Miesiąc: Sierpień 2016

WroBlog, czyli Zielona Małpa wyszła do ludzi i nawet czegoś się nauczyła

WroBlog, czyli Zielona Małpa wyszła do ludzi i nawet czegoś się nauczyła

Jak już mogliście zauważyć na facebooku, postanowiłam wyjść do ludzi. Ale nie do byle jakich, lecz do innych blogerów z krwi i kości. Zgłoszenie się na WroBlog było czystym spontanem, a ponoć spontan wychodzi najlepiej. Bez większego owijania w bawełnę, przejdźmy do sedna.

Wzięciem udziału w tej konferencji stresowałam się niemal tak bardzo, jak zaczęciem nowej pracy. Spotkania z dużymi grupami nieznanych mi ludzi tak już na mnie działają i za każdym razem stresuję się, jak się okazuje, całkiem niepotrzebnie.

Dzień pierwszy

Prelekcje

Żeby nie powtarzać treści każdej z prelekcji, wymienię, czego się nauczyłam:
– nie trzeba być najlepszą wersją siebie, ale najciekawszą już tak

– warto z góry ustalić granice naszej prywatności, czym chcemy się dzielić, a czym nie
– trzeba myśleć
– warto ustalić minimalną kwotę, za jaką chcielibyśmy podjąć współpracę, i nie zgadzać się na propozycje poniżej tej (realnej) wartości, w innym przypadku możemy zyskać niezbyt pochlebną opinię blogera, który sprzedaje się tanio
– upewniłam się, że warto, obok bloga pisemnego, prowadzić również kanał na YouTube (ta myśl chodziła mi po głowie od momentu, kiedy mój chłopak zaczął taką działalność)
– lepiej mieć motyw przewodni bloga, niż tematykę, co jest moim dużym błędem
– nie należy bać się blogowania

Wśród prelegentów znalazły się takie osoby, jak Andrzej Tucholski i Paweł Opydo, oraz blogująca para Moja dziewczyna czyta blogi. Czerpanie wiedzy od tak doświadczonych osób, to czysta przyjemność, szczególnie w formie wystąpień okraszonych dawką humoru.

Jedzonko

Najadłam się pyszną bagietą francuską z Bagiety z Furgonety (nie zrobiłam zdjęcia, więc pewnie nie nadaję się na blogera). Była pyszna i sycąca. Szkoda tylko, że tak długo musiałam na nią czekać i prawie poddałam się z głodu. Przygotowałam bardzo dziwną kanapkę z Lokalnym Rolnikiem. Niczego nią nie wygrałam, ale sami przekonajcie się, jak bardzo mi nie wyszła. Akurat tego dnia nie miałam weny do jedzenia. Skorzystałam z wielu atrakcji, znalazłam swoją drugą połówkę. Nie było czasu, by się nudzić.

Afterparty

A wieczorem, jak to na uczestnika konferencji przystało, wybrałam się do Graciarni na afterka. Miejsce niezwykle urokliwe i sprzyjające rozmowie. Szkoda tylko, że było tak duszno (pogoda, jak to pogoda, przychodzi, jak chce) i w efekcie przeniosłam się na zewnątrz.

Wbrew pozorom, z blogerami można porozmawiać nie tylko o blogowaniu (choć często temat dążył gdzieś w tym kierunku). Podsłuchałam (i zapisałam w pamięci) kilka dobrych rad od kolegów po fachu.

Dzień drugi

Instawalk

Jedną z atrakcji, na jakie się zapisałam, był Instawalk, czyli spacer po najpiękniejszych miejscach Wrocławia w celu zrobienia kilku fotek na Instagrama. Zobaczyłam jedną z najpiękniejszych klatek schodowych we Wrocławiu. Zapiera dech w piersiach. Szkoda, że moje zdjęcia nie są w stanie oddać tego piękna. Za oprowadzenie po Wrocławiu, jakiego nie znam dziękuję Marcinowi z Wroclovers.

Na końcu Instawalka czekała na nas niespodzianka. Nie dość, że mogliśmy zobaczyć od środka bar i restaurację OVO, budynku, który zaintrygował mnie ciekawym kształtem. A na miejscu usłyszeliśmy historię kilku drinków, które następnie mieliśmy możliwość skosztować. Dowiedziałam się czegoś ciekawego na temat martini, czyli ulubionego drinka Jamesa Bonda. Otóż, aby ten drink sporządzony został zgodnie ze sztuką kelnerską, powinien być on mieszany, nie wstrząsany, czyli odwrotnie niż u Bonda. Poza tym sam drink jest wyjątkowo mocny i nie ma nic do czynienia ze spritem.

Afrykarium

Drugą atrakcją, na którą się zapisałam, było zwiedzanie Afrykarium po zamknięciu. Miałam już kiedyś okazję je zobaczyć, ale brak małych dzieci latających pod nogami ma swój urok. Dodatkowo po obiekcie oprowadził nas sam dyrektor ZOO. Najlepszy przewodnik, jakiego można sobie wyobrazić.

I upewniłam się, że ZOO, to nie tylko zwierzęta, które można iść pooglądać z dzieciakami. Obecnie celem jest również ochrona zagrożonych gatunków zwierząt na świecie. Teraz już wiem, że drogie bilety są źródłem pieniędzy na działania, które być może uratują zwierzęta, o których nigdy nawet nie słyszeliśmy.

Podsumowanie

Cieszę się, że wzięłam udział we WroBlogu. Poznałam kilka bardzo fajnych osób: moją imienniczkę z Będę Kimś, Marcina z Pojedzone, Izabelę z The Secret of Healing i Paulinę z Czytaj na Walizkach. Dziękuję im wszystkich za sprawienie, że ten dzień był jeszcze lepszy niż początkowo myślałam. Dziękuję również osobom, z którymi miałam okazję rozmawiać drugiego dnia: SmileyProject, Marszowickie Pola, Dizajnuch, Mara Time i wszystkim tym, których nie wymieniłam. Było super! Z pewnością wezmę udział kolejny raz, jeśli będą mnie tam chcieli. WroBlog to konferencja blogerów godna polecenia!

Pozdrawiam!

Jestem legendą (2006)

Jestem legendą (2006)

Źródło: followingthenerd

Czy próbowałeś sobie kiedyś wyobrazić świat apokaliptyczny, w którym jesteś jedynym człowiekiem? Walka o przetrwanie i samotność to wyjątkowo kiepscy towarzysze. Jedyną żywą istotą, będącą namiastką dawnego życia jest pies. Jak wygląda taki świat?

Jestem legendą

Rok produkcji: 2007

Reżyser: Francis Lawrence
Produkcja: Australia, USA
Wytwórnia: Warner Bros. Pictures
Scenariusz: Akiva Goldsman, Mark Protosevich
W rolach głównych: Will Smith (Robert Neville), Salli Richardson-Whitfield (Zoe Neville), Willow Smith (Marley Neville), Alice Bragga (Anna), Charlie Tahan (Ethan)

Opustoszałe miasto, zdemolowane ulice i zwierzęta powoli dominujące Nowy Jork to skutki  mutacji wywołanych przez nowy, „cudowny” lek na raka. Lek ten powstał przez specyficzne zmutowanie wirusa odry. Jedynym ocalałym człowiekiem pozostaje Robert Neville, u boku którego kroczy czworonożny przyjaciel. Film przedstawia, co po trzech latach od epidemii działo się w Nowym Jorku i jak naukowiec radził sobie z samotnością.
Zawsze nieco obawiam się filmów, w których jeden aktor odwala prawie całą aktorską robotę. Często okazuje się, że tak ogromny czas na ekranie to zbyt duże wyzwanie i całość jest po prostu nudna. Tutaj Will Smith niemal przez dwie godziny jest jedyną osobą na ekranie, jeśli pominiemy psa, a ani przez chwilę nie byłam znudzona.
Pierwsza połowa filmu może wydać się mało ciekawa, gdyż pokazane tam zostały głównie codzienne zachowania głównego bohatera, polowanie, badania prowadzone przez wirusologa i jego dom. Potem jedno nieprzemyślane działanie prowadzi do tragedii a akcja przyspiesza i w końcu zaczynam przygryzać paznokcie.
Spokojna część filmu przerywana jest krótkimi i dynamicznymi wspomnieniami z ostatnich dni ziemi, kiedy na ziemi było jeszcze dużo ludzi. Pozwalają one lepiej zrozumieć głównego bohatera oraz sytuację, która doprowadziła do globalnej katastrofy.
Film nie jest pozbawiony błędów, szczególnie, że główny bohater jest ostatnim człowiekiem na ogromnym obszarze. Sama widziałam nieco obciętą wersję, przez co kilka wątpliwości musiał rozwiać mój chłopak, który wcześniej oglądał film w wersji nieco pełniejszej.
Zakończenie wcisnęło mnie w fotel. Wiadomo, że Hollywood lubi happy endy i dlatego została stworzona również alternatywna końcówka, dzięki czemu nie zawsze wiadomo, na który film się trafi. W każdym razie osobiście wolę tę, w której nie wszystko kończy się cukierkowo. Oddaje ona w pełni poświęcenie i wewnętrzne wypalenie ostatniego człowieka z Nowego Jorku. Legendy.
Na koniec dodam, że film ten jest jedną z adaptacji powieści o takim samym tytule pióra Richarda Mathesona. Z pewnością, gdy tylko pojawi się okazja, przeczytam książkę, gdyż wśród czytelników na lubimyczytac.pl cieszy się całkiem wysoką oceną
Randka z Bondem – W obliczu śmierci (1987)

Randka z Bondem – W obliczu śmierci (1987)

Nowe oblicze Bonda i nowa przygoda… ekhem… misja. Tym razem wywiewa Bonda w sam środek Europy – do Czechosłowacji i Austrii. A po przeciwnej stronie barykady stanie generał Koskow, którego zamiary okazują się co najmniej podejrzane.

W obliczu śmierci

James Bond – Timothy Dalton
Dziewczyna Bonda – Maryam d’Abo (jako Kara Milovy)
Miejsce akcjiGibraltar, Czechosłowacja (Bratysława), Austria (Wiedeń), Maroko (Tangier)
Reżyser: John Glen
Rok produkcji: 1987
Broń: Walther PPK
Gadżety: lornetka termowizyjna, urządzenie aktywowane dźwiękiem (gaz obezwładniający i ładunek wybuchowy), klucz całkiem uniwersalny (otwiera 90% zamków)

Stałe elementy:

Sekwencja początkowa – pojawia się w standardowym wydaniu, James Bond ukazuje się z punktu widzenia gwintowanej lufy pistoletu, strzela do przeciwnika, ekran zalewa się krwią. Tym razem jest to już Timothy Dalton.
Sekwencja przedtytułowa – Trójka agentów z sekcji 00 ma zbadać instalacje radarowe w ramach szkolenia. Wśród podstawionej ekipy ze sztucznymi broniami znajduje się człowiek, którego pistolet strzela prawdziwymi kulami. Zabija on dwóch agentów 00, a Bond próbuje go powstrzymać przed zabiciem również jego.
Czołówka – motywem przewodnim czołówki jest strzelająca broń. Pojawia się również wyświetlone laserem logo Jamesa Bonda. Piosenka tytułowa to The living daylights w wykonaniu A-HA.
Zwroty:
  • Nazywam się Bond. James Bond. – nie zwróciłam uwagi, czy James Bond przedstawiał się swoją ulubioną frazą.
  • Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane. – James Bond w hotelu zamawiał martini z wódką, wstrząśnięte, nie mieszane.
Przedstawienie gadżetów – Bond dostaje gadżety w pracowni Q. W tle zobaczyć można różne bronie, które są w trakcie rozwoju. Najzabawniejszy jest ghettoblaster, który okazuje się małą wyrzutnią rakiet.
James Bond powróci w… – podobnie, jak poprzednio nie został wymieniony konkretny tytuł, jedynie informacja, że James Bond powróci. (Licencja na zabijanie)

James Bond staje przed kolejnym zadaniem. Udaje się do Bratysławy, aby chronić generała Koskowa, co jest życzeniem zagrożonego. Wkrótce okazuje się, że to generał Koskow jest największym zagrożeniem, a jego plan przewiduje między innymi zamordowanie wszystkich agentów z dwoma zerami.

James Bond w nowym wcieleniu

W filmie zwróciłam przede wszystkim uwagę na samego Bonda. Jego postać jest zdecydowanie bardziej poważna niż ta, którą grał Moore. Jednocześnie nie zauważyłam, aby Bond Daltona wypadł sztywno na tle poprzedników. Moim zdaniem jest to powiew świeżości w serii, która ostatnio zaczęła mnie odrobinę nudzić. W W obliczu śmierci James Bond jest bardziej czuły, doskonale zna swój sprzęt i nie musi liczyć wyłącznie na szczęście.

Nowa twarz panny Moneypenny

Jak się okazało, ostatnio nie pożegnaliśmy się tylko z Rogerem Moorem, ale również z Lois Maxwell, która odgrywała rolę panny Moneypenny. Będzie mi brakować jej dojrzałego flirtu z agentem i tego charakterystycznego uśmiechu, którym zawsze obdarzała Bonda. Nowa aktorka wcielająca się w jej rolę nie powala. Panna Moneypenny wypada w wykonaniu Caroline Bliss dość blado. Przy eleganckiej postawie Lois Maxwell nowa aktorka przypomina raczej dziewczynę z liceum. Brakuje tylko chichotania.
W tym filmie mieliśmy możliwość zobaczenia na oczy jednej z siedzib MI6. Poza znanym nam już doskonale biurem możemy przekonać się, że agenci i ich przełożeni również lubią odpocząć na wsi. A w małej willi nawet kucharz zna różne sztuki walki.

W porównaniu do poprzednich części, sporo mogliśmy oglądać na ekranie M, Q i ministra obrony. Wątek główny niejako zmusił scenarzystów do wpisania tych ról w kilku miejscach w filmie, a to z kolei pozwoliło mi nieco bliżej poznać postaci, które zazwyczaj pojawiały się na kilka minut i ich rola sprowadzała się do poinformowania Jamesa Bonda o nowych misjach.

Kara Milova – nowa dziewczyna Bonda

W dziewczynę Bonda wcieliła się Maryam d’Abo, znana później między innymi z filmu Dorian Gray, którego recenzja pewnie niedługo pojawi się na blogu, bo udało mi się dorwać w bibliotece książkę. Aktorka doskonale sprawdziła się w roli „prześlicznej wiolonczelistki” (jak to śpiewali Skaldowie). Tym razem Bond „opiekuje się” bowiem nie naukowcem, nie pilotem awionetki, ale artystką, kobietą z wiolonczelą.

Generał Koskow

Dość realny scenariusz w połączeniu z dobrym reżyserem i doświadczonym aktorem pozwoliły na stworzenie naprawdę dobrego filmu, który z pewnością na długo pozostanie mi w pamięci. Szkoda tylko, że główny antagonista wypadł dość słabo w porównaniu do wcześniejszych. W głowie mam przede wszystkim Maxa Zorina z poprzedniego Zabójczego widoku. Generał Koskow (Jeroen Krabbé) przywodzi mi na myśl rozwydrzonego dzieciaka, który chce oszukać wszystkich i zgarnąć wszystkie nagrody, choć na nie nie zasługuje. Ale, jak widać, każdy film z serii ma jakieś wady.

Dla zainteresowanych: 23. sierpnia każdy z was będzie mógł przekonać się, jak to jest być W obliczu śmierci na kanale TVP2 o 22:35. Liczę na obecność każdego z was i podzielenie się opinią 🙂

Pozdrawiam,


Zielona Małpa

Hollywoodland (2006)

Hollywoodland (2006)

Morderstwo czy samobójstwo? Pewne zagadki nigdy nie zostają wyjaśnione i intrygują ludzi przez lata, dziesięciolecia a nawet stulecia. Szczególnym przypadkiem są tajemnice znanych postaci, szczególnie tych z samego serca Hollywood. Taką tajemnicą owiana jest śmierć George’a Reevesa, który zasłynął z roli Supermena w serialu Adventures of Superman i innych produkcjach związanych z tym bohaterem.


Hollywoodland

Rok produkcji: 2006
Reżyser: Allen Coulter
Produkcja: USA
Scenariusz: Paul Bernbaum
Muzyka: Marcelo Zarvos
W rolach głównych: Adrien Brody (Louis Simo), Diane Lane (Toni Mannix), Ben Affleck (George Reeves), Bob Hoskins (Eddie Mannix), Robin Tunney (Leonore Lemmon)

Hollywood tym razem sięgnęło po historię rodem z Hollywoodland (wcześniejsza nazwa tej części Los Angeles). Gwiazda – George Reeves – zostaje znaleziony martwy z dziurą po kuli w głowie. W świat idzie informacja, że Superman popełnił samobójstwo. Prywatny detektyw przyjmuje zlecenie na odnalezienie prawdziwej przyczyny jego śmierci.
Allen Coulter, reżyser filmu, przed Hollywoodland zajmował się głównie serialami. Wiecie jaka jest wspólna cecha większości pierwszych odcinków? Są przeraźliwie nudne. Twórcy próbują przekazać jak najwięcej ważnych informacji o bohaterach i ich otoczeniu. Ta atmosfera pierwszego odcinka częściowo towarzyszy nam przez większość filmu. Można to traktować jako plus, bądź jako minus. Jeśli ktoś oczekuje spokojnego kryminału, z pewnością nie może przejść obok tego dzieła obojętnie, natomiast miłośnicy szybkiej akcji nie znajdą tu nic ciekawego.

Plakat filmowy przedstawia trójkę głównych bohaterów. Kolorystyka idealnie kojarzy się z nastrojem w filmie – nieco ponurym i wolnym. Za tło posłużyły gazety, które symbolizują media, grające sporą rolę w filmie. A samotnie spacerujący Superman to zapowiedź walki aktora ze sławą.

Film jest dwuwątkowy. Jeden wątek skupia się na postaci detektywa i śledztwie, natomiast drugi to przebłyski z przeszłości aktora. Ten sposób przedstawienia postaci często dobrze się sprawdza, tak jest i tutaj. Poznajemy świat Hollywoodland na dwóch płaszczyznach – od podszewki i z punktu widzenia osoby nie związanej z tym środowiskiem.
Jedną z głównych ról gra Adrien Brody. Należy on do grupy kilku aktorów, których trudno mi znieść na ekranie. Tym razem pokazał jednak lepszą stronę aktorskiej sztuki i byłam wytrzymać jego postać bez większych „ale”.

Każdy chyba oglądał kiedyś jakiś serial. Seriale mają głównych bohaterów, do których się przyzwyczajamy i zawsze w aktorach odtwarzających te role będziemy choć trochę widzieć postaci, które grali w odcinkach. Ten problem zauważyłam tu na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, oglądałam kiedyś Mentalistę, w którym Robin Tunney gra główną rolę u boku Simona Bakera. W tym filmie wciela się w postać Leonore Lemmon, a ja wciąż widzę ją jako Teresę Lisbon.

Druga płaszczyzna tego problemu leży w postaci George’a Reeves’a, który przez rolę Supermana był zawsze kojarzony właśnie z nim. Dlatego trudno było mu później dalej zajmować się aktorstwem w Hollywood.

Na uwagę zasługuje tu wyjątkowo dobrze dopasowana muzyka. Jest tak subtelna, że niema niedostrzegalna, a jednak widz ma świadomość jej istnienia. Dzięki niej film zyskał specyficzny klimat cofający nas o kilkadziesiąt lat wstecz. 

Film w dość małym stopniu skupia się na śledztwie. Śmierć aktora jest wymówką, aby pokazać realia ówczesnego Hollywoodland. Coulter pokazał zarówno piękną, jak i pełną skaz stronę Hollywood. Już wtedy media miały spory wpływ na społeczeństwo, a aktorzy próbowali dostać się na wielkie ekrany wszelkimi metodami. Choć po filmie spodziewałam się raczej typowego kryminału, to z zaciekawieniem obejrzałam go do końca. 
Oglądaliście Hollywoodland? A może udało mi się kogoś na to namówić? Jeśli znacie podobne filmy, podzielcie się tytułami.

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa