Miesiąc: Styczeń 2017

Douglas Preston, Lincoln Child – Gabinet osobliwości

Douglas Preston, Lincoln Child – Gabinet osobliwości

książka róża słoczycze
Lubię sięgać po książki, które nic mi nie mówią. Nie znam autora, nie wiem, czego się spodziewać i czy książka spodoba mi się chociaż w połowie. Tabula rasa. Ostatnio, przeglądając półkę z kryminałami i sensacją w bibliotece, mój wzrok przykuło kilka książek, dość sporych rozmiarów napisanych przez tych samych dwóch autorów. Nie mogąc zweryfikować, która z książek jest pierwsza w kolejności i czy to w ogóle jest seria, sięgnęłam po Gabinet osobliwości.

Opis z okładki: Podczas prac rozbiórkowych w Dolnym Manhattanie robotnicy dokonują w jednej z piwnic szokującego odkrycia znajdują szczątki kilkudziesięciu osób poćwiartowanych ponad sto lat temu przez nieznanego masowego zabójcę. Okazuje się, iż budynek był niegdyś siedzibą jednego z popularnych w XIX wieku gabinetów osobliwości, miejsc tłumnie odwiedzanych przez widzów spragnionych niezwykłości i okropieństw. Śledztwo, w trakcie którego agenta FBI Pendergasta wspomagać będą młoda archeolog Nora Kelly oraz Bill Smithback, dziennikarz New York Timesa, poprowadzi bohaterów z centrum Manhattanu do zakurzonych archiwów muzealnych. Według odnalezionych zapisków u schyłku XIX wieku działał w Nowym Jorku szalony lekarz, który dokonywał przerażających eksperymentów medycznych na ludziach. 

Teraźniejszość jednak okazuje się równie groźna jak przeszłość, w miarę postępów śledztwa bowiem miastem wstrząsa fala niewyobrażalnie okrutnych zabójstw, łudząco podobnych do tych sprzed ponad stu lat. 

Koszmar powrócił…

Gabinet osobliwości zaliczyłabym do gatunku powieści sensacyjnej z elementami kryminału. W przypadku filmów zazwyczaj jest to strzał w dziesiątkę, w książkach różnie bywa. Będąc w bibliotece szukałam książki ciekawej i niewymagającej. Jakaś dziwna siła przyciągnęła mnie do regału zatytułowanego sensacja/kryminał/thriller i kazała sięgnąć po to dość opasłe tomiszcze, jak na moje oczekiwania tamtego dnia.

Nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek miała okazję czytać książkę napisaną przez dwóch autorów, chyba, że zaliczyć można tu Zaczarowaną zagrodę autorstwa małżeństwa Centkiewiczów, którą kojarzę z podstawówki. Oczekiwałam po dwóch autorach jakiegoś „rozdwojenia jaźni” i na początku doszukiwałam się różnych stylów w poszczególnym podrozdziałach, ale po kilkudziesięciu przestałam zwracać na to uwagę. Trzeba wziąć pod uwagę, że w powieściach rozdziały dotyczące poszczególnych bohaterów mogą różnić się stylem i językiem, dlatego trudno wyróżnić tu fragmenty napisane przez poszczególnych autorów. Szczególnie, gdy postaci bardzo różnią się pochodzeniem i wychowaniem. Takie zróżnicowanie języka zawsze doceniam.

Jak się okazuje Douglas Preston i Lincoln Child, czyli autorzy Gabinetu osobliwości, napisali razem ponad 20 książek, które składają się na dwa cykle i kilka osobnych utworów. Patrząc na dorobek Douglasa Prestona widzę po tytułach, że pisze on głównie powieści o przeszłości i dinozaurach, a konkretnie można te utwory zaliczyć do literatury faktu. Myślę, że mieszanka obu autorów to, obok doskonale skonstruowanego głównego bohatera, zasadnicza zaleta tej powieści. Preston był najprawdopodobniej odpowiedzialny za całą historyczną otoczkę powieści, co łatwo mogę uzasadnić, zerkając na jego wykształcenie.

Najbardziej interesującą postacią w powieści jest Pendergast. Agent FBI, o którym wiemy tak mało, że nawet jego imię owiane jest tajemnicą. Sprawdziłam w Internecie i jego imię w którejś powieści się pojawia, ale nie chciałabym nikomu psuć niespodzianki. Powiem tylko, że charakter bohatera jest równie intrygujący, co jego imię.

Obok głównego bohatera pojawiają się tu też Nora Kelly, naukowiec, która bardzo desperacko potrzebuje pieniędzy na swoje badania, i Bill Smithback, nieco ciapowaty i irytujący chłopak Nory. A! Zapomniałabym dodać, że Bill jest reporterem ciągle wściubiającym wszędzie swój wymuskany nos. Oboje są postaciami nie pozbawionymi wad. Szczególnie irytujące są pewne cechy ich charakteru, które nie pozwalają im być ze sobą szczęśliwymi. Myślę, że dodaje to im realizmu, bo każdy na co dzień zmaga się z małymi problemami, których można uniknąć przez zmianę nastawienia do życia. Poza tym nikt, chyba poza Pendergastem, nie jest tu idealny.Powieść wciągnęła mnie w swoje sidła. Na początku nie byłam pewna, czy w ogóle jest to książka w moim guście, a przede wszystkim bałam się, że nie sprostam 600 stronom. Dla wytrawnych książkoholików może brzmieć to trochę zabawnie, ale dopiero niedawno zaczęłam ponownie, po kilkuletniej przerwie, czytać książki i czasem większa grubość tomiszcza mnie przeraża. Na szczęście Gabinet Osobliwości czyta się dość sprawnie i z pewnością łatwo.

Dajcie znać, co sądzicie o tej powieści? Jak myślicie, warto poznać całą serię?

Informacyjnie:
Tytuł: Gabinet osobliwości
Autor/rzy: Douglas Preston, Lincoln Child
Nazwa cyklu: Pendergast
Tom cyklu: 3
Rok powstania: 2005
Liczba stron: 600
Wydawnictwo: G+J
Ocena na lubimyczytac.pl: 7,3

Kulturalne podsumowanie grudnia

Kulturalne podsumowanie grudnia

Grudniowe długie wieczory sprzyjają spędzaniu czasu na oglądaniu filmów, czytaniu książek i graniu w planszówki. Dlatego poddałam się wewnętrznym pragnieniom i, gdy tylko znalazłam czas, zabierałam się za ukulturalnianie się. Przed wami grudniowe kulturalne podsumowanie.
zima drzewa galezie snieg winter braches snow

Książki

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu

Informacyjnie:

Gatunek: fantastyka

Tytuł: Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu

Autor/rzy: Anna Lange

Rok powstania: 2016

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 448

Wydawnictwo: SQN

Ocena na lubimyczytac.pl: 7,44

O tej książce już pisałam. Pełną recenzję Clovisa znajdziecie tutaj. W skrócie: to historia tocząca się w wiktoriańskim Londynie. Połączenie pracy ówczesnej policji z umiejętnościami magicznymi. Mroczna i przytłaczająca klimatem debiutancka powieść, która sprawiła, że nie mogę doczekać się kolejnych książek autorki.

Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj

Informacyjnie:

Gatunek: poradnik

Tytuł: Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj

Autor/rzy: Tomek Tomczyk

Rok powstania: 2013

Rok wydania: 2013

Liczba stron: 400

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Ocena na lubimyczytac.pl: 6,9

Jak na polskiego blogera przystało, należało w końcu zaopatrzyć się w konieczną wiedzę i przeczytać książkę Tomka Tomczyka. Przyznam, że nie przepadam za poradnikami, ale ten czytało się wyjątkowo dobrze. Większość informacji można znaleźć w różnych miejscach w sieci, ale zebranie tego w jednym miejscu, potwierdzenie przez jednego z najbardziej znanych blogerów w Polsce, okazało się strzałem w dziesiątkę.

Uratuj mnie

Informacyjnie:

Gatunek: romans, obyczajowa

Tytuł: Uratuj mnie

Autor/rzy: Anna Bellon

Rok powstania: 2016

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 352

Wydawnictwo: OMGBooks

Ocena na lubimyczytac.pl: 7,44

Uratuj mnie wspominałam już w podsumowaniu roku 2016 jako jedną z książek nurtu New Adult/Young Adult, które miałam okazję przeczytać. W sumie nie mam zbyt wiele do dodania. Całkiem dobrze napisana powieść dla młodzieży. Dwójka bohaterów z własnymi problemami i bagażem emocjonalnym. Okazuje się, że rozwiązaniem ich problemów staje się ich relacja. Oni sami nawzajem. Bardzo emocjonalna powieść, która w zrozumiały sposób stała się hitem wśród młodzieży.

Seriale

Częstotliwość

Informacyjnie:

Gatunek: thriller, sci-fi

Tytuł: Częstotliwość/Frequency

Twórca: Jeremy Carver

Rok produkcji: 2016

Sezon: 1

Odcinki: 11

Kraj: USA

Ocena na filmweb.pl: 7,2

Na ten serial trafiłam całkiem przypadkiem. Akurat uczyłam się na kolokwium z chemii teoretycznej (całki i te sprawy) i chciałam obejrzeć coś mało absorbującego, żeby jednocześnie oglądać i liczyć. Tak już mam. Moją uwagę przyciągnął tytuł Frequency, bo akurat trafiłam na zadanie z oscylatorem. Taki zbieg okoliczności. Serial okazał się historią w stylu takim, jak lubię. Raimy Sullivan, kobieta, policjantka, córka, odkrywa, że stare radio (takie do porozumiewania się z innymi), które nie powinno działać, nie dość, że działa, to jeszcze po drugiej stronie odbiornika siedzi ktoś, kogo nie słyszała od dwudziestu lat. Jej zmarły ojciec. Skontaktowała się z nim w przeddzień jego śmierci. Razem zmieniają bieg wydarzeń, co niesie ze sobą pewne konsekwencje i  reszta serialu skupia się na próbie naprawienia błędów.
Początek serialu był naprawdę dobry. Wciągnął mnie już w pierwszym odcinku, co się rzadko zdarza. Niestety szybko stał się męczący i nudny, a kolejne odcinki niewiele wnosiły. Przez pewnie niedomówienia myślałam, że serial będzie skrócony do 11 odcinków i dlatego tak długo pisałam to podsumowanie. Myślałam, że finał będzie 11.01 a tu niespodzianka i na finał czekam kolejne 2 tygodnie. Więc w momencie pisania nie wiem, jak skończy się serial.

Doctor Who – odcinki specjalne

Informacyjnie:
Gatunek: przygodowy, sci-fi
Tytuł: Doctor Who/The husbands of River Song/The return of Doctor Mysterio
Twórca: Steven Moffat
Rok produkcji: 2015/2016
Sezon: 9/10
Odcinki: specjalne
Kraj: Wielka Brytania
Ocena na filmweb.pl: 7,2

Ten, kto mnie dobrze zna, wie, że moim absolutnie ulubionym serialem jest Doctor Who. Każdą nową informacją na jego temat jaram się, jak nowymi spodniami. Jak co roku, twórcy serialu uraczyli nas odcinkiem specjalnym z okazji Bożego Narodzenia. A ponieważ w zeszłym roku (mam tu na myśli 2015) nie byłam w stanie obejrzeć Mężów River Song, w tym roku musiałam obejrzeć dwa odcinki.

Mężowie River Song

Zeszłoroczny odcinek wydał mi się jednocześnie słaby i dobry. Dobry, bo dokończona została historia przeplatających się linii czasu Doktora i River. W końcu doczekaliśmy się spotkania River z dwunastym wcieleniem i muszę przyznać, że czułam między nimi pewien magnetyzm. Jednocześnie czułam, że czegoś brakowało. Doktor bez towarzyszy radzi sobie źle, a River trudno zaliczyć do tej grupy. Sama historia w tle była tylko wymówką, aby połączyć na ekranie tych dwóch bohaterów i wydała się mało wyraźna. Po dwóch tygodniach nie pamiętam, o czym był odcinek.

Powrót Doktora Mysterio

Tegoroczny odcinek świąteczny również nie był idealny. Brakowało tu przede wszystkim „brytyjskości”. Akcję przeniesiono do współczesnego Nowego Yorku, gdzie Doktor w 1992 roku przypadkiem tworzy superbohatera. 24 lata później zaczyna się dziać coś dziwnego i cała fabuła skupia się wokół rozwiązania tej zagadki. Mamy tu też klasyczny wątek miłości superbohatera i ukrywania tożsamości. Przy okazji w odcinku lepiej poznajemy Nardole’a, którego Doktor w jakiś sposób odratował z rąk Hydroflaxa. Bardzo zgrabna historia z wyraźnym wątkiem.

Filmy

Grudzień był miesiącem filmowym, choć przez większość czasu nie miałam na to… czasu. Ponad połowę filmów obejrzałam w ostatnim tygodniu roku, kiedy znalazłam i czas i chęci.

Matrix

Informacyjnie:

Gatunek: akcja, sci-fi

Tytuł: Matrix

Twórca: Larry i Andy Wachowscy

Rok produkcji: 1999

Wytwórnia: Warner Bros.

Kraj: Australia, USA

Ocena na filmweb.pl: 7,5

Aż wstyd się przyznać, ale Matrixa obejrzałam dopiero w wieku 23 lat. Wiedziałam, że jest to film, którym podnieca się sporo filmomaniaków, który zdecydowanie wywarł wrażenie na niejednej osobie i otworzył furtkę w filmografii.
Co od razu rzuciło mi się w oczy, Matrix nie zestarzał się. Są filmy, które już po kilku latach wydają się nieaktualne i przestarzałe, ten po niemal 20 latach wciąż pachnie świeżością. I nie przeszkadzają w tym nawet ogromne telefony komórkowe używane przez bohaterów.
Spodobała mi się koncepcja filmu i pociągnięcie wątków. Sceny toczące się w różnych światach określone są różną kolorystyką otoczenia, co jest częstym i całkiem przyjemnym zabiegiem filmograficznym. Ogólnie, nie żałuję, że obejrzałam Matrix.


Adwokat diabła

adwokat diabła devil's advocate keanu reeves al pacinoInformacyjnie:

Gatunek: thriller

Tytuł: Adwokat diabła

Reżyser: Taylor Hackford

Rok produkcji: 1997

Wytwórnia: Warner Bros.

Kraj: Niemcy, USA

Ocena na filmweb.pl: 7,9

Kolejnym filmem z Keanu Reeves w roli głównej, który mogłam po raz pierwszy w życiu obejrzeć tego grudnia, był Adwokat diabła. Zazwyczaj nie przepadam za wątkami sądowymi, bo nie potrafię odnaleźć się w tej dziwnej dla minie rzeczywistości. Jednocześnie jednym z moich ulubionych filmów jest 12 gniewnych ludzi z 1957 roku, co trochę świadczy o moim rozdwojeniu jaźni. Ewentualnie jestem po prostu kobietą.
Keanu Reeves gra tu młodego adwokata, który mimo stosunkowo krótkiego stażu, zdążył zasłynąć w okolicznym światku sądowym. Nie przegrał żadnej sprawy. Kiedy podejmuje się obrony nauczyciela, oskarżonego o molestowanie uczennicy i udaje mu się wygrać również tę sprawę, dostaje pewną ciekawą ofertę z Nowego Yorku. Przeprowadzka i rozpoczęcie nowego życia w mieście, które nie śpi, okazują się rewolucją w życiu młodego małżeństwa. Żonę adwokata gra Charlize Theron. Wraz z Alem Pacino, aktorzy stworzyli niemal idealne trio. Postać Ala jest tak autentyczna i przesiąknięta złem i kpiną, że nie widzę w tej roli żadnego innego aktora.
Cały film natomiast wydaje się być historią człowieka, który walczy sam z sobą, ze swoją gorszą wersją. To, czy wygra, zależy nie tylko od niego, ale również od otoczenia i pokus, które to otoczenie oferuje. Naprawdę dobry film, który słusznie znajduje się na liście klasyków kinematograficznych.

Częstotliwość

Informacyjnie:

Gatunek: thriller, sci-fi

Tytuł: Częstotliwość

Twórca: Gregory Hoblit

Rok produkcji: 2000

Wytwórnia: New Line Cinema

Kraj: USA

Ocena na filmweb.pl: 7,3

Częstotliwość to film, który stał się inspiracją dla stworzenia serialu, o którym pisałam już wyżej.
John Sullivan, policjant, kontaktuje się przez stare radio ze swoim ojcem w przeddzień jego śmierci 26 lat wcześniej. Oboje mieszają w wydarzeniach z przeszłości, co ma przełożenie na obecny wygląd świata. Podobnie, jak w serialu, próbują naprawić wszystkie błędy i odzyskać to, co utracili, szukając pewnego seryjnego mordercę. A wszystko dzięki zorzy polarnej.
Żeby nie pisać o tym filmie zbyt dużo, bo każda informacja odbierze przyjemność z oglądania, zrozumiałam, dlaczego powstał serial nim inspirowany. W główne role wcielili się Jim Caviezel (syn) i Dennis Quaid (ojciec). Film pokazuje, jak pozornie małe zmiany wpływają na przyszłość. Myślę, że spodoba się fanom Efektu motyla (to ja!). Pokazują również, jaki wpływ na człowieka ma to, czy wychował się tylko z matką, tylko z ojcem, albo z dwójką rodziców. Wizualnie dobry film i jak na 2000 rok przystało, doskonałe aktorstwo. Cała scenografia nie jest przesłodzona i perfekcyjna, jak obecnie, ale to tylko dodaje uroku filmowi.

Księga dżungli

Informacyjnie:

Gatunek: przygodowy

Tytuł: Księga Dżungli

Twórca: Jon Favreau

Rok produkcji: 2016

Wytwórnia: Walt Disney Pictures

Kraj: USA

Ocena na filmweb.pl: 7,1

W dzieciństwie oglądałam pełno animacji Disney’a. Jak chyba każdy, kto przeżywał te pierwsze lata życia w latach 90. lub wcześniej. Magiczne i wspaniałe historie (od czasu do czasu ktoś próbuje niezręcznymi kadrami zniszczyć moje dzieciństwo). Ostatnio jakoś przy okazji dowiedziałam się, że powstał remake Księgi Dżungli z 1967 roku (moja ulubiona wersja). Dlatego nie mogłam przejść obok obojętnie. Obiło mi się też o uszy, że to całkiem udany remake.
Podobało mi się, że nie przekombinowano w kwestii fabuły. Wyjątkowo nie przeszkadzało mi nawet wszechobecne CGI (w końcu o nie opierał się cały film). Muszę też przyznać, że Neel Sethi, grający Mowgliego, doskonale sprawdził się w swojej roli, tym bardziej że trudno znaleźć jest dobrych dziecięcych aktorów.
Wszystkim miłośnikom dawnych i klasycznych animacji Disney’a polecam Księgę Dżungli. Tym bardziej, że to produkcja, której nie poskąpiono serca.

Trochę tego było. A jeszcze części sobie nie zapisałam i nie mogę sobie przypomnieć. Takie skutki maratonu filmowego trzy wieczory pod rząd. Kojarzę jeszcze Rekinado i Alicję w Krainie Czarów. Niestety (i stety w przypadku Rekinada) za mało pamiętam, żeby coś więcej napisać.

Siódme wtajemniczenie, czyli ile kryje powieść dla młodzieży?

Siódme wtajemniczenie, czyli ile kryje powieść dla młodzieży?

Wyobraź sobie, że jesteś ostatnią osobą w otoczeniu, która nie należy do jednej z dwóch grup walczących o pałkę pierwszeństwa. Z każdej strony czujesz presję, żeby dołączyć, ale wewnętrzny głos każe ci nie mieszać się w te interesy. Co robisz?
recenzja książka zielona małpa młodzieżowa przygoda

Informacyjnie:
Gatunek: młodzieżowa, przygodowa
Tytuł: Siódme wtajemniczenie
Autor/rzy: Edmund Niziurski
Rok powstania: 1969
Rok wydania: 1997
Liczba stron: 344
Wydawnictwo: Literatura
Ocena na lubimyczytac.pl: 7,35
Trudno będzie mi pisać o tej książce. Po pierwsze, czytając ją po latach, odkryłam w niej pokłady mądrości i przestała być dla mnie zwykłą powieścią przygodową. Po drugie, nie obędzie się bez krytyki, a wiadomo, że ulubione rzeczy ocenia się trochę inaczej.
Cykorz, czyli uczeń klasy 6B w Gnypowicach Wielkich, jest fuksem. Czyli nowym. W jego szkole kontrolę próbują przejąć dwa gangi – Matuskowie i Blokerzy. Bohater nie należy do żadnego z nich, przez co jest jedynym chłopakiem, który nie jest ani Matuskiem, ani Blokerem, choć z tymi drugimi uczęszcza do jednej klasy. Coś jednak zaczyna się zmieniać, a oba gangi chcą Cykorza w swoich szeregach. Ten natomiast chce pozostać wolnym strzelcem.
Pozornie bardzo prymitywna fabuła dość szybko się rozwija, odsłaniając kolejne ukryte wcześniej fakty. Cykorz jest bohaterem złożonym, a jego dylematy i podróże kosmiczne są metaforą dojrzewania i tracenia pewnych możliwości. Bo Cykorz orbituje, spotyka się z Komandorem, z którym odbywa wspaniałe podróże kosmiczne. Wyobraźnia Cykorza jest tak wyraźna, że on sam przestaje widzieć granicę między światem realnym a tym wymyślonym. A może to nie wyobraźnia?
Oba gangi chcą fuksa w swoich szeregach. Próbują go przekonać na różne sposoby, aż ten w końcu poddaje się i podąża za jednym z nich. Coś tam jednak śmierdzi.
Siódme wtajemniczenie to powieść pełna metafor i tajemnic. Krok po kroczku odkrywamy razem z głównym bohaterem, co dzieje się w Gnypowicach. Nie tylko fabuła jest dynamiczna, ale także nasz punkt widzenia, bo wgłębiając się w fabułę, co chwilę zmieniamy nasze poglądy na sprawy poruszone w książce. Dowiadujemy się, czym jest propaganda, jak wygląda struktura organizacji, jakie obowiązki mają poszczególni członkowie i jak taka organizacja działa. Czyli wynosimy z tej powieści sporo. Tym bardziej, jeśli mamy akurat 12 lat. Całość okraszona jest absurdem i humorem tak specyficznym dla Edmunda Niziurskiego.
recenzja książka zielona małpaMożecie spytać, dlaczego sięgnęłam po książkę z dzieciństwa? Po prostu miałam ochotę. Kiedyś była to powieść, jak i wszystkie inne autorstwa Edmunda Niziurskiego, która przedstawiała życie młodzieży, jakie sama chciałam przeżywać. Są to historie wciągające i kompletnie absorbujące, a ta jedna na dodatek jest bardzo skomplikowana, jak na skierowaną do młodzieży w wieku 10-15 lat. Dziś już takich książek nie piszą. Chyba.
Oczywiście książka trochę się zestarzała, natomiast przygoda i wątek organizacji pozostaje aktualny. Pamiętajcie, że dobra przygoda zawsze jest na czasie. Postaci w Siódmym wtajemniczeniu są też trochę przerysowane, tak samo sposób, w jaki się wypowiadają. Taka specyfika dzieł Niziurskiego.
Z ciekawostek, w Siódmym wtajemniczeniu pojawia się książka, Niezwykłe przygody Anatola Stukniętego na początku, która fascynowała mnie od zawsze. To dzieło tak niezwykłe, jak jego tytuł. Ponoć, kiedy się ją czyta, przeżywa się dokładnie to, co bohater. Ale fizycznie. Nikt nie przeczytał rozdziału, w którym Anatol śpi. Wszyscy zasnęli.
Pojawiają się tam też niezwykle makabryczne zadania matematyczne. Po prostu trzeba przeczytać tę książkę. Jest odrobinę psychodeliczna. Prawdopodobnie największe dzieło Niziurskiego. Nie zdradzę, czym jest tytułowe siódme wtajemniczenie. Byłoby to bezcelowe. Odkrycie tej zagadki to element, który zagrzał mi mózgownicę w dzieciństwie. Serio.
 
Czytaliście kiedyś jakąś z powieści Edmunda Niziurskiego? Znacie Siódme wtajemniczenie? A może polecicie jakieś inne, równie porywające książki przygodowe dla młodzieży?

 

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu – czyli powrót do przeszłości

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu – czyli powrót do przeszłości

recenzja książki anny lange

Kiedy na początku grudnia sięgałam po Clovisa LaFaya. Magiczne akta Scotland Yardu, nie spodziewałam się, że zostanę przez tę powieść wielokrotnie zaskoczona. Chodziła mi po głowie od kilku miesięcy, jednak wciąż nie było albo czasu albo możliwości, żeby ją przeczytać. Aż w końcu nadeszła chwila, abym i ja, po wielu latach, wróciła do wiktoriańskiego Londynu.

 Opis ze skrzydła okładki:

Clovis LaFay ma kłopoty rodzinne. Nieżyjący już ojciec miał reputację czarnego maga, znacznie starszy przyrodni brat jest wrogo nastawiony, a dzieci tego ostatniego… No cóż, na pewne zaburzenia nie ma jeszcze nazw – jest rok 1873 – co nie znaczy, że nie istnieją te zjawiska.
John Dobson, dawny przyjaciel Clovisa i nadinspektor świeżo utworzonej jednostki wydziału detektywistycznego londyńskiej policji metropolitalnej również ma liczne problemy. Z pieniędzmi nie jest najlepiej, z prowincji przyjechała młodsza siostra, podwładni krzywo patrzą na zwierzchnictwo młodego eksporucznika artylerii, a najgorsze, że w Londynie drastycznie brakuje egzorcystów!
Alicja Dobson waha się: zamążpójście czy pielęgniarstwo? Sęk w tym, że konkurenci się nie tłoczą, a zajęcia z magii leczenia na kursie pielęgniarskim okazały się nie całkiem tym, na co miała nadzieję. Clovis LaFay chętnie służy pomocą w tym drugim problemie, a kto wie, może i w pierwszym? Chociaż czegoś się jakby boi…
Już na pierwszych stronach powieści poznajemy tytułowego bohatera. Clovis LaFay okazuje się być niezbyt wyidealizowanym bohaterem. Chudzielec, nie wyglądający na swój wiek, trochę jakby chorowity. Mało męski, jak na obecne standardy. I wiktoriańskie również. Zdecydowanie nie jest on wymarzonym kandydatem na męża, a tym bardziej na zięcia. W końcu jest synem czarnego maga.
Powieść ta ma tak naprawdę trójkę głównych bohaterów – Clovisa, Johna i Alicję Dobson. Każda z postaci jest inna, ma własne cele, własną historię i każdą z nich poznajemy jako indywiduum. Clovis jest tu tym nowym, tajemniczym bohaterem z przeszłością, od której chce się oddzielić, ale jeszcze nie wie, czy będzie w stanie. John Dobson jest typowym starszym bratem, który nie chce ograniczać swojej siostry w dążeniu do jej celów, jednocześnie bojąc się o jej przyszłość i szczęście. Alicja Dobson to młoda kobieta, która zaczyna dostrzegać, że właśnie jako kobieta chciałaby robić coś więcej niż opiekować się chorymi i ograniczyć się do roli ówczesnej kobiety.
Na stronach książki przewija się pojęcie potencjału magicznego. Okazuje się, że w tamtej rzeczywistości niektórzy ludzie rodzą się z pewnymi umiejętnościami, które mogą rozwijać lub też nie. Zależy to od ich decyzji i niestety od ich zamożności. Szkoły magiczne są niestety instytucjami prywatnymi i płatnymi. Są to też czasy, kiedy to kobiety nie miały niemal żadnych praw, początki ich walki o własną wolność. Jedną z nielicznych ścieżek kariery, jaką mogą podążać, jest pielęgniarstwo. A szkoły magiczne w większości krajów przeznaczone są wyłącznie dla chłopców.
Alicja jest tutaj przedstawiona jako sufrażystka, powoli zdająca sobie sprawę, że wcale nie jest gorsza od otaczających ją mężczyzn. Chce się rozwijać, chce rozwijać w sobie umiejętności nekromanckie, mimo że kobiecie nie przystoi. Musi przy okazji stawić czoła różnym przeciwnościom, bo świat nie jest jeszcze gotowy na feministki.
Cała historia jest dość sprawnie przedstawiona. Choć muszę przyznać, że już na początku rzucił mi się w oczy dziwnie precyzyjny styl opisu rzeczywistości. Maksymalna ilość informacji w dość małej objętości to rzadko spotykana forma. Zazwyczaj opisy w powieściach są mocno ubarwiane i rozwlekane. Tu natomiast miałam na początku wrażenie, że kompletnie nie wiem, o czym czytam. Niektóre akapity powtarzałam po kilka razy. Na szczęście informacje zebrane na tych kilku początkowych stronach okazały przyswajalne i dzięki temu dalsza część książki była pestką. Będąc gdzieś w połowie historii zerknęłam na skrzydło okładki, gdzie opisana jest autorka. I tu przeżyłam spore zaskoczenie. Autorką jest doktor habilitowana chemii. W dodatku całe życie pracująca na uczelni w swoim zawodzie i publikująca artykuły naukowe. Po pierwszym szoku zdałam sobie sprawę, że jej precyzja w opisach i niepomijanie nawet oczywistych informacji bierze się właśnie z tego, że tak wygląda każdy artykuł, który czytałam i opracowywałam do pracy inżynierskiej. Po prostu.
Drugie wielkie zdziwienie przeżyłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że autorka jest Polką. Doskonale wykreowany wiktoriański Londyn, wraz z jego klimatem i brudnymi ulicami aż wylewał się ze stron. W dodatku nazwisko pisarki (będące, jak się okazało, jej pseudonimem) można przypisać do osoby z pochodzeniem anglosaskim. I szczerze? Poczułam autentyczną dumę, że dałam się zmylić!
Jedyne, co nie do końca mi się podobało w tej powieści, to bezcelowość. Jakieś wydarzenia, przeczucia, spotkania, opisy. I to wszystko do niczego nie prowadziło. Nie wiedziałam, czy to Clovis będzie z kimś walczyć, czy Alicja w końcu przejdzie samą siebie, a może to Johnowi uda się znaleźć egzorcystów do policji? Dopiero ostatnie kilkadziesiąt stron rozjaśniły moją niepewność.

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu to powieść, która zdecydowanie nie była stratą czasu. Pierwsze strony wymagają pewnego przyzwyczajenia i oczytania. To książka, w której znajdziemy dobro i zło, miłość i nienawiść, magię i pistolety. Coś dla każdego. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji sięgnąć po tę powieść, a magia cię nie odstrasza, warto dać szansę debiutowi Anny Lange. To jak, czytacie?
Podsumowanie roku 2016 – czyli dodawanie i odejmowanie

Podsumowanie roku 2016 – czyli dodawanie i odejmowanie

Rok 2016 był chyba najdziwniejszym rokiem, jaki przyszło mi przeżyć. Stało się tyle dobrego i tyle złego, że nawet po wnikliwej analizie nie jestem w stanie stwierdzić. czy wyszłam na plusie, czy na minusie.
Jedno wiem, wiele się w tym roku nauczyłam, nawet, jeśli niektóre lekcje opłacone były łzami, rozluźnieniem więzi albo zerwaniem znajomości. Bo nie sztuką jest przeżyć taki rok, ale sztuką jest jest wynieść z niego bagaż doświadczeń do wykorzystania w przyszłości. A poza tym nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejne 365 dni.
Jeszcze nie wiem, w jaki sposób napiszę ten tekst. Nie mam żadnej wizji. Dajcie się nim zaskoczyć, tak jak ja!

Co zyskałam?

Przede wszystkim nowe doświadczenia życiowe. Trzeba umieć z każdego wydarzenia, z każdej sytuacji wyciągnąć lekcję i pozwolić jej zadomowić się w naszych umysłach. Możemy stawać się dzięki temu silniejsi i bardziej odporni na to, co przyniesie przyszłość.
Z najważniejszych rzeczy, które zyskałam, muszę wymienić tytuł inżyniera. Rok temu byłam potwornie zestresowana. Jeśli chcecie poczytać, jak to dokładnie wyglądało, to zapraszam TUTAJ. Trzyipółletnie studia zakończone zostały z pełnym sukcesem, piątką na dyplomie i miesiącem w nietrzeźwości. Nie było łatwo, ale dałam radę i dowodem na to jest dyplom z tytułem inżyniera.
Zyskałam też trochę nowych znajomych. Po obronie podjęłam się kolejnego etapu studiów. Kontynuuję studia na tym samym kierunku i ponieważ nastąpiła ogromna rotacja, poznałam sporo nowych osób. Nie wszystkim udało się przetrwać pierwszy semestr, ale ci, którzy zostali, stali się nieodłączną częścią każdego dnia na uczelni.

W sierpniu miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu blogerów WroBlog 2016. Miło było znaleźć się w otoczeniu osób, które połączyła wspólna pasja pisania czegoś w sieci i dzielenia się tym z ludźmi nawet na całym świecie. W dodatku zmieniła się moja perspektywa na niektóre aspekty blogowania. Zdecydowanie wspaniałe wydarzenie!

Zyskałam też trochę pewności siebie. I choć wciąż czuję się w tym świecie jak mała szara zielona myszka małpa, pod względem pewności siebie jestem innym człowiekiem niż jeszcze rok temu. Myślę, że poza nowymi doświadczeniami, przyczyniła się do tego praca w obsłudze klienta w języku niemieckim. Dałam sobie radę, więc mam wewnętrzne poczucie spełnionego obowiązku i to wpływa na moją śmiałość w różnych sytuacjach.

Co straciłam?

Kilku znajomych. A w sumie dość sporo. Jak już wspominałam, skończenie pewnego etapu na studiach spowodowało rozluźnienie więzi z większością znajomych, którzy zmienili często nie tylko kierunek, ale także uczelnie, a czasem i miasta. Nie z każdym miałam bliskie kontakty, dlatego nie boli to bardzo, jednak czuję małe ukłucie żalu, że nie z każdym zdążyłam się zaznajomić nieco bardziej.

Wszyscy straciliśmy w tym roku sporo gwiazd. Mnie najbardziej wzruszyły odejścia: Leonarda Cohena (jeden z bardzo nielicznych muzyków, których lubię na tyle, że obserwuję ich działalność na Facebooku), Christiny Grimmie (była młodsza ode mnie) i Alana Rickmana (znanego przede wszystkim z roli Severusa Snape’a).
Oczywiście pożegnaliśmy też artystów, którzy nie byli bliscy mojemu sercu, tak jak ci wymienieni powyżej. Szczególnie fani Gwiezdnych Wojen mieli ciężki rok. Najpierw, w sierpniu, zmarł Kenny Baker, odtwórca R2-D2, a po Bożym Narodzeniu pożegnaliśmy Carrie Fischer, znaną z roli księżniczki Lei. Podobnie miłośnicy Star Treka muszą pogodzić się ze śmiercią Antona Yelcina, Pożegnaliśmy też takich aktorów, jak: Gene Wilder, Doris Roberts, nasz polski i jedyny w swoim rodzaju Bohdan Smoleń. Scena muzyczna też wycierpiała w tym roku sporo, nie szukając daleko przytoczyć mogę wypadek samolotu z chórem Aleksandrowa, zmarłego w kwietniu Prince’a, wspaniałego Davida Bowiego i wielu, wielu innych, których nazwisk często wcale nie kojarzymy. A, zapomniałabym, Last Christmas nigdy nie zabrzmi już tak samo po śmierci George’a Michaela w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia.

Najlepsza książka

Najlepszą książką, przeczytaną w tym roku, była Siedem minut po północy. Historia stojąca za powstaniem tej książki w połączeniu z opowieścią w niej przedstawionej wywołały we mnie emocje, jakich już dawno nie miałam podczas czytania. Wzruszająca historia chłopca, którego matka umiera na raka. Prosta, bez patosu, bez zbędnych słów. Taka, jakiej potrzebowałam.

Najlepszy film

Gdyby pominąć wszystkie filmy z serii o Bondzie, najlepszym filmem tego roku był Doktor Strange. Bardzo przyjemne zaskoczenie, tym bardziej, że nie przepadam za filmami o superbohaterach. Z czystym sumieniem mogę więc stwierdzić, że właśnie ten film zaliczam do najlepszych, jakie w tym roku obejrzałam.

Najlepszy serial

Nikogo chyba nie zdziwi, że najlepszym serialem tego roku był Stranger Things. Doskonały, klimatyczny i z potencjałem na wykorzystanie w merchandisingu (jak ja nie lubię angielskich wtrąceń! Wybaczam tylko nieprzetłumaczonym tytułom). Serial ten zdobył ogromne grono fanów, którzy już wyczekują na kolejny sezon. Sama nie mogę się doczekać. A obejrzenie Stranger Things zwiększyło moje zainteresowanie produkcjami Netflixa. A to już coś znaczy.

Największe pozytywne zaskoczenie

W tej kategorii nie mogę nie umieścić Belfra, o którym nawet ostatnio wspomniałam. Jak wiecie, nie mam żadnych oczekiwań wobec polskich produkcji. Nudzą mnie one, męczy ich klimat i irytują dialogi. W Belfrze natomiast udało się uniknąć monotonii, zbudować klimat małego miasteczka, w którym liczą się koneksje, oraz napisać co najmniej zadowalające dialogi. Strzał w dziesiątkę!

Największy zawód

Największym zawodem był Portret Doriana Graya. Książka. Może to nie mój typ literatury, nie wiem, ale dość cienką powieść czytałam chyba z dwa tygodnie. Co chwilę przerywałam, myśli uciekały, nie mogłam nawet skupić wzroku na literach. Jest to bardzo specyficzna powieść, pełna filozofii, doskonale nakreślonych postaci, jednak dla przeciętnego czytelnika, jak ja – ciężka i mało ekscytująca lektura.

Nowe doświadczenia?

Oczywiście. Sięgnęłam po literaturę Young Adult/New Adult. A dokładnie, to przeczytałam 3 książki, które są zaliczane do tych gatunków.

Agata Czykierda-Grabowska – Jak powietrze

Wyjątkowo upierdliwa książka. Ale nie przez treść, ale przez to, że nie mogłam jej dostać. Nie chciałam kupować w tym roku żadnych książek, ponieważ mam naprawdę mało miejsca w mieszkaniu. Poza tym czeka mnie w lipcu duża przeprowadzka i chcę ograniczyć ilość „rzeczy”. W końcu książka wylądowała w bibliotece miejskiej i mogłam ją wypożyczyć. I muszę przyznać, że okładka, którą wszyscy się zachwycali, wydała mi się w rzeczywistości blada i mało wyrazista. Ale to tylko moje pierwsze zdanie na temat książki
Nie była to książka najwyższych lotów, ale całkiem przyjemna do przeczytania jednego długiego wieczoru. Historia głównych bohaterów nie wciągnęła mnie na tyle, na ile chciałam, ale zaskakiwała kilkukrotnie.

Anna Bellon – Uratuj mnie

Tę książkę czytałam dosłownie kilka dni temu. Dziewczyna z przeżyciami, chłopak z przeżyciami, to mogło skończyć się tylko w jeden sposób. Problemy wynikające z przeszłości miały wpływ na zachowanie bohaterów w teraźniejszości. Nie była to lekka powieść do przeczytania przed snem, choć na samym początku można się było tego właśnie spodziewać. W książce polubiłam wielokrotne nawiązania do mojego absolutnie ulubionego serialu – Doktora Who.

Kasie West – Chłopak na zastępstwo

Ta książka była moim lekarstwem na książkowego kaca po przeczytaniu Siedem minut po północy. Przypominała romansidła dla młodzieży, którymi zaczytywałam się w gimnazjum. Lekka historia, główna bohaterka popełnia błąd i przez całą powieść boi się konsekwencji. A na końcu okazuje się, że i tak wszyscy jej wybaczyli, a ona dostaje dokładnie to, czego potrzebuje. Bardzo dobra książka na kaca. Książkowego, oczywiście.

Pewnie będę sięgać po książki z tych gatunków od czasu do czasu, w ramach szybkiego oderwania się od rzeczywistości. Moje serce bije mimo wszystko nadal dla kryminałów.

Podsumowanie podsumowania

Rok ten wydaje się całkiem w porządku, jeśli zapomnę o wspaniałych osobach, które przyszło nam pożegnać na zawsze. Problem w tym, że nie tak łatwo o nich zapomnieć.
Wszystkim życzę wspaniałego roku 2017. Oby był lepszy niż 2016 i obfitował w nowe przygody, natchnienie i dawał możliwość rozwoju w takim kierunku, jaki sobie wymarzycie. Mam nadzieję, że każdy sporo wyniósł z minionych 12 miesięcy i nie boi się kolejnych. 

Pamiętaj, że możesz sprawić Zielonej Małpie ogromną przyjemność polubieniem jej fanpage’a na Facebooku. Mały krok dla Ciebie, ale ogromny dla Zielonej Małpy.


Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa