Miesiąc: Marzec 2017

Piękna i Bestia, czyli Disney w realu

Piękna i Bestia, czyli Disney w realu

Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że pójdę do kina na Piękną i Bestię, bo nie jestem wielką fanką przenoszenia dobrze znanych mi już filmów animowanych, którymi zachwycałam się w dzieciństwie. Mam zawsze obawy, że nowsza, lepsza wersja wcale nie będzie lepsza. Jednak postanowiłam dać szansę Belli, bo to ona jest moją ulubioną księżniczką w pałacu Walta Disneya.

piękna i bestia recenzja disney film emma watson

Jak to zwykle u mnie bywa, starałam się unikać wszelkich informacji na temat samego filmu. Wiedziałam więc tylko, że rolę Belli zagra Emma Watson, znana oczywiście z adaptacji serii o Harrym Potterze i kilku nieco mniej rozdmuchanych filmów. Ogólnie opinia na temat obsadzenia tej roli jest dość podzielona. Jedni podniecają się Emmą, inni twierdzą, że kompletnie nie pasuje ona na tę księżniczkę. Jakie jest moje zdanie? Po obejrzeniu filmu skłaniam się ku drugiej z wymienionych opinii.
Z wszystkich postaci, które w Pięknej i Bestii się pojawiły, Bella była najbardziej nijaka. I to mnie dość mocno zasmuciło, bo to z tą miłośniczką książek i jej odmiennością zawsze się utożsamiałam. Dodatkowo duet Belli i Bestii był kompletnie pozbawiony jakiejkolwiek chemii. Nie wiem, czy to wina któregoś z aktorów, czy sposobu przedstawienia ich na ekranie, w każdym razie ich relacja to coś, obok czego można przejść obojętnie.
Najlepiej wykreowane postaci to przede wszystkim ludzie z pałacu Bestii, zaklęci w meble i zastawę. W ich przypadku kompletnie nie przeszkadzał mi dubbing, który w przypadku Belli odbierał jej resztki charakteru. A właśnie! Dubbing! Nie był on najgorszy, bo większość postaci miała dobrze dopasowane głosy. Jednak głos Belli nie dość, że nie pasował mi do postaci, to miał przedziwną modulację, która wyrywała ją z ekranu. Za to za ogromną zaletę uważa przetłumaczenie piosenek z filmu na język polski. W oryginale Emma Watson nie śpiewa najlepiej, w trailerze rzuca się w uszy potworny autotune, czy cokolwiek, czego użyto do korekcji głosu Belli. W polskiej wersji na szczęście brakuje widocznych poprawek.
Nie sposób nie wspomnieć czegoś o Bestii, bo ta postać została udoskonalona przez efekty specjalne i, moim skromnym zdaniem, zrobiono tu kawał dobrej roboty, czego raczej nie dałoby się osiągnąć samą charakteryzacją. Wszelkie argumenty przeciwko wyglądowi Bestii oddalam. W dodatku Piękna i Bestia nie była scenę w scenę przełożona z filmu z 1991 roku, ale dodano dosłownie kilka małych momentów, sprawiających, że cały film nieco się pogłębił bez popadania w depresję. Takie kosmetyczne zmiany sprawdziły się tu doskonale. Tak jak Dan Stevens w roli Bestii.
Inni aktorzy, których postaci wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie, to Luke Evans (jako Gaston) i Kevin Kline (jako ojciec Belli). Nie wiem, czy jakikolwiek inny aktor mógłby tak doskonale i okrutnie odwzorować adoratora Belli. W jego mimice można  dostrzec wyciekający narcyzm i ślady bezwzględności. Z pewnością tego aktora będę kojarzyć właśnie z tą rolą jeszcze długo.
Jestem ogólnie zarówno zachwycona, jak i zawiedziona tą adaptacją. Z pewnością dobranie innej, może odrobinę mniej znanej aktorki, do roli Belli, pozbawiłoby mnie tego uczucia niedosytu. Ładna buźka to niestety nie wszystko. Mimo to polecam wybrać się do kina i obejrzeć Piękną i Bestię. Choćby przez wizualną część zdecydowanie warto. I oczywiście piosenki.

Timeless, czyli namieszajmy trochę w historii

Timeless, czyli namieszajmy trochę w historii

Kilka miesięcy temu, podczas przeglądania zapowiedzi seriali na jesień, moją uwagę zwróciły głównie dwie pozycje: Timeless i Westworld, który ostatecznie nie zwalił mnie z nóg. O Westworld słyszał chyba każdy, nawet go zaczęłam oglądać z ciekawości, natomiast o Timeless poza tym jednym wpisem na jakimś blogu (zabijcie, ale nie pamiętam, na czyim – już wiem, był to blog Okiem Fana). Mój mały wewnętrzny geek uznał, że podróże w czasie to doskonały motyw w serialu… i dlatego włączyłam pierwszy odcinek kilka miesięcy później.

Fabuła

W Stanach Zjednoczonych działa firma, która skonstruowała wehikuł czasu. Pewnego dnia profesor historii – Lucy Preston (Abigail Spencer) oraz żołnierz – Wyatt Logan (Matt Latner) zostają wezwani, aby dołączyć do naukowca (pilota wehikułu) Rufusa Carlina (Malcolm Barrett) i na przestrzeni historii ścigać człowieka, który włamał się do firmy i podwędził jeden z wehikułów wraz z pilotem. Oczywiście porywacz Garcia Flynn miesza trochę w historii i celem „czasowego trio” jest powstrzymanie go przed dalszymi działaniami, sprowadzenie go do teraźniejszości i przede wszystkim odzyskanie maszyny.
Do tego momentu fabuła wydaje się nieco nudnawa, może trochę sztampowa, oklepana, w ogóle nie innowacyjna i z tym muszę się zgodzić. Jednak w tle pojawiają się wątki związane z mieszaniem w przeszłości oraz jakaś tajemnicza organizacja, która prawdopodobnie macza w tym wszystkim palce. Już w pierwszym odcinku siostra głównej bohaterki przestaje istnieć, co sprawia, że Lucy sporo dowiaduje się o sobie i swoim pochodzeniu.

Bohaterowie

Mamy tu trójkę głównych bohaterów. Kobietę i dwóch mężczyzn. Jeden z mężczyzn jest czarnoskóry, co w czasie podróży w czasie do przeszłości, kiedy to przedstawiciele tej rasy nie mieli jeszcze praw, a nawet wykorzystywani byli jako niewolnicy, prowadziło do różnych niekomfortowych sytuacji. Mimo wszystko zbyt mało niekomfortowych, jak na ówczesne warunki.
Jeśli mamy kobietę i mężczyznę, to musi być też jakiś wątek miłosny i takiego tu też nie zabrakło. Aczkolwiek nie jest on w żadnym stopniu dominujący i uważam, że akurat z tymi aktorami sprawdza się on całkiem dobrze (biorąc też pod uwagę historię serialowych bohaterów).
Oczywiście mamy tu też bohaterów złych, a właściwie nie do końca dobrych. Sztuczką jest odgadnięcie motywów Flynna i zrozumienie, dlaczego tak bardzo zależy mu na zmianie niektórych fragmentów historii. Zdecydowanie nie jest on bohaterem czarno-białym.
W Timeless występuje też bohater zbiorowy w postaci organizacji Rittenhouse. Nie będę zdradzać zbyt wiele, aby nie psuć nikomu zabawy z potencjalnego oglądania serialu. Nie do końca zrozumiałam cel tej grupy, więc mam nadzieję, że powstanie kolejny sezon i będzie okazja, aby rozszerzyć ten wątek.

Podróże w czasie

Jak to na serial o podróżach w czasie przystało, w świecie Timeless istnieją pewne zasady regulujące, co jest możliwe, a co nie. Można cofnąć się w czasie tylko w takie momenty, kiedy się nie istnieje. Czyli, mówiąc inaczej, nie można być w danej chwili w dwóch egzemplarzach. To jest o tyle istotne, że utrudnia Wyattowi naprawić pewne wydarzenie, które miało miejsce już za jego życia.
Rzucił mi się w oczy brak konsekwencji. Raz zmiana historii zmiotła z powierzchni Ziemi siostrę głównej bohaterki, a innym razem znacznie większa zmiana nie miała praktycznie żadnego wpływu na teraźniejszość.
Momenty w czasie i miejsca, w jakie cofali się bohaterowie, zawsze były tak dobrane, aby spotkali oni jakąś znaną postać historyczną. I właśnie te realne osoby dodały wizytom w przeszłości smaczku. Szczególnie doceniłam pojawienie się Iana Fleminga, autora książek o ulubionych agencie wszystkich kobiet – Jamesie Bondzie.

Ogólna ocena

Serial Timeless nie jest niczym nowym i innowacyjnym. Został nagrany w starym stylu, który powoli odchodzi w zapomnienie, czyli według konwencji story of the week, gdzie każdy odcinek jest odrębną historią, a tło i główni bohaterowie są elementem łączącymi te pojedyncze elementy w całość. Dziesięć lat temu prawdopodobnie odbiłby się większym echem w telewizji.
Mimo wszystko, Timeless to serial na przyzwoitym poziomie. Zadbano o stroje, aktorów i scenografię. Również wątek tajemniczej organizacji, przewijający się w odcinkach, sprawia, że ogólna ocena skacze nieco w górę. Nie jest to serial, który koniecznie trzeba obejrzeć, ale jeśli szukacie czegoś, co możecie przerwać w dowolnym momencie i po prostu biernie oglądać, może się wam spodobać. A ostatnie minuty finału zdołały mnie tak zaskoczyć, że rąbnęłam się z pełnym impetem w piętę (krzesłem).

Podsumowanie lutego (i trochę stycznia)

Podsumowanie lutego (i trochę stycznia)

Ponieważ podsumowanie kulturalne stycznia kompletnie wyleciało mi z głowy, a w lutym obejrzałam naprawdę sporo, stwierdziłam, że nie będę pisała o wszystkim. Mimo to zapraszam na wpis, w którym dzielę się moimi kulturalnymi doświadczeniami z ostatnich tygodni.

Styczeń rozpoczęłam od mocnego przeziębienia, które uniemożliwiło mi huczne obchodzenie wejścia w Nowy Rok. W związku z tym te kilka dni spędziłam głównie na oglądaniu filmów.

STYCZEŃ

W głowie się nie mieści 2015

Jednym z pierwszych filmów (niekoniecznie pierwszym, bo szczerze nie pamiętam wszystkiego) w roku 2017. był W głowie się nie mieści Pixara.
Jest to jeden z tych filmów, które na długo zostają w pamięci. Wspaniała historia o dojrzewaniu i zmianach z nim związanych. Nie da się zaprzeczyć, że to film pełen emocji (dosłownie i w przenośni), opowiadający o Riley, nastolatce, której życie odwraca się do góry nogami, kiedy jej rodzice muszą się przeprowadzić z idyllicznego miasteczka do przerażającego miasta.
Wokół W głowie się nie mieści powstało wiele teorii, które polecam poszukać choćby na YouTube. Podziwiam osoby, które na tyle zagłębiają się w film, że potrafią dorobić każdemu elementowi dodatkowe znaczenie.
Polecam W głowie się nie mieści na jakiś wolny wieczór, kiedy chcemy się pośmiać i płakać jednocześnie.

Cast Away – poza światem 2000

Jak się przekonacie, ostatnie dwa miesiące upłynęły mi pod znakiem Toma Hanksa, którego uwielbiam w roli Forresta Gumpa. Nigdy nie widziałam Cast Away, więc uznałam, że to dobry moment, aby nadrobić zaległości i zobaczyć, jak radzić sobie na bezludnej wyspie.
Przygody Robinsona Crusoe zawsze fascynowały wielu. Nie dziwię się więc, że Robert Zemeckis zainspirował się tą historią i stworzył film, który z pewnością kojarzy większość. Kiedy Chuck Noland, pracownik firmy kurierskiej, w wyniku katastrofy lotniczej trafia na bezludną wyspę, gdzie zostaje kompletnie odcięty od świata i od dóbr cywilizacyjnych. I jedyne, co musi zrobić, to przetrwać.
Jest to film spokojny, ale nie nudny, pełen Toma Hanksa, który niemal w pojedynkę unosi całą akcję. I nie wszystko kończy się dobrze.

Rekinado 2013

W styczniu miałam też okazję obejrzeć prawdopodobnie najgorszy film, jaki kiedykolwiek dotarł do mojej świadomości. A jest to Rekinado.
Okropne efekty specjalne, kompletnie nielogiczna fabuła, pełno błędów i zakończenie godne opowiadania w podstawówce. Myślałam, że będę się śmiała, a tylko uśmiechałam się z zażenowaniem. Absolutnie nie polecam Rekinada. (Kto wpadł na te pomysł?)

Siódme wtajemniczenie – Edmund Niziurski

W styczniu przeczytałam zaledwie jedną książkę, drugą zaczęłam, ale większość przypadła na luty, więc o niej za chwilę. Siódme wtajemniczenie było dla mnie powrotem do dzieciństwa, przez który w lutym przeżyłam małe załamanie na samopoczuciu.
Na blogu pojawiła się recenzja tej powieści.
Jeśli ktoś nie czytała i nie ma na to ochoty, w skrócie powiem, że to kompletnie pokręcona historia chłopaka, który zarazem chciał i nie chciał przynależeć.

Miasteczko Twin Peaks

Podobnie jak w przypadku książek, seriale też nie królowały u mnie w styczniu. Zdążyłam obejrzeć zaledwie pierwszy sezon Miasteczka Twin Peaks oraz dokończyć Częstotliwość.
O Twin Peaks nie muszę chyba dużo mówić. Klasyka, która jeszcze nie zdążyła się zestarzeć. W maju serial powraca po ponad dwudziestu latach, odświeżyłam więc stare odcinki, aby nie przegapić żadnych odwołań.

LUTY

Luty zasadniczo był dla mnie smutnym miesiącem. Miesiącem, w którym też panowały filmy. Nie udało mi się zapisać wszystkich, ale naliczyłam 12. Książki przeczytałam 3, a z seriali oglądałam jeden, do którego się nie przyznam i dwa, które mnie w ogóle nie wciągnęły.

Terminal 2004

Terminal z Tomem Hanksem w roli głównej obejrzałam z polecenia mojej drugiej połówki. Spodziewałam się romansu na ciekawym tle i z odrobiną humoru. Otrzymałam bardzo dobry film z idealną dawką humoru sytuacyjnego i bardzo wyważonym wątkiem romantycznym.
Viktor Navorski (Tom Hanks) jest turystą z pewnego europejskiego kraju. Przylatuje do Stanów Zjednoczonych, ale okazuje się, że w jego kraju wybucha wojna i przestaje on istnieć. W tej sytuacji Navorski staje się człowiekiem bez obywatelstwa i nie może opuścić terenu lotniska. Zagubiony turysta, który nie umie nawet zdania po angielsku, próbuje odnaleźć się w tym obcym świecie i rozwiązać problem z ograniczeniem, jakie mu narzucono. I poznaje piękną kobietę (Catherine Zeta-Jones).
Tom Hanks doskonale sprawdził się w roli obcokrajowca. Wyraźnie wyróżniał się na tle innych postaci, które w Stanach przebywały już dłużej. Polubiłam też Stanleya Tucci w roli urzędnika utrudniającego życie krakozhianinowi. Odrobinę humoru filmowi dodały postaci Gupty (Kumar Pallana) oraz Enrique (Diego Luna). Oderwani od amerykańskiej kultury pracownicy lotniska rzucali tak wspaniałymi tekstami, że wybuchałam śmiechem. A normalnie bawią mnie tylko śmieszne zwierzęta na YouTube. Jeśli macie ochotę na uroczy film z łagodnym wątkiem miłosnym i z doskonale wykreowanym humorem sytuacyjnym, z pewnością spodoba się wam Terminal.

Ukojenie 2015

Kiedy pewnego wieczoru naszła mnie ochota na thriller, wybór w końcu padł na Ukojenie z Anthonym Hopkinsem w roli głównej. Opis na Filmwebie jest dość skromny i absolutnie nie oddaje filmu.
Dwoje agentów trafiają na trop seryjnego zabójcy i nie do końca potrafią poradzić sobie z tą sprawą. Agent Joe Merriweather (Jeffrey Dean Morgan) kontaktuje się z Johnem Clancy, który posiada pewne zdolności nadprzyrodzone. Ma nadzieję, że stary znajomy pomoże odnaleźć zabójcę. W duecie z Katherine Cowles (Abbie Cornish) (wyjątkowo irytująca postać) prowadzą śledztwo, które prowadzi Johna do pewnego ważnego dylematu moralnego.
W Ukojeniu fabuła wcale nie jest najważniejsza. Nie jest nawet specjalnie wciągająca. Jednak to, czego dowiadujemy się o seryjnym mordercy i jego ofiarach burzy nam jego wizję. Bo nie wszystko jest czarno-białe, a niektórych decyzji po prostu nie da się podjąć łatwo.
Podsumowując – sam film jest przeciętny mimo udziały Anthony’ego Hopkinsa, natomiast zdecydowanie zmusza on do myślenia i to jest jego największa zaleta. Coś dla miłośników psychologii.

Sully 2016

Pisałam już, że ostatnio wciąż trafiałam na filmy z Tomem Hanksem, pozwólcie więc, że opiszę wam trzeci, a za chwilę czwarty, bo jak się okazuje, na początku źle przekalkulowałam sytuację.
Każdy chyba słyszał o awaryjnym lądowaniu samolotu na rzece Hudson i pilocie, który musiał zrezygnować z pracy, bo pasażerowie koniecznie chcieli witać się z nim osobiście. To jest film właśnie o nim. Dowiadujemy się co nieco o pracy pilota i samym wydarzeniu. Przede wszystkim jednak poznajemy Chesleya „Sully’ego” Sullenbergera i konsekwencje awaryjnego lądowania. Wszystko zostało okraszone wspaniałą grą Toma Hanksa, choć bardzo nie spodobała mi się jego charakteryzacja. Dziwaczne białe włosy dały mu karykaturalny wygląd.
Uważam, że Sully to powiew świeżości wśród ostatnich dzieł kinematografii, które skupiają się głównie na trudnych społecznych problemach, romansach lub superbohaterach.

Inferno 2016

Czwartym filmem z Tomem Hanksem w roli głównej jest Inferno. Niestety nie miałam okazji czytać powieści na podstawie której powstał film. Być może wtedy odebrałabym go jeszcze trochę gorzej.
Powieści Dana Browna były przez krótki czas moimi ulubionymi. Przygody Roberta Langdona jednak szybko mi się znudziły i przeniosłam uwagę na inne książki. Mimo to czuję wciąż pewne przywiązanie do zagadek, jakie w tych historiach spotkałam. Dlatego też zdecydowałam się obejrzeć Inferno.
Muszę przyznać, że dość mocno się zawiodłam, tak jak z resztą kiedyś na Aniołach i demonach. Zbyt mało zagadek, a zbyt dużo akcji niezwiązanej z żadnymi tajemniczymi symbolami. Zwróciłam też uwagę na to, jak kolor włosów może wpłynąć na ocenę wieku bohatera (w porównaniu do roli Hanksa w Sullym).

Ziarno Prawdy 2015

O Ziarnie Prawdy pisałam już na blogu w lutym przy okazji recenzji książki, na podstawie której powstał film. Jest to kryminał, gdzie prokurator Teodor Szacki zostaje przypisany do sprawy morderstwa pewnej mieszkanki Sandomierza. Film, jak na polską produkcję, jest co najmniej w porządku. Irytowały mnie w nim tylko niewyraźne dialogi i kompletne popsucie postaci, która w książce była jedną z ciekawszych. Nie jest to film, który koniecznie trzeba obejrzeć, ale też absolutnie nie odradzam. Prosta historia pewnego morderstwa z wątkiem żydowskim.

Tyle już napisałam, a końca nie widać!

Plan doskonały 2006

Plan doskonały przypomniał mi czasy, kiedy dość mocno fangirlowałam na punkcie Denzela Washingtona. Do dziś lubię tego aktora, ale z typowego szaleństwa na jego widok zdążyłam wyrosnąć a Deja vu wciąż jest jednym z moich ulubionych filmów. Plan doskonały opowiada o napadzie na bank i negocjatorze, który próbuje swoich sił w uratowaniu zakładników.
Denzel Washington wcielił się w główną rolę detektywa Keitha Fraziera, a u jego boku zagrała Jodie Foster (Madeleine White – tajemnicza wpływowa kobieta, która próbuje działać niezależnie od policji). Film odsłania trochę świata bogaczy oraz chwilami nielogicznego działania przestępców. W trakcie akcji można próbować samemu wpaść na motywy, albo po prostu biernie obserwować działania.

Cena honoru 2002

Cenę honoru obejrzałam za namową mamy mojej drugiej połówki. Sama nie przepadam za filmami historycznymi, bo trudno przesiewa mi się fabułę przez sito prawdy. Historia nigdy nie była moim ulubionym przedmiotem w szkole, dlatego znam ledwie urywki, które z różnych powodów mnie trochę zainteresowały. Oglądanie filmów historycznych uważam za nieco niebezpieczne, ponieważ często naginają one rzeczywistość na własne potrzeby i bez wstępnej wiedzy historycznej można nasiąknąć niepoprawną wiedzą (choć patrząc na to z drugiej strony – nic z przeszłości nie jest pewne, najwyżej bardziej prawdopodobne niż inna wersja).
Jest rok 1884 i Harry Faversham (Heath Ledger), brytyjski oficer, zaczyna sobie zdawać sprawę, że wojna to niekoniecznie coś, w czym chce uczestniczyć. Rezygnuje więc ze służby i zostaje uznany przez swoich kolegów i narzeczoną (Kate Hudson) za tchórza. Od każdego z nich dostaje białe pióro, będące symbolem tchórzostwa. Kiedy dowiaduje się o problemach pułku (?) na froncie, rusza w podróż, aby pomóc przyjaciołom.
Cena honoru jest wzruszającą historią o przyjaźni i poświęceniu, ale również o wojnie, która z różnego punktu widzenia wygląda inaczej. Jedyna uwaga to rola Kate Hudson – postać Ethne – działała mi na nerwy i chciałam ją wyciąć z filmu, aby podnieść jego wartość.

8 części prawdy 2008

8 części prawdy nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak się spodziewałam.
Sama fabuła zapowiadała się co najmniej intrygująco, bo zawierała w sobie zamach i osiem punktów widzenia. Pierwsze 15 minut filmu oglądałam z wypiekami na twarzy, bo akcja zaczęła się praktycznie od razu. Prezydent USA, podczas publicznego wystąpienia w Salamance, zostaje zastrzelony. Całe zajście wygląda drastycznie różnie w zależności od osoby, z punktu widzenia której je obserwujemy. Powtarzalność sprawdza się w pomiarach, ale niestety kompletnie zawiodła w 8 częściach prawdy. Oglądanie w kółko krótkiego odcinka w czasie było tu niezwykle męczącym doświadczeniem i z pewnością nie zdecydowałabym się podjąć tego jeszcze raz. Zmarnowany potencjał, o zakończeniu nie wspominając.

Czas próby 2016

Nie widziałam tego filmu w całości, pominęłam kilkanaście pierwszych minut, kiedy to podczas sztormu u wybrzeży Stanów Zjednoczonych zostają zniszczone nadmorskie miasta, a statki znajdujące się na morzu wpadają w nie lada tarapaty. Wśród nich jest tankowiec Pendleton, który zostaje rozerwany na pół i 30 osób znajduje się w niebezpieczeństwie wiele mil od najbliższego lądu.
Bernie Webber (Chris Pine) rusza wraz z małą ekipą na ratunek małą łodzią. Oczywiście dużo rzeczy idzie nie po myśli ratowników, załogi złamanego tankowca oraz ludzi na lądzie. Sprzęt nawala, pojawiają się problemy w postaci kłótni i wychodzą na jaw grzechy przeszłości.
Myślę, że to całkiem ciekawy film, jedynie doczepiłabym się efektów samego morza, a konkretnie dziwacznego oświetlenia, które sprawiało, że cała sytuacja na morzu wyglądała sztucznie.

Więzień Labiryntu: Próby ognia 2015

Ten film oglądało się naprawdę ciężko. Pierwszą część Więźnia Labiryntu oglądałam, kiedy w kinach pojawiły się właśnie Próby ognia. Tak długa przerwa niestety objawiła się u mnie tym, że długo nie mogłam przypomnieć sobie, co stało się na końcu Więźnia. W dodatku druga część w ogóle nie przypominała pierwszej, na czym też się zawiodłam, bo miałam jakieś tam oczekiwania.
Druga część trylogii Więzień labiryntu zaczyna się niemal w tym samym momencie, co kończy się pierwsza, więc nie mogę nic na temat fabuły napisać, bo zdradziłabym niemal wszystko o Więźniu. Film pozbawiony został tajemniczości i niepewności bohaterów. Cała ta seria jest mi dość obojętna, ale chciałabym jeszcze przeczytać książki, choć po obejrzeniu Prób ognia pewnie się wstrzymam.
No i to, co zwróciło moją uwagę – grupa Streferów jest chyba najbardziej przemyślaną pod względem różnorodności grupą w jakimkolwiek filmie, jakie widziałam. Mamy tu białego, Azjatę, czarnoskórego, Hindusa i dziewczynę. Czy da się to jeszcze bardziej urozmaicić?
(I zasnęłam na ostatnich 5 minutach filmu.)

Constantine 2005

John Constantine (Keanu Reeves) to mężczyzna, który ma dar widzenia istot niewidzialnych dla oczu przeciętnych zjadaczy chleba. Dlatego, i przez obawę przed wiecznym potępieniem, walczy z siłami zła. Jest kimś pomiędzy żołnierzem a egzorcystą. Okazuje się, że w świecie, w którym mimo wszystko istnieje jakaś równowaga, coś zaczyna się walić i zapowiada się katastrofa. Równolegle Angela (Rachel Weisz) próbuje przekonać policję, że śmierć jej siostry bliźniaczki nie była samobójstwem.
Mam mieszane uczucia wobec tego filmu, ponieważ z jednej strony absolutnie zachwyciło mnie przedstawienie piekła i cała ta otoczka wokół szukania rozwiązania. W dodatku obecność Keanu w tym filmie sprawiła, że od razu pojawiło się porównanie do Adwokata diabła, o którym już kiedyś pisałam. Nie mogłam pozbyć się myśli, że Constantine mógłby być kontynuacją tego filmu w jednej z wersji (kto oglądał, może się domyśli, o co mi chodzi).

Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy 2015

Gwiezdne wojny zawsze były mi niemal obojętne. Mam nadzieję, że jeden z moich znajomych tego nie przeczyta, bo straci do mnie resztki szacunku (którego i tak pewnie nie ma, bo kto normalny szanowałby Małpę?).
Z perspektywy osoby, która pierwsze 6 filmów widziała kilka lat wcześniej w stanie upojenia alkoholowego, muszę powiedzieć, że Przebudzenie mocy nie zasłużyło na całą falę hejtu, którą kojarzę po premierze. W dodatku nie umknęły mi wtedy spoilery (prześcigano się na Kwejku, kto będzie pierwszy i kto zdradzi więcej), więc nie było tu elementu zaskoczenia.
Wykorzystano najnowsze technologie do stworzenia całkiem przyzwoitych efektów specjalnych, a fabuła była tylko trochę odgrzewana. Ogólnie film wyszedł u mnie na plus (ale bez przesady).

Przyszła kolej na seriale, które w lutym próbowały przyciągnąć moją uwagę, ale z różnym skutkiem. Przede wszystkim podjęłam decyzję, aby oglądać więcej nowych seriali i nie wracać wciąż do tych, które znam niemal na pamięć. Jednak, nie chcąc marnować czasu na oglądanie na siłę, przyjęłam zasadę, której będę się trzymać i która niemal zawsze się u mnie sprawdzała, czyli oglądam 3 odcinki i na tej podstawie decyduję, co dalej. Zdaję sobie sprawę, że po samym pilocie można ocenić wyłącznie aktorów i ewentualnie scenografię, a to, czy historia jest wciągająca, zazwyczaj można określić właśnie po trzech odcinkach.

Belle Epoque

Belle Epoque to serial produkcji polskiej, co właściwie skreśla go z listy moich zainteresowań. Mimo wszystko był on tak szeroko reklamowany, że przez wzgląd na moje postanowienie nie mogłam przejść obok niego obojętnie. I w ten sposób, gdy tylko pierwsze odcinki pojawiły się na Playerze, włączyłam je i pozwoliłam się ponieść historii.
Moje przewidywania wobec Belle Epoque niestety się sprawdziły i po trzech odcinkach nie chciałam już dalej oglądać tego serialu. To kolejny słaby polski serial z aktorami przypominającymi kłody rżnące się przy każdej okazji. A i fabuła, która w opisie co najmniej mnie zachęciła, okazała się potwornie nielogiczna.
Jest rok 1908, Kraków i owiany tajemnicą mężczyzna, który po latach powraca do rodzinnego miasta. To Jan Edigey-Korycki (Paweł Małaszyński), pan Edigey, jak to wszyscy wielokrotnie podkreślają obco brzmiące nazwisko tego jegomościa. Aż zbyt często. Chce on dowiedzieć się, co naprawdę stało się z jego matką i dlaczego i z czyich rąk zginęła. W śledztwie pomaga mu rodzeństwo Skarżyńskich (Eryk Lubos i Anna Próchniak). Powrót do rodzinnego miasta wiąże się też ze spotkaniem dawnej miłości, Konstancji (Magdalena Cielecka).
Pierwszy odcinek obejrzałam z rezerwą i przymknęłam oko na sztywność aktorów, drugi był jak kąpiel w zbyt zimnej wodzie, a trzeci – przymusową torturą. Niby nic wielkiego, ale jednak. Zastanawiam się, skąd pomysł, aby do serialu o początku XX wieku jako czołówkę wziąć piosenkę Psycho Killer zespołu Talking Heads, która jest w moim klimacie, ale ni w ząb nie pasuje do takiego serialu. Z resztą, muzyka w samych odcinkach wcale nie była dużo lepsza. Nie pasowała ani jako dopełnienie, ani jako kontrast.
A teraz pytanie – jak wyobrażacie sobie tamte czasy? Dajcie sobie sekundę na pomyślenie i odpowiedzcie sobie w głowie. Zapewniam, że nie jest to tak idealnie czysty obraz, jak w serialu. Świeżo zamiecione ulice i jakoś losowo rozrzucona słoma to, zdaniem scenarzystów, wygląd Krakowa z początku XX wieku. Pisząc to podsumowanie, zdążyłam obejrzeć pierwszy odcinek Taboo i przyznać muszę, że nasza produkcja jest mocno inspirowana tym zagranicznym serialem.

Westworld

O tym serialu chyba nie dało się nie słyszeć. Byłam bombardowana nim z każdej strony i w końcu nawet chciałam oglądać go już w listopadzie, ale życie chciało inaczej i kompletnie zapomniałam o nim (pomijając wyskakujące informacje na Facebooku).
W efekcie miałam ogromne oczekiwania wobec tego serialu i po obejrzeniu pierwszego odcinka pomyślałam, że to tylko pilot, może rzeczywiście będzie lepiej. Kiedy jednak w drugim i trzecim odcinku nadal nic nie złapało mnie za serce, a Jamesa Marsdena było tam jak na lekarstwo, stwierdziłam, że skończę przygodę z Westworld.
Nie uważam bynajmniej, że to zły serial, bo wykonanie jest doskonałe, aktorzy wybrani z przemyśleniem a o części wizualnej nawet nie wspomnę. Po prostu nie jest to serial dla mnie.

After. Płomień pod moją skórą – Anna Todd

Wszystkie inne dzieła kultury jakoś przełknęłam, nawet jeśli było w nich coś nie halo. Ale After. Płomień pod moją skórą był jak budyń – coś po prostu nie do przełknięcia.
Okropnie wykreowane postaci, zbyt krótkie, niedopracowane rozdziały, ciągła sinusoida napięcia i język tak fatalny, że każde zdanie było jak słuchanie Last Christmas w okresie świątecznym. Książka daje zły przykład, opiera się na samych stereotypach i klasycznym motywie przemiany głównego bohatera, ale tym razem na gorszą wersję siebie. Nie dałam rady doczytać do końca. Nie polecam nawet zaczynać. A szczególnie odradzam sięganie po nią nastolatkom, bo można wyrządzić sobie moralną krzywdę.

I dwa smaczki na koniec!

Ziarno Prawdy – Zygmunt Miłoszewski

O Ziarnie prawdy już pisałam. Ale poza napisaniem, również co nieco o nim powiedziałam. (Nie bijcie za bardzo.)

Pan Samochodzik i Wyspa Złoczyńców – Zbigniew Nienacki

Tę samą sytuację, co z Ziarnem prawdy, miałam też z Panem Samochodzikiem. Recenzja blogowa pojawiła się tutaj, a kilka słów na filmie.

Jeśli chodzi o kanał na YouTube, to serdecznie polecam zasubskrybowanie, bo potrzebuję odrobiny motywacji, aby działać tam dalej i powodu, aby rozluźnić się przed kamerą. W planach mam nieco bardziej dynamiczne i krótsze filmy (nie filmiki! nie znoszę tego określenia).

To na tyle, jeśli chodzi o podsumowanie dwóch pierwszych miesięcy roku 2017. Zajechałam się przy pisaniu opinii o filmach, bo część z nich kompletnie wyleciała mi z głowy i całe szczęście, że zapisywałam wszystkie tytuły w notesie. Obok samych tytułów zacznę też zapisywać odczucia, bo po takiej ilości informacji, jaką zbieram obecnie, na takie rzeczy nie ma już miejsca.

Co ciekawego mi polecacie?

Pan Samochodzik, czyli moja miłość z dziecięcych lat

Pan Samochodzik, czyli moja miłość z dziecięcych lat

Ostatnio cierpię na potrzebę czytania książek z dzieciństwa i oglądania podobnych filmów i seriali. Lubię nawet ostatnio wrócić do muzyki, której unikałam kiedyś jak ognia, a dziś wywołuje we mnie pełno wspomnień. Moje życie jest ostatnio po prostu pełne dylematów i może zaczyna do mnie docierać, że czasu nie zatrzymam, a tym bardziej nie cofnę.
pan samochodzik wyspa zloczyncow ksiazka recenzja zielona malpa

Moje pierwsze spotkanie z panem Tomaszem miało miejsce jeszcze w podstawówce. Zobaczyłam go wtedy na ekranie telewizora kineskopowego i, choć film był kiepskiej jakości, wciągnęłam się w niewiarygodną praską przygodę głównego bohatera. To, co wyróżniało nieco owianego tajemnicą pana Tomasza, był jego przedziwny samo… wehikuł (bynajmniej nie czasu). Dziś nie pamiętam już dokładnie, jak wyglądała filmowa wersja tego auta. Z pewnością było ono wyjątkowo brzydkie. Taki żywot pamięci.
Cała ta dziwna historia, która sprawiła, że zakochałam się w Pradze, zmusiła mnie do przeczytania książki o Panu Samochodziku. I wtedy przepadłam na dobre.
Pierwszym tomem opowiadającym o przygodach pana Tomasza jest Pan Samochodzik i Wyspa Złoczyńców. Tak w każdym razie podaje Wikipedia, choć będąc ostatnio w bibliotece, zauważyłam jakąś inną numerację tomów. Trudny żywot miłośnika Nienackiego. W tej części poznajemy głównego bohatera, oraz kilku harcerzy, którzy w tej serii jeszcze się pojawią. Dowiadujemy się także, w jaki sposób pan Tomasz stał się właścicielem tego cudownie okropnego, ale też cudownie cudownego pojazdu, któremu zawdzięcza swoją wdzięczną ksywę – Pan Samochodzik.
Pan Tomasz, po tym, jak już wehikuł znalazł się w jego posiadaniu, zostaje wysłany do Antoninowa, czyli małego miasteczka. Ponieważ jest on kustoszem, który ma skłonności do rozwiązywania zagadek i tajemnic, często dostaje zlecenia, aby odnaleźć pewne zaginione artefakty. Tym razem jego celem są zbiory muzealne pewnego dziedzica. Pan Tomasz, nie chcąc się ujawniać, udaje, że jest tam na wakacjach i chce po prostu odpocząć w namiocie, a w rzeczywistości obserwuje poczynania grupy antropologicznej i prowadzi własne śledztwo.
Książka jest pełna przygód, zagadek i historii. W każdym tomie przybliżone czytelnikowi zostają jakieś elementy przeszłości. Zazwyczaj są to pełne pasji wypowiedzi samego Pana Samochodzika, ale w tej wyjątkowo studentki antropologii. Niezwykle się ucieszyłam, kiedy w tych rozważaniach pojawiły się małpy i pramałpy – jak na Zieloną Małpę przystało.
Uwielbiam kreacje Zbigniewa Nienackiego – doskonale budowane napięcie i wspaniale skonstruowane postaci. A wszystko to w klimatycznym otoczeniu. Czytając ostatnio Pana Samochodzika i Wyspę Złoczyńców doceniłam to samo, co niemal 15 lat temu. Dlatego, jeśli ktoś potrzebuje się oderwać od rzeczywistości i pragnie na kartkach powieści przeżyć wspaniałą przygodę przeplataną ciekawą historią, warto wziąć pod uwagę serię o Panu Samochodziku. Tym bardziej, że to opowieść na 12 (i więcej – bo po śmierci Nienackiego seria jest kontynuowana przez innych pisarzy) tomów. I sięgnąć można po dowolny.

Jeśli macie podobnych ulubieńców z dzieciństwa – koniecznie się nimi podzielcie. Trochę sentymentu nie zaszkodzi.

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa