (Pearl Mackie) w The Pilot

Doktor (Peter Capaldi) w The Pilot udaje wykładowcę na uczelni (przez dość długi czas, co pewnie nie uszło uwadze niektórych ludzi). Wzywa do swojego gabinetu dziewczynę, która uczęszcza na jego wykłady. I w ten sposób Doktor poznaje nową towarzyszkę. Nie w momencie, kiedy jej życie jest zagrożone, czy światu grozi kolejna apokalipsa, ale na spokojnie, w gabinecie, bez zbędnych fajerwerków. Nie ukrywam, że chciałabym Doktora jako wykładowcę, przynajmniej przez kilka tygodni. Z pewnością dydaktycznie byłoby „tak sobie”, ale za to ciekawie – jak najbardziej.
Bill (Pearl Mackie) okazuje się dość zwyczajną dziewczyną, zarabiającą na życie w uczelnianej stołówce nakładając frytki (a ja uwielbiam frytki nad życie). Nie ukrywa, że woli kobiety i generalnie mam wrażenie, że jest osobą otwartą i łatwo nawiązującą znajomości, a jednocześnie dociekliwą i spostrzegawczą. Spodobało mi się, że czuć niezwykłą chemię między Bill i Doktorem, ale także Nardolem (Matt Lucas), spuścizną z dwóch poprzednich odcinków specjalnych. Myślę, że to trio pokaże, na co ich stać.
Homoseksualizm towarzyszki Doktora stał się ostatnio dość głośnym tematem wśród fanów Doktora Who. Wiele osób zarzucało twórcy, że zdecydował się na taką kreację postaci, inni mieli za złe rozdmuchanie samego faktu, a pozostali albo się nie odzywali, albo pisali, jak to niefajnie, że ludzie nadal nie tolerują homoseksualizmu (albo jakiegokolwiek -seksualizmu, który nie jest heteroseksualizmem) na ekranie swoich telewizorów. Jednak orientacja Bill już w pierwszym odcinku dziesiątego sezonu miała znaczenie, bo dzięki temu nawiązał się wątek tajemniczej kałuży (wiem, jak to brzmi, ale musicie zobaczyć sami, żeby się przekonać, o co mi biega).
Sam odcinek wypadł nie najgorzej. Był mroczny i momentami zabawny, przez co oglądało się go w napięciu, ale takim „bez przesady”. Bardziej skupiono się na postaci Bill, niż na historii, co pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Szczerze mówiąc, The Pilot przypomina mi trochę Rose, czyli pierwszy odcinek New Who, przez to, że pokazana jest zwyczajność przyszłej towarzyszki, dla której podróżowanie z Doktorem odmieni jej życie, dając jej szansę zobaczenia niezwykłości wszechświata.
W The Pilot pojawiło się kilka Easter Eggów (które z Wielkanocą nie mają zbyt wiele wspólnego), więc poszukiwacze pewnie już zacierają rączki. Wiedziałam już wcześniej o zdjęciu wnuczki Doktora, Susan, na jego biurku, dlatego nie było ono dla mnie zaskoczeniem. Zachęcam do własnoocznego wytropienia pozostałych.
I mam takie pytanie. Co było nie tak z fryzurą Doktora? Czyżby zabrakło fryzjera lub stylisty na planie?
Trailer sezonu 10 Doktora Who
Mam szczerą nadzieję, że sezon utrzyma poziom i nastrój pierwszego odcinka. Odrobina humoru, jaką uraczono nas w The Pilot, jest idealną dawką, więc oby w kolejnych odcinkach było go tyle samo lub mniej. W końcu to serial sci-fi, a nie sitcom. Ale, jak to zwykle bywa, przekonamy się w praniu.
Buffy: Postrach wampirów – porozmawiajmy o serialu

Buffy: Postrach wampirów – porozmawiajmy o serialu

Pamiętam, jak w dzieciństwie siadałam przed telewizorem i przeskakując po kanałach, szukałam czegoś, co mnie zainteresuje. Pewnie wszyscy, którzy mają nieco więcej niż 20 lat, przeżywali ten czas podobnie jak i ja. Dziś tylko łezka się w oku kręci, kiedy pomyślę, że ta beztroska z dzieciństwa nie wróci i czasu nie da się cofnąć. Truizmy truizmami, ale przecież tak właśnie jest. Dziś, poniekąd z okazji 20. rocznicy wyemitowania w amerykańskiej telewizji pierwszego odcinka jednego z najbardziej kultowych seriali, przychodzę do was z tekstem o Buffy, która zabijała wampiry.

buffy postrach wampirów serial recenzja zielona małpa

Buffy: Postrach wampirów to jeden z tych seriali, które, moim zdaniem, zyskują z każdym kolejnym sezonem. Można go oglądać biernie, po prostu śledząc historię bohaterów, albo aktywnie, wyciągając wnioski z rozwoju poszczególnych postaci oraz wydarzeń. Oba sposoby są dobre i można je połączyć.

Jak to się zaczęło?

Do nomen omen słonecznego miasteczka Sunnydale przeprowadza się nastolatka o dziwacznym imieniu Buffy (z ang. buff – zapaleniec, przypakowany) Summers (Sarah Michelle Gellar) wraz z mamą. Dziewczyna, chcąc przynależeć do społeczności liceum, na początku ukrywa pewien sekret. Jest ona bowiem pogromczynią, czyli jedną wybraną dziewczyną, posiadającą nadludzką siłę i umiejętności, które pozwalają jej walczyć z siłami zła i potworami. W szkolnej bibliotece poznaje Ruperta Gilesa (Anthony Head), który okazuje się obserwatorem, osobą mającą na celu opiekę nad pogromczynią i trenowanie jej.

Buffy w szkole poznaje dwójkę uczniów, będących raczej w grupie tych mniej popularnych dzieciaków, Alexandra Harrisa (Nicholas Brendon) i Willow Rosenberg (Alyson Hannigan), z którymi szybko się zaprzyjaźnia. Na jej drodze staje też tajemniczy Angel (David Boreanaz), jak się szybko okazuje, wampir. Z innych godnych uwagi postaci, na początku poznajemy także Cordelię Chase (Charisma Carpenter), popularną dziewczynę, która czasem jest przyjaciółką Buffy, czasem jej wrogiem, ale zawsze zachowuje pewien dystans.

Tytuł i świat Buffy

Tytuł serialu sugeruje, że jest to produkcja bardzo pospolita, pozbawiona głębi i opierająca się na schemacie silnej bohaterki i silnych, ale nie tak jak Buffy, wampirów. I z tym po części można się zgodzić, jeśli widziało się tylko pierwszy sezon. Tytuł ten być może wynikał z tego, że serial miał być tylko międzysezonową produkcją opery mydlanej, o której już dzisiaj nikt nie pamięta. Zabawne, prawda? Ale to, że dziś każdy kojarzy Buffy: Postrach wampirów, a o Savannah nikt nie pamięta, świadczy tylko o ogromnej popularności i jakości serialu o wampirach.
W Buffy: Postrach wampirów pojawiają się przeróżni antagoniści głównych bohaterów. Przede wszystkim są to wampiry, jednak twórca serialu, Joss Whedon, nie ograniczył się tylko do nich. Stworzył całą masę różnych potworów, które manifestują swoją siłę albo w sposób fizyczny, albo w magiczny, albo nawet psychiczny. Z wyglądu części z nich, oraz sposobu ich przedstawienia na ekranie można się dzisiaj trochę pośmiać, nie zmienia to jednak tego, że Buffy: Postrach wampirów posiada jeden z najlepiej wykreowanych światów wśród seriali. I bynajmniej nie jest to świat idealny.

Można odnieść wrażenie, że z każdym sezonem świat Buffy ewoluuje i, choć przez to dostrzega się pewne niekonsekwencje, staje się coraz bardziej skomplikowany i mroczny. Ta mroczność nie jest jednak spowodowana wyłącznie kreacją miasteczka i potworów, ale także w dużym stopniu wynika ze stanu psychicznego bohaterów. Bo wiecie, w świecie Buffy, tak jak i w naszym nie wszystko jest proste.

Potwory w świecie Buffy

Potwory w świecie Buffy są dość specyficzne i jednocześnie ogromnie zróżnicowane. Na każdym kroku spotykamy wampiry, posiadające dwie wersje – jedną ludzką, a jedną zniekształconą, przez co stają się one tym bardziej przerażające. Wśród Sunnydale’owych potworów możemy znaleźć również typowych nieszkodliwych brzydali, którzy tworzą coś w rodzaju podziemnego światka z knajpami, barami i kasynami. Przez to tworzą zintegrowaną społeczność i bywa, że granica między człowiekiem a potworem nieco się rozmywa.

Jednak poza niemal neutralnymi osobnikami znajdziemy również ten agresywny rodzaj, który zawsze próbuje podporządkować sobie cały świat, a przynajmniej samo miasteczko. I właśnie na tych potworach opiera się większość odcinków.

Inspiracją dla potworów zdają się być wszelakie mitologie, zaczynając od tych słowiańskich (z których to wywodzi się najbardziej popularna fantastyczna istota – wampir), przez egipskie, nordyckie, celtyckie, bliskowschodnie aż po pierwotne i współczesne religie i magię. Nie sposób wymienić wszystkich. Wiele postaci jest inspirowanych kulturą oraz rozwojem techniki, przez co można odnieść wrażenie, że zło może rodzić się nie tylko na początku istnienia wszechświata, ale także na przestrzeni wieków, sięgając każdego kolejnego dnia, w którym istniejemy.

Bohaterowie – doskonale nieidealni

Nie da się mówić o Buffy: Postrach wampirów bez wspomnienia postaci, a przynajmniej kilku głównych bohaterów.

Przede wszystkim Buffy Summers, która jest tą jedną wybraną na całym świecie, aby zwalczać siły zła. Joss Whedon, producent i facet-cud-człowiek, chciał stworzyć serial, w którym postawiłby główną bohaterkę – drobną blondynkę, w horrorach umierającą jako pierwsza – w roli osoby o niezwykłej sile. Miało to nieco przełamać stereotypy i zainteresować potencjalnych widzów. Horror przeniósł na początku do liceum, bo kto nie uważa szkoły za miejsce przerażające?

W każdy razie Buffy to, zgodnie z zamysłem, drobna i szczupła blondynka, która nie marzy o niczym innym, tylko o pogodzeniu powołania z życiem towarzyskim. No… może jeszcze o uratowaniu świata. Przez swoją rolę na świecie czuje wieczną presję i osamotnienie. Skoro jest jedyna na świecie, to jedyna rozumie, jak wielki ciężar nosi na swoich barkach i inni mogą jej pomóc, ale nigdy jej nie zastąpią. Potrafi poświęcić nie tylko siebie, aby uratować świat, ale także osoby, które są jej najbliższe. A to czasem okazuje się wielokrotnie trudniejsze.

Wśród najbliższych osób znajdziemy Ruperta Gilesa – obserwatora Buffy o ogromnej wiedzy, pokaźnej kolekcji książek o tematyce demonicznej oraz nieco niejasnej historii. No i Brytyjczyka ze wspaniałym akcentem. Do dwójki najbliższych przyjaciół Buffy należą Willow oraz Xander. Willow to typowa kujonka, w dodatku ruda. Dopiero po poznaniu Buffy i zobaczeniu, że istnieje też świat pełen zła, jej postać zaczyna się rozwijać. Willow odkrywa własne mocne strony i wyrasta na jedną z najsilniejszych postaci w serialu. Jednocześnie to właśnie ona, zaraz po Buffy, doświadcza najbardziej łamiących strat i zdecydowanie rozwija się najbardziej z wszystkich postaci w całym serialu. I jeszcze Xander – w pierwszych sezonach główne źródło humoru i zabawnych powiedzonek. To przede wszystkim oczarowany Buffy chłopak, który jest istnym magnesem na kobiety-potwory.

Z postaci wampirzych muszę wspomnieć o dwóch. Pierwszy wampir to Angel, przystojny mężczyzna, który jest już martwy tak długo, że zdążył zapodziać gdzieś swój brytyjski akcent. W początkowych sezonach stanowi pewne połączenie między światem ludzi i potworów, jednocześnie kręci się w pobliżu Buffy i tworzy z nią dziwaczny nie-związek.

Drugi wampir, o którym nie mogłabym nie wspomnieć, to Spike (James Marsters). Po raz pierwszy pojawia się w drugim odcinku drugiego sezonu i od pierwszej sekundy absolutnie kradnie moje serce. I wiecie co? Skradł nie tylko moje, bo Joss Whedon ugiął się pod presją fanów tego tlenionego blondyna w skórzanym płaszczu i z najbardziej kwadratową szczęką na świecie i nie uśmiercił go na końcu drugiego sezonu, jak to miał na początku w planach. I całe szczęście, bo do kogo bym wzdychała? Spike to taki buntownik z kilkoma słabymi punktami. I moja absolutnie i niepodważalnie najbardziej ulubiona postać z całego serialu.

W serialu pojawia się mnóstwo innych postaci, spędzających na ekranie zdecydowanie mniej czasu niż te już wspomniane. Wśród nich wyróżnić mogę Anyę (Emma Caulfield), z pewnych powodów kompletnie nie ogarniającą świata, w którym się znalazła, przez co, obok Xandera, dba o to, aby rozluźnić nieco odrobinę atmosferę. Ale warto też wspomnieć o Dawn (Michelle Trachtenberg) – ona pojawia się znienacka i nie chciałabym za bardzo zdradzać, kim dokładnie jest. W każdym razie zasługuje na miano najbardziej irytującej postaci w Buffy: Postrach wampirów (ex aequo z Angelem). W czwartym sezonie do ekipy dołącza Tara (Amber Benson) i trochę stawia na nogi nie tylko życie jednej z głównych postaci, ale także wynosi serial na trochę inny poziom.

Serial o wampirach oraz problemach

Nie da się ukryć, że Buffy: Postrach wampirów to przede wszystkim serial fantastyczny i nakierowany na urywanie głów potworom. Jednak patrząc na niego nieco głębiej, można zauważyć, że to także serial o dojrzewaniu. Niekoniecznie takim stricte jak u nastolatków. Raczej chodzi o dojrzewanie młodych ludzi do świata pełnego niepewności. Śledzimy bowiem losy bohaterów nie tylko w liceum (bo które liceum trwa 7 lat?), ale także kilka pierwszych lat po skończeniu tego etapu w życiu.

W związku z tym stajemy się niejako częścią tego etapu przejściowego i towarzyszymy bohaterom w poznawaniu znaczenia miłości, przyjaźni, własnych wad, zalet i niesamowitych umiejętności.

Na etapie liceum problemy bohaterów są przedstawione w dość prosty sposób – w postaci potworów i magii. W charaktery głównych bohaterów wchodzimy głębiej dopiero pod koniec trzeciego sezonu. I wtedy Buffy: Postrach wampirów zaczyna być czymś więcej niż serialem fantastycznym dla młodzieży. Staje się analizą psychiki głównych postaci i pokazuje, jak ich role w grupie i własne predyspozycje wpłynęły na ich aktualny w danym momencie stan.

A wśród tych problemów znajdzie się na przykład samoakceptacja, akceptacja własnego powołania, konieczność poświęcenia się, gwałt, własna seksualność, odkrywanie własnych mocy. Poza tym serial podejmuje też bardziej popularne tematy, czasem w postaci żartu, czasem znacznie bardziej poważnie.

Nie można odmówić Jossowi Whedonowi odwagi, szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę, że to właśnie w Buffy: Postrach wampirów pojawiła się pierwsza para homoseksualna na małym ekranie. Jest to jedna z tych nienachalnie przedstawionych par, która tak doskonale wtapia się w historię, że chyba nie widziałam nigdy lepiej skonstruowanego wątku homoseksualnego. Nawet, jeśli ten w Buffy kończy się tak, jak się kończy.

Posłowie części pierwszej

Jak widzicie, tekstu wyszło mi w trzy tyłki i jeszcze więcej, więc postanowiłam przerwać na tym etapie i dokończyć mój wywód o Buffy w kolejnych tekstach. A jest o czym mówić.

W związku z tym kolejną porcję ciekawostek i informacji przekażę wam za jakiś czas. I pamiętajcie, że jeśli kogoś uda mi się namówić na obejrzenie Buffy, to chętnie podyskutuję o tym serialu. Na co dzień po prostu nie mam nikogo, z kim mogłabym o tym porozmawiać.

Podsumowanie marca, czyli przebudzenie do życia

Podsumowanie marca, czyli przebudzenie do życia

W marcu jak w garncu. A u mnie kaszana. Więc niby wszystko się zgadza.
Czas poświęciłam głównie na dokończenie pomiarów do mojej pracy magisterskiej oraz opracowanie wyników (co zajęło mi cztery razy więcej czasu niż same pomiary, a wciąż mam kupkę do ogarnięcia), w związku z czym królowały u mnie seriale, które mogę oglądać, poświęcając im zaledwie ułamek mojej uwagi.

FILMY

Zgodnie z moimi założeniami na marzec, udało mi się znacznie ograniczyć ilość oglądanych filmów, dzięki czemu wieczory spędzałam z książką, serialem lub znajomymi. Filmów w marcu naliczyłam 3, więc całkiem mała liczba.

Piękna i Bestia 2017

Na Pięknej i Bestii byłam w kinie, więc z góry mogłam powiedzieć, że przynajmniej przeżycia związane z efektami i dźwiękiem będą lepsze, niż gdybym oglądała film na komputerze, czy choćby w telewizji.
Recenzja filmu Piękna i Bestia pojawiła się na blogu, więc jeśli ktoś nie czytał, serdecznie zapraszam.
Dla leniuszków małe streszczenie. W wersji kinowej miałam do wyboru jedynie wersję z dubbingiem, więc musiałam głośno westchnąć, zacisnąć zęby i obejrzeć. Zaletą dubbingu były polskie wersje piosenek śpiewanych przez bohaterów. W trailerze angielskim wyłapałam autotune albo inne polepszacze dźwięku, których zastosowanie jest tu jakoś uzasadnione, ale jednak nie powinno być wychwycone przez moje niewykształcone ucho.
Sama postać Belli wypadła słabo, co sprawiło mi ogromny zawód, bo była to moja ulubiona księżniczka Disney’a, a ta jej wersja stała mi się kompletnie obojętna.
Mimo wszystko polecam wybrać się na ten film do kina, bo jest to taka uzupełniona wersja baśni, którą już doskonale znamy.

Obłąkani (Stonehearst Asylum) 2014

Jest rok 1899. Młody lekarz, doktor Edward Newgate, przybywa do zakłady psychiatrycznego Stonehearst Asylum. Na miejscu zauważa, że coś jest na rzeczy i próbuje rozwikłać tę zagadkę. I co z tym wszystkim ma wspólnego jedna z rezydentek – Eliza Graves?
Cały film ogląda się z wrażeniem, że ma on drugie dno. Już samo przybycie młodego lekarza wywołuje poruszenie wśród kierownictwa szpitala.
Mimo że film zapowiadał się całkiem ciekawie, o czym mogła świadczyć już pierwsza scena, w której choroba młodej kobiety była pokazana gronu przyszłych psychiatrów, całość oceniłam jednym wielkim: meh. Nie pomogła zabawa światłem, ani psychologiczne gierki bohaterów między sobą i samego filmu z widzem. Jedyne, za co mogę pochwalić ten film, to gra aktorska i obsadzenie Jima Sturgessa oraz Kate Beckinsale w głównych rolach młodego lekarza i pięknej pacjentki.
Obłąkani opierają się o dwa motywy: tajemnicę i element zaskoczenia. Problem w tym, że tutaj to połączenie nie gra, a film jest nudny i, choć odrobinę nieprzewidywalny, ciemny. Coś dla miłośników klimatu tortur psychiatrycznych i dawnych metod leczenia.
Obejrzenie Obłąkanych nie było kompletną stratą czasu, bo pierwsza połowa była mocno wciągająca i odkrywanie tajemnicy dziwnego zachowania kierownictwa szpitala było całkiem dobrą zabawą. Problem był w drugiej połowie, bo ta była ciężko strawna.

Postrach nocy 2011

Po Postrach nocy sięgnęłam ze względu na grającego tam Davida Tennanta, którego to ubóstwiam. Okazało się, że przeceniłam jednak swoje siły w oglądaniu wampirów na ekranie i moja tolerancja nadal pozostaje przy Buffy: Postrach wampirów (serialu, oczywiście) oraz kilku innych nieco starszych produkcjach.
W małym, idealnym miasteczku na środku pustyni zaczynają znikać ludzie. Wśród zaginionych znajduje się dawny przyjaciel Charley’go (Anton Yelchin), który za sprawą innego przyjaciela zaczyna odkrywać prawdę o swoim nowym sąsiedzie.
Na Filmwebie Postrach nocy znajduje się w kategorii Horror i Komedia, co poniekąd jest prawidłowe, ale sama zaliczyłabym go do grona subtelnej parodii horrorów z wampirami. Pod niektórymi względami jest nieco lepszy od taśmowo produkowanych filmów o wampirach z okresu szału „zmierzchowego”, ale nabija się z nich w sposób bardziej wyszukany niż niesławne Wampiry i świry. Na szczęście brakuje tu wszelkiego zamieniania genitaliów na kule stroboskopowe (co w Wampirach i świrach sprawiło, że natychmiast wyłączyłam telewizor). Film też nie aspiruje do miana nadzwyczajnej produkcji poziomu Nosferatu wampira. Raczej płynie po resztkach popularności Zmierzchu nawiązując do tematyki i próbując narzucić własny klimat, aby mimo wszystko się wyróżniać.
Jest to film, po którym mój stosunek do wampirów może uratować wyłącznie dzielna Buffy.

SERIALE

Seria niefortunnych zdarzeń

Poszłam za falą popularności i obejrzałam pierwszy sezon Serii niefortunnych zdarzeń, czyli serialu, w którym rządzą nieszczęścia i siły wyższe. I jesteśmy o tym ostrzeżeni już w pierwszych minutach otwierającego odcinka.
Pierwszy sezon Serii niefortunnych zdarzeń zawiera historię z czterech pierwszych tomów książkowej serii o tym samym tytule napisanej przez Lemony’ego Snicketa (postać fikcyjna będąca chyba integralnym bohaterem serii, a w rzeczywistości autorem jest Daniel Handler).
Jest to jeden z ciekawszych i fabularnie bardziej oryginalnych seriali, jakie ostatnio oglądałam. W dodatku muzyka dopełnia klimatycznie odpowiednie scen, a obsada została dobrana wspaniale, więc wielkie brawa dla osoby odpowiedzialnej za ten element serialu.
Trójka rodzeństwa Baudelaire, Wioletka, Klaus oraz Słoneczko, traci rodziców oraz dom w strasznym pożarze. Odtąd zaczyna ich prześladować ciągły pech, od którego nie potrafią uciec, tak jak przed swoim okropnym wujkiem, hrabią Olafem, chcącym zdobyć fortunę trójki.
W serialu pojawia się postać Lemony’ego Snicketa, który zapowiada nadchodzące wydarzenia, zarysowuje historię i ostrzega na każdym kroku, że losy rodzeństwa Baudelaire zmierzają w złym kierunku i nie powinniśmy oczekiwać nic dobrego. Dodatkowo jest to niezła gratka, jeśli ogląda się serial w oryginale, bo język jest bardzo prosty i bohaterowie w charakterystyczny sposób tłumaczą niektóre słowa i zwroty – można się sporo nauczyć.

Broadchurch sezon 1

I tym razem serial znany trochę mniej. Głównie dlatego, że jest on produkcji brytyjskiej.
W małym miasteczku, Broadchurch, na plaży zostaje znalezione ciało chłopca. Tajemnicza śmierć wstrząsa społecznością, a śledztwo odkrywa nie tylko tajemnice chłopca, ale także jego rodziny i całej nadmorskiej miejscowości. Czy to ktoś bliski zabił Danny’ego Latimera?
W głównych rolach policjantów zajmujących się morderstwem obsadzono Davida Tennanta (co w dużym stopniu skłoniło mnie do obejrzenia pierwszego sezonu) oraz Olivię Colman. Jest to dziwnie pasujący duet z dynamiczną relacją, którą śledzimy już od pierwszego odcinka. W pierwszym sezonie pojawiło się sporo znajomych twarzy z mojego ulubionego serialu Doctor Who.

Przez cały sezon można delektować się klimatem małego nadmorskiego brytyjskiego miasteczka i, podobnie jak mieszkańcy, powoli odkrywać brzydkie tajemnice. Mało tam wartkiej akcji, więc docenią go miłośnicy spokoju i morskich fal.
Cechą charakterystyczną jest też bardzo naturalna gra aktorska. Nie ma tu tej specyficznej modulacji głosem, a emocje są bardzo żywe, takie, że można je niemal przenieść do rzeczywistości. Wiele scen pozbawione jest tła w postaci muzyki, zastępuje je szum fal, piski mew lub rozmowy bohaterów, przez co cały ten sezon wydaje się kopią rzeczywistości. Bardzo brutalną, ale jednak kopią.
Przez powyższe cechy nie jest to serial dla każdego. Wydaje mi się jednak, że w momencie, kiedy nasze życie pędzi, warto zwolnić na przykład za sprawą serialu takiego jak Broadchurch. Nawet jeśli opiera się on na morderstwie dziecka.

Riverdale

W marcu moją uwagę przyciągnął serial, który następnie spodobał mi się z niewyjaśnionych dotąd przyczyn. Raczej unikam produkcji, w których wszystko opiera się o to, że każdy z każdym, czyli dram. Nie interesują mnie one i niepotrzebnie komplikują relacje między bohaterami.
Z bohaterami Riverdale miałam okazję spotkać się już kilka lat temu, kiedy fascynowały mnie zjawiska nadprzyrodzone i również seriale o tej tematyce. Wtedy trafiłam na Archie’s weird mysteries, czyli kreskówkę z tymi samymi bohaterami, ale fabularnie całkiem inna historią niż w Riverdale.
W Riverdale, małym amerykańskim miasteczku, ginie nastolatek Jason Blossom. Ostatnią osobą, która go widziała, była jego siostra bliźniaczka, Cheryl (Madelaine Petsch). Zaginięcie nastolatka jest wymówką, aby pokazać, jak bardzo Riverdale jest zepsute od środka.
Riverdale jest połączeniem współczesnego Twin Peaks z karykaturalnym komiksem i całą masą relacji międzyludzkich. Postaci mają bardzo wyeksponowane pewne cechy, ale przez ich skorupki przebijają się marzenia, wady i demony z przeszłości, przez co komiksowość jest nieco przytłumiona, ale na pewno nie nieobecna. Nie wiem, komu mogłabym polecić ten serial, bo ja sama zaczęłam oglądać go z przypadku i wciągnęłam się, choć raczej daleko mu do produkcji, które zazwyczaj oglądam. Po prostu trzeba spróbować samemu.

Buffy: Postrach wampirów sezon 6

W marcu sięgnęłam też po serial, który dobrze znam i uwielbiam. A konkretnie po 6. sezon Buffy: Postrach wampirów.
W 6. sezonie Buffy musi poradzić sobie z masą problemów wynikających z tego, co stało się wcześniej. Inni bohaterowie również zmagają się z konsekwencjami swoich działań. W efekcie oglądamy niezwykle mroczne i głęboko psychologiczne odcinki. A zło czasem kryje się w nas samych.
Mówiąc o Buffy, nie mam pojęcia od czego zacząć, więc pozwólcie, że poświęcę temu serialowi cały wpis.
Jeśli znudziły was współczesne produkcje, warto sięgnąć po klasykę z lat 90., w tym takie seriale, jak Z archiwum X, Buffy: Postrach wampirów, Miasteczko Twin Peaks i wiele innych. Są one doskonałym odpoczynkiem od dość męczących (czasami) historii, którymi karmią nas stacje telewizyjne i różne „netflixy”.

KSIĄŻKI

Przykry początek. Seria niefortunnych zdarzeń – Lemony Snicket – Daniel Handler

Trochę przykro mi to mówić, ale pierwszy tom Serii niefortunnych zdarzeń nie przypadł mi do gustu. Po tak szeroko rozsławionej ostatnio serii spodziewałam się czegoś… bardziej przystosowanego do osób powiedzmy dorosłych.
Rodzeństwo Baudelaire znajduje się w dość nieciekawe sytuacji po śmierci rodziców. Wioletka, Klaus i Słoneczko wpadają w niekończący się ciąg nieszczęść. Czy uda im się uciec od chciwego wujka, hrabiego Olafa?
Po specyficznym języku książki od razu można zauważyć, że autor kieruje ją do dzieci. I w przypadku grupy docelowej można skorzystać z ładnej składni oraz wtrąceniami, które tłumaczą słowa używane przez narratora albo kogoś z dorosłych bohaterów.
Dla dzieci i młodszej młodzieży – jak najbardziej. Dla starszej młodzieży i dorosłych – raczej nie.

Złoty kompas – Philip Pullman

Kilka lat temu oglądałam film Złoty kompas i wiem, że nie przypadł mi on do gustu. Sama fabuła zapowiadała się w porządku, wręcz dobra, ale wykonanie zmusiło mnie do ziewania. Zaintrygowana samą historią, sięgnęłam po pierwszy tom trylogii Mrocznych materii Philipa Pullmana.
Nastoletnia Lyra rusza w podróż życia, aby uratować swojego przyjaciela Rogera z rąk tajemniczych Grobali. Kim oni są i dlaczego porywają dzieci? I jaką rolę w tym wszystkim ma piękna pani Coulter?
Nie przepadam za fantastyką, bo przeważnie mam ogromny problem z odnalezieniem się w świecie, który stanowi tło powieści. Tym razem jednak dałam się pozytywnie zaskoczyć i po kilkudziesięciu bardzo ciężkich stronach wciągnęłam się w fabułę i niesamowicie skonstruowane tło powieści. Tajemnicze postaci, pancerne niedźwiedzie i dajmony to tylko niektóre z elementów świata Lyry. Złoty kompas okazuje się być dość nadzwyczajnym urządzeniem, zorza polarna nie tylko pięknym zjawiskiem, a ludzie nie tym, za kogo się podają.
Jeśli ktoś szuka czegoś fantastycznego (w obu tego słowa znaczeniach), może dać szansę Złotemu kompasowi, a może i całej trylogii.
Nie mogę tu pominąć jednej z postaci, a mianowicie złotej małpy, która przewijała się przez cały tom i wywoływał uśmiech na ustach Zielonej Małpy.

Kasacja – Remigiusz Mróz

Szanowni Państwo – w końcu przeczytałam pierwszy tom serii o Joannie Chyłce. W końcu, bo książka czyhała na mnie już od ponad roku, a ja czyhałam na nią. No i w końcu obje nie wytrzymałyśmy.
Adwokat Joanna Chyłka zajmuje się klientem, który rzekomo zamordował dwoje ludzi, a następnie przesiedział 10 dni w swoim mieszkaniu… z trupami. Dołącza do niej aplikant Kordian Oryński i szybko zyskuje sobie ksywę Zordon. Co stało się tak naprawdę? I jak Chyłka wybroni swojego klienta? I na koniec – jak ułoży się współpraca między mięsożerną kobietą-maszyną a rybożernym mężczyzną?
Większość serię o Chyłce zna, tak samo jak twórczość Remigiusza Mroza, więc nie wiem, co tu dużo mówić. Wyczuwa się tu rękę tego młodego pisarza, przez co powieść czyta się szybko i od pierwszej strony można wciągnąć się w fabułę pełną zwrotów. Kasacja wielokrotnie zaskakuje, przyprawia o dreszcze i strach, oraz burzy nasze wyobrażenie o świecie prawniczym oraz postaciach przedstawionych na kartkach powieści. Nie jest to arcydzieło polskiej literatury, ale zdecydowanie zasługuje na miano bestsellera. Bohaterowie wykorzystują dobra współczesnej technologii i mają takie wady, jak ja i ty. I kilka innych też.
Myślę, że po kolejne tomy również sięgnę, ale nie czuję potrzeby, aby wciągać je od razu i jedną za drugą.

A poniżej podsumowanie czytelnicze w formie filmu. Jeśli ktoś jeszcze nie subskrybuje mnie na YouTube, to serdecznie do tego zachęcam.

PODSUMOWANIE PODSUMOWANIA

Udało mi się spełnić założenia na marzec, czyli obejrzeć trochę więcej seriali, przeczytać trochę więcej książek i ograniczyć filmy. Przy moim obecnie dość ograniczonym czasie 3 filmy, 4 seriale i 3 filmy to zdecydowanie zadowalający wynik i jeśli utrzymam go w kwietniu, to będę z siebie dumna. A zapowiada się, że przeczytam trochę więcej książek, ale to jak zwykle wyjdzie w praniu.

Pochwalcie się, co takiego wy oglądaliście i czytaliście w marcu.

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa