Miesiąc: Październik 2016

Winston Groom – Forrest Gump

Winston Groom – Forrest Gump

Forrest Gump, idiota z wielkimi marzeniami i rozumem, którego nikt nie jest w stanie ogarnąć. I jego niesłychana historia. Po tę książkę sięgnęłam ostatnio w bibliotece, chcąc poznać nieco inną wersję opowieści przedstawionej w moim ulubionym filmie. Słodko-gorzka opowieść przyprawiona humorem i fragmentem historii Stanów Zjednoczonych.
Książka w bibliotece przyciągnęła mnie swoim tytułem. Forrest Gump z Tomem Hanksem w roli głównej od zawsze jest moim ulubionym filmem. Cenię w nim szczerość i sposób przedstawienia opowieści głównego bohatera. A przy okazji za każdym razem odkrywam w nim coś nowego, czego nie dostrzegałam poprzednio. Nie chcę jednak porównywać książki do jej adaptacji filmowej, ponieważ w tym przypadku praktycznie nie ma czego porównywać.
Informacyjnie:
Gatunek: dramat, przygoda
Tytuł: Forrest Gump
Autor/rzy: Winston Groom
Tłumaczenie: Jerzy Leliwa
Nazwa cyklu: Forrest Gump
Tom cyklu: 1
Rok powstania: 1986
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 221
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ocena na lubimyczytac.pl: 7,44
Opis z okładki:
Źródło: Okładka

Poznajcie Forresta Gumpa, sympatycznego i zaskakująco łebskiego bohatera tej nadzwyczajnej odysei komicznej. Forrest najpierw – dość przypadkowo –zostaje gwiazdą drużyny futbolowej Uniwersytetu Alabama, później jedzie do Wietnamu, gdzie staje się bohaterem wojennym, robi też karierę jako światowej klasy pingpongista i zapaśnik oraz potentat handlowy. W samym środku swoich przygód porównuje wojenne blizny z Lyndonem Johnsonem, odkrywa prawdę o Richardzie Nixonie i przeżywa wzloty i upadki, pozostając wiernym swej jedynej i prawdziwej miłości – Jenny. Jednocześnie przez całe swoje życie z dziecięcą mądrością i nieustannym zdziwieniem nie przestaje się przyglądać otaczającym go ludziom. W powieści obserwujemy nadzwyczajną podróż Forresta przez trzy dekady kulturowego krajobrazu Ameryki. Forrest Gump ma do opowiedzenia cholernie dobrą historię – by w nią uwierzyć, trzeba ją po prostu przeczytać.

 Powieść ujęła mnie od pierwszego zdania: Powiem wam jedno: bycie idiotem to nie pudełko czekoladek. O tego momentu wiedziałam już, że książka będzie wyjątkowym przeżyciem. Nie przepadam za narracją pierwszoosobową, bo zbyt wiele umyka bohaterom, a ja lubię wiedzieć wszystko. Mimo to narracja z punktu widzenia osoby nie do końca sprawnej na umyśle doskonale udała się autorowi powieści. Miałam wrażenie, że siedzę mu w głowie.
Źródło: Pixabay
Życie Forresta w dużym stopniu sprowadza się do zaspokajania potrzeb fizjologicznych i marzeń, z Jenny w roli głównej. Wielu rzeczy nie jest w stanie zrozumieć, ogarnąć, ale w kilku dziedzinach nie ma sobie równych: matematyka, muzyka i szachy. Dzięki kombinacji słodkiej nieświadomości, wrażliwości i niewyparzonej gębie kroczy przez życie przeżywając przygody, o których się filozofom nie śniło. Żeby nie zdradzać za dużo, to wspomnę tylko o zostaniu gwiazdą drużyny futbolowej, wzięciu udziału w wojnie w Wietnamie, staniu się mistrzem ping-ponga i przygodzie w kosmosie z orangutanem o imieniu Sue.
Matka Forresta to kobieta, która wiecznie martwi się o swojego jedynego syna. Chce dla niego jak najlepiej i robi wszystko, aby jej niezbyt inteligentny synek wyszedł na ludzi. Ten natomiast stara się dogodzić wszystkim i zgadzając się na różne dziwaczne pomysły, wplątuje się w różne „gówniane” sprawy. Jego życie dzięki temu staje się tak ciekawe, że nikt nie wierzy w jego opowieści.
Podczas swej życiowej tułaczki zyskuje wielu przyjaciół, porucznika Dana, śliczną Jenny, która staje się jego miłością, Bubba i kilka innych postaci. Prawie z każdej znajomości wyciąga coś pozytywnego – czy nie o tym każdy marzy?
Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo mam nadzieję, że przeczytacie tę piękną opowieść o niezwykłym człowieku. Nie ma tu czasu, żeby się nudzić, ciągle coś się dzieje, albo zaraz się stanie i wszystkie znaki na ziemi i niebie na to wskazują. Jednym słowem: wspaniała.
Jeśli ktoś oczekuje powielenia historii z filmu, ostrzegam, że naprawdę mało tu elementów wspólnych, dlatego książkę można czytać bez obaw, że wcześniejsze obejrzenie filmu popsuje zaskoczenie. I dlatego nie chcę porównywać tych dwóch dziełach, gdyż obie kreacje są absolutnie różnymi tworami.
Jeśli czytaliście Forresta Gumpa, to dajcie znać, jakie emocje w was wywołał. A jeśli nie, to napiszcie, czy zachęciłam (a mam nadzieję, że tak).
Pozdrawiam,
Zielona Małpa
Za co lubię jesień?

Za co lubię jesień?

Jesień mocno zagnieździła się w październikowych dzionkach i codziennie daje jakoś o sobie znać. Nie jest to moja ulubiona pora roku, ale żadna nią nie jest. Wszystkie uwielbiam i nie znoszę jednocześnie. Tegoroczna wyjątkowo daje mi w kość, dlatego jak tonący chwytam się umilaczy i próbuję przypomnieć, za co jesień lubię.

1. Seriale

Seriale są ważną częścią mojego życia. Komuś może wydawać się to żałosne, ale wszystkim nie dogodzę. Są lekiem na samotność, sposobem na zbyt długie wieczory, pozwalają żyć czyimś życiem przez te 40 minut dziennie. A jesień naprawdę obfituje w premiery nowych seriali, nowych sezonów starych seriali, newsy związane z serialami. Od początku października zacieram rączki na niektóre z nich. I jednego tylko mi brakuje – czasu, żeby móc obejrzeć je wszystkie.
Spytacie pewnie, co u mnie na tapecie tej jesieni?
Mam zamiar zabrać się za Westworld i Timeless – dwa nowe seriale, na które nie udało mi się wygrzebać czasu w październikowym szale powrotu na uczelnię.
Obecnie jestem w trakcie drugiego sezonu Domu grozy.
Po raz pięćdziesiąty szósty oglądam CSI:Miami. Zamiast nowe, pachnące świeżością seriale.
Utknęłam na drugim sezonie Bibliotekarzy. Spodziewałam się czegoś innego. Zobaczymy, czy jednak przebrnę, czy nie.
Kiedy sprzątam, albo gotuję i nie mam możliwości skupienia się na serialu, oglądam Detektywów w akcji na Ipli. Taki wypełniacz ciszy (i mogę pośmiać się z durnowatych dialogów).
Porównując to do standardowej jesieni, marnie to wygląda. Ale zaczęłam czytać książki i może stąd rozbieżności.

2. Sweterki

Źródło: kaboompics
Jesień to czas, kiedy mogę założyć tę część garderoby, w której najlepiej się czuję, ale nie najlepiej wyglądam. Ot, takie problemy mojej sylwetki i dość niewielkiego wzrostu.
Przy okazji, co w tym roku jest modne? Muszę powiększyć moją kolekcję sweterków, a właściwie utrzymać ją w odpowiedniej wielkości (niestety z niektórymi ciepłymi przyjaciółmi przyszło mi się pożegnać, nad czym ubolewam, ale muszę iść do przodu i nie żałować spędzonego wspólnie czasu).

 

3. Aromatyczne herbaty

Herbata nigdy nie smakuje tak dobrze, jak wtedy, gdy zaczyna robić się chłodniej i obok smaku doceniamy ciepło rozpływające się od ust, do żołądka i do kończyn. Wewnętrzny grzejniczek. Sama herbata to jednak nie wszystko. Lubię uzupełniać ją przyprawami i dodatkami.
Moimi ulubionymi dodatkami do herbaty są:
  • miód, który rzadko ląduje w herbacie, po pierwsze jest drogi, a po drugie w wysokich temperaturach traci większość pozytywnych właściwości
  • cytryna. Ale po wyjęciu herbaty z herbaty. O zdrowie trzeba dbać. Tylko do czarnej.
  • imbir. Już niewielka jego ilość potrafi pozostawić uczucie wewnętrznego ciepła na dłużej.
  • kardamon. Doczytałam, że ma coś wspólnego z imbirem, ale nie wnikałam. Moje tegoroczne odkrycie, które z pewnością zostanie ze mną na dłużej.

 

Photo by: Clem Onojeghuo

4. Książki

Jesień i zima najbardziej sprzyjają mi w czytaniu książek. Latem jest za dużo do zrobienia, korzysta się z promieni słonecznych, książka jest gadżetem towarzyszącym mi „przy okazji”. Prawdziwe czytanie zaczyna się, gdy dni robią się na tyle krótkie, że wieczory są już długie. Owijam się wtedy w kocyk i czytam w milionach pozycji.

5. Jesienne wyciszenie

Latem działamy na pełnych obrotach. Długim jesiennym wieczorom często towarzyszy zaduma. Zamiast pędzić wciąż przed siebie, można spokojnie przysiąść i oddać się lenistwu. Oczywiście nie za bardzo. Jesienią mogę zastanowić się nad własnym życiem.

***

I na koniec obiecane wyniki konkursu. A zwycięzcą zostaje:

 
Karolina Jucha!

I jej dokładny przepis, w którym dowolnie można zmieniać proporcje.

Gratuluję!

Mam nadzieję, że w kolejnym konkursie zainteresowanie będzie znacznie większe, choć wiem, że te z zadaniem do wykonania (kreatywne) nie cieszą się tak dużą popularnością, jak zwykłe losowania. To moje kolejne wyzwanie.

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

CSI – czy jest realne?

CSI – czy jest realne?

Od podstawówki jestem ogromną fanką seriali kryminalnych, takich jak CSI: Las Vegas, CSI: Miami i CSI: Nowy York. Dzisiaj chciałabym poruszyć temat badań, jakie wykonywano we wspomnianych serialach.

Studiując na wydziale chemicznym miałam dużo zajęć laboratoryjnych. Pamiętam, jak strasznie się bałam, że stłukę delikatne szkło albo pomylę odczynniki, jak uczniowie w amerykańskich filmach, i wszystko wybuchnie. Pamiętam, jak pierwszy raz założyłam biały fartuch i okulary ochronne i bardzo nieśmiało podchodziłam do każdych zajęć. Każdy jakoś zaczyna.
Z czasem nabrałam trochę doświadczenia, zarówno z odczynnikami, jak i z urządzeniami, które zdominowały w dużym stopniu te zajęcia.

Moje studia były mimo wszystko dość mało chemiczne. Duży nacisk kładziono na zjawiska z dziedziny chemii fizycznej, która w dużym stopniu składa się z opisu zjawisk zachodzących na poziomie pojedynczych cząsteczek. Wiele zajęć dotyczyło też przetwórstwa tworzyw polimerowych, bądź badania właściwości metali i ich stopów.
Nie będę wypowiadać się na temat części prawnej serialu, bo absolutnie się na tym nie znam. Szczególnie, że jest to serial amerykański, więc prawo różni się w zależności od stanu, w jakim dzieje się akcja.
Jeśli chodzi o seriale kryminalne, typu CSI, to wyrosły one jak grzyby po deszczu na początku naszego wieku. Myślę, że spowodowane to było trzema głównymi czynnikami.
1. Dużo seriali akcji i kryminalnych w latach 90.
Seriale i filmy kryminalne produkowane były praktycznie od początku znanej kinematografii. Już w 1901 roku powstała Historia pewnej zbrodni uważana za pierwszy film w tym gatunku. Zresztą, popularność Sherlocka Holmesa, Panny Marple, czy Herculesa Poirot pewnie równie mocno przyczyniła się do zainteresowania ludzi tą tematyką. Powieści i opowiadania kryminalne zawsze cieszyły się popularnością. Ludziom jednak zawsze mało, mało krwi, mało morderstw, mało badań, mało wszystkiego.
2. Gwałtowny rozwój technologii w latach 90.
Rozwój techniki w latach 80. i 90. kojarzy nam się często z komputerami w domach i coraz mniejszymi telefonami komórkowymi. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że równie duży rozwój, o ile nie większy dotyczył urządzeń laboratoryjnych, maszyn badawczych, a nawet metod badawczych. Dzięki temu identyfikacja związków chemicznych stała się łatwiejsza, przeszukiwanie baz danych szybsze, a urządzenia bardziej skomplikowane w budowie, jednak często łatwiejsze w obsłudze i bardziej dokładne.
3. Skuteczne badania genomu ludzkiego prowadzone w latach 90.

Trzecim, chyba głównym powodem, dla którego postał serial CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas, było zbadanie genomu ludzkiego, często zwanego DNA. Dzięki temu stała się możliwa identyfikacja człowieka na podstawie jego krwi, a potem również nasienia, śliny, pozostałości naskórka czy nawet cebulki włosa. To przyczyniło się do zwiększenia ilości rozwiązanych zagadek kryminalnych, również tych z przeszłości, gdyż kiedyś dało się określić chyba tylko grupę krwi.

Serial CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas połączył elementy tradycyjnego śledztwa, dedukcji oraz badania miejsca zbrodni i ciała denata za pomocą metod naukowych z wykorzystaniem najnowszych technologii.

Na studiach poznałam bardzo dużo różnych metod badawczych. Zawsze łączyła je jedna cecha, która ma największe znaczenie w większości badań i zleceń w dzisiejszym świecie, a jest to cena. I choć w dążeniu do poznania prawdy pieniądze nie powinny grać żadnej roli, w rzeczywistości wszędzie mamy do czynienia z cięciami budżetowymi. Myślę, że prawdziwe laboratoria mają urządzenia, które są im absolutnie potrzebne, a to, czego nie potrafią zrobić sami, zlecają innym za opłatą. Laboratorium policji w Stanach jest natomiast wyposażone we wszystko, czego akurat potrzebują i szczerze mówiąc, to jest najbardziej nierealne z wszystkich aspektów, bo kogo stać na utrzymanie i serwis tylu drogich sprzętów?
Większość badań, jakie zauważyłam w serialach, głównie jednak te chemiczne i biologiczne, jest w jakimś stopniu realna. Na przykład badania absorpcji lub fluorescencji promieniowania są rzeczywiście stosowane w większości laboratoriów. Próbkę naświetla się światłem o różnej długości fali (różnym kolorze) i mierzy się światło zaabsorbowane (czyli takie, które „znika”), światło rozproszone, bądź światło wyemitowane (czyli wytworzone przez próbkę). 
Wielokrotnie w CSI widziałam widma otrzymane w wyniku badań spektroskopowych w podczerwieni. Same widma wydawały się rzeczywiste, ale to, co mnie zawsze bawi, to nadrukowany na widmie wzór strukturalny związku chemicznego. Cała zabawa z widmami polega bowiem na ich interpretacji. Trzeba przeanalizować każdy zakres długości fal, kształt widma i odnieść się jeszcze do innych wyników badań. Dopiero wtedy możliwe jest zidentyfikowanie związku. Komputer może co najwyżej porównać zbadane widmo z bazą i „wypluć” kilka najbardziej podobnych. Wynik pomiaru bowiem często nieco różni się od wzorca. Inaczej wygląda to w przypadku czystego związku, a inaczej w mieszaninie. Do identyfikacji tego pierwszego można skorzystać z bazy, ale już w przypadku mieszaniny o wyjątkowym składzie wzorzec nie będzie istniał.
Znacznie bardziej nierealne niż badania chemiczne są operacje dokonywane na wyjątkowo niewyraźnych zdjęciach. Przybliżenie, wyostrzenie, zmiana kontrastu, kolejne sto przybliżeń i mamy wyraźny obraz mrówki z kosmosu. Ale co ja się znam!

Jak widać, część laboratoryjna rzeczywiście pokrywa się z realnymi możliwościami. Skondensowanie wszystkich metod badawczych w jednym miejscu to najmniej realne okoliczności w serialach. W rzeczywistości duże laboratoria są nieopłacalne, a badania często zleca się mniejszym jednostkom. Mimo to, CSI to wciąż jedna z moich ulubionych serii kryminalnych. W końcu filmy bywają podkoloryzowane i właśnie to często stanowi ich urok. Dlatego idę oglądać następny odcinek.

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

Bridget Jones 3 – czyli zabrałam chłopaka do kina

Bridget Jones 3 – czyli zabrałam chłopaka do kina

Bridget Jones jest postacią, która wywołuje we mnie naprawdę różne uczucia. Przede wszystkim jest jednak kobietą całkiem nieidealną, marzącą o tym, aby być szczęśliwą i zakochaną. Czyli tak, jak każda kobieta w rzeczywistości. Obok fajnej kariery i zachowania urody z młodości to właśnie szczęście jest celem. Dlatego, mimo małej niechęci do hollywoodzkich romansów, wybrałam się na seans.

Bridget Jones 3

Rok produkcji: 2016

Reżyser: Sharon Maguire
Produkcja: Francja, Irlandia, USA, Wielka Brytania
Wytwórnia: Universal Pictures
Scenariusz: Helen Fielding, Dan Mazer, Emma Thompson
W rolach głównych: Renee Zellweger (Bridget Jones), Colin Firth (Mark Darcy), Patrick Dempsey (Jack Qwant), Emma Thompson (Dr Rawlings)

Bridget Jones, ta sama, którą poznaliśmy kilkanaście lat temu i pokochaliśmy jako tę, której jakoś nic nie wychodzi, ale w końcu, na samym końcu i ona ma swój happy end, powróciła. Zrzuciła kilka kilogramów, zyskała trochę lat i straciła swojego mężczyznę gdzieś po drodze. Znów sama, na kanapie w zbyt dużym swetrze, świętująca w samotności kolejne urodziny. Tym razem na jej drodze ponownie staje dwóch mężczyzn – znany wszystkim Mark Darcy i przystojny Jack Qwant. Bridget staje na początku przygody życia, jaką jest macierzyństwo, a my możemy towarzyszyć jej w pierwszym etapie – ciąży.

O Bridget Jones 3 mogę powiedzieć jedno: dawno się tak nie uśmiałam. Typowo amerykański humor z komedii dla nastolatków dawno mi się przejadł. W tym filmie natomiast uświadczyłam pełno humoru sytuacyjnego i subtelnych nawiązań do poprzednich filmów z serii. Zaskakujące puenty i kwestie głównej bohaterki przyprawione jej specyficznym podejściem do życia sprawiły, że cała sala kinowa (nie tylko ja) trzęsła się ze śmiechu. Łącznie z moich chłopakiem – nie żałował wyjścia do kina.

Nowy mężczyzna w życiu Bridget okazał się szarmanckim i dowcipnym. Prawdziwy wybawca w trudnych chwilach, romantyczny i przynoszący kobiecie ogromny bukiet kwiatów. Czy jednak to wystarczyło, żeby podbić serce niepoprawnej romantyczki?

Na drugim biegunie pan Darcy – poważny adwokat, przechodzący przez rozwód. Mężczyzna, o którym Bridget nie potrafi zapomnieć. Mężczyzna, który kilkanaście lat wcześniej podbił serce niepoprawnej romantyczki swoim uśmiechem. Ale czy po tylu latach udało się odbudować dawne relacje?

Zakończenie przewidywalne, ale czego innego można spodziewać się po Bridget? Moim zdaniem film ten był najlepszy z całej serii – myślę, że to duża zasługa reżyserki (również pierwszej części). A Renee Zellweger powróciła na duże ekrany w pełnej krasie. Mam nadzieję, że dane nam będzie zobaczyć jej trochę więcej w najbliższym czasie.

Film o Bridget Jones nie mógłby obyć się bez choćby odrobiny Daniela Cleavera (Hugh Grant). Dlatego na początku i na końcu filmu pojawia się małe cameo. Nie będę zdradzać w jakiej sytuacji, aby nie spoilerować. Sama nieźle się zdziwiłam i nie chciałabym odbierać nikomu zaskoczenia.


Wybieracie się na Bridget Jones 3? A może zdążyliście się sami przekonać, czy ten film to wasza bajka? Jak wrażenia?

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa