Miesiąc: Maj 2016

Randka z Bondem – Szpieg, który mnie kochał (1977)

Randka z Bondem – Szpieg, który mnie kochał (1977)

Serdecznie zapraszam na recenzję filmu Szpieg, który mnie kochał. Jest to film wyjątkowo mi bliski, bo pierwszy, który pamiętam z serii o Bondzie, w dodatku z jednym z moich ulubionych bohaterów. Agent 007 musi tym razem zmierzyć się z misją odnalezienia zaginionych okrętów podwodnych.

Szpieg, który mnie kochał
na podstawie powieści Iana Fleminga – Szpieg, który mnie kochał

James Bond – Roger Moore
Dziewczyna Bonda – Barbara Bach (jako Mayor Anja Amasova)
Miejsce akcji: Rosja, Egipt, Włochy (Sardynia), Austria
Reżyser: Lewis Gilbert
Rok produkcji: 1977
Broń: Walther PPK
Gadżety: zegarek z telegrafem, uzbrojony samochód hybrydowy

Stałe elementy:
 
Sekwencja początkowa – pojawia się w standardowym wydaniu, James Bond ukazuje się z punktu widzenia gwintowanej lufy pistoletu, strzela do przeciwnika, ekran zalewa się krwią.
Sekwencja przedtytułowa – akcja toczy się w okręcie podwodnym. Na pokładzie pojawiają się pokłady techniczne i załoga próbuje je rozwiązać. Traci ona kontakt z resztą świata. Okazuje się, że łódź podwodna zaginęła i James Bond zostaje wysłany na misję rozwiązania zagadki podobnych zniknięć. Równolegle poznajemy radzieckiego agenta XXX, który okazuje się kobietą.  
Czołówka – Czołówka tym razem różni się od poprzednich obecnością agenta 007. Pokazane są dwie postaci, obie mają broń. Bond jest ubrany, natomiast kobieta nie… Piosenka tym razem nosi inny tytuł niż film: Nobody does it better i jest wykonana przez Carly Simon.

Zwroty:
  • Nazywam się Bond. James Bond. – Tym razem James Bond nie miał okazji przedstawić się swoja ulubioną kwestią.
  • Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane. – Wspomniany jest ulubiony drink Bonda, ale on prosi o informacje. Później agentka XXX wykazuje się znajomością przyzwyczajeń Bonda, zamawiając dla niego martini z wódką, wstrząśnięte, nie mieszane.


Przedstawienie gadżetów – Q przekazał Jamesowi samochód hybrydowy wyposażony w cały arsenał różnych broni i z masą funkcji obronnych.
James Bond powróci w… Tylko dla Twoich oczu

W filmie Szpieg, który mnie kochał, James Bond zajmuje się rozwiązaniem zagadki znikających okrętów podwodnych, co szybko doprowadza go do Karla Stromberga – człowieka, który chce wywołać wojnę nuklearną i pozwolić tylko garstce wybrańców przeżyć w bazie podwodnej. Jego idea kogoś mi przypomina. Wywiad angielski oraz radziecki łączą swoje siły, aby powstrzymać szaleńca i zapobiec wybuchowi wojny nuklearnej.

Porównując ten film do poprzedniego, nie da się nie zauważyć poprawy spójności akcji. Nie jest to już zlepek scen, z których połowa mogłaby zostać pominięta, ale spójne i trzymające w napięciu dzieło kinematografii.

Główny przeciwnik Bonda, Karl Stromberg, jest człowiekiem o własnych, niezbyt popularnych przekonaniach. Uważa, że wśród ludzi panuje korupcja i dekadencja i w związku z tym pragnie stworzyć własny świat z ludźmi żyjącymi w zgodzie pod powierzchnią oceanu. Choć nie można nie zgodzić się z tym, że ze społeczeństwem jest coś nie tak, szczególnie w obecnych czasach, to jednak chęć wymordowania niemal całej ludzkości łącznie z całą fauną i florą wydaje się zbyt drastyczna. Rola ta odegrana została przez Carla Jürgensa, austriackiego aktora.

Szpieg, który mnie kochał dał szansę kobiecie na rolę równie ważną, jak ta głównego bohatera. Kobieta-szpieg okazuje się godnym przeciwnikiem i inteligentnym współpracownikiem potrafiącym wykorzystać zarówno swój urok, jak i rozum. Oczywiście, ulega Jamesowi, w innym przypadku byłabym bardzo zdziwiona. W końcu jedna z kobiet w tym filmie nawet oddaje za niego swoje życie, choć poznała go zaledwie kilka minut wcześniej.

Nie da się nie wspomnieć o moim ulubionym czarnym charakterze – Buźce. Właściwie powinien on nosić polską ksywkę Szczena, ale Buźka kojarzy się z małym uśmiechniętym chłopcem, przez co kontrast pomiędzy bohaterem a jego nazwą jest ogromny. Jest bohaterem, który najbardziej wyrył mi się w pamięci podczas piątkowych seansów z moim tatą, kiedy byłam jeszcze w podstawówce. Szczerze mówiąc, zawsze miałam wrażenie, że wystąpił on w co najmniej czterech filmach, gdzie w rzeczywistości miało to miejsce w zaledwie dwóch.

Szpieg, który mnie kochał jest dobrym filmem, który w pewnym sensie połączył W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości z resztą serii przez wspomnienie żony agenta i jej śmierci. Sam James Bond zrzucił na chwilę swoją maskę i pokazał, że za jego flirciarską naturą kryje się wrażliwa i zraniona dusza.

 
Pozdrawiam,
 
Zielona Małpa

Jarmark Świętojański we Wrocławiu

Jarmark Świętojański we Wrocławiu

Nadeszła ciepła i kolorowa część wiosny, zakwitły kwiaty, petunie i piwonie przy koszach na śmieci. Na wrocławskim rynki pojawiły się ponownie drewniane budki z różnymi ciekawymi towarami – Jarmark Świętojański.

W sobotę, głównie ze względu na cudowną pogodę, wybrałam się na rynek. Pamiętałam o tym, że właśnie zaczął się Jarmark Świętojański, ale nie był to mój główny cel.
Jarmark już z daleka przyciągnął mnie z daleka zapachami. Dlatego tuż po odwiedzeniu sklepu przespacerowałam się kilkanaście metrów w kierunku rynku.
Jarmark Świętojański jest znacznie mniejszy niż Bożonarodzeniowy, ale, chyba głównie ze względu na porę roku, bardziej przystępny. Głównym drinkiem, w odróżnieniu od Bożonarodzeniowego grzańca, jest piwo i cydr.
Również ozdoby są inne: wszędzie kwiaty i drewniane akcenty. Za budkami znajdują się „miejskie plaże”, na których opalały się męskie klaty.

 

Szczerze polecam kupić węgierski kurtoszkołacz – drożdżowe ciasto w kształcie nawijanego walca. Idealna forma na jarmark i na obszary turystyczne – można odrywać po kawałku. Niestety zjadłam większość, zanim pomyślałam, że mogłabym zrobić zdjęcie.

 

Serdecznie polecam wybranie się na jarmark, a następnie spacer po pięknym Wrocławiu.
Pozdrawiam,
Zielona Małpa
Juwenalia Politechniki Wrocławskiej 2016

Juwenalia Politechniki Wrocławskiej 2016

Juwenalia to taka część studenckiego życia, która zawsze wywołuje we mnie skrajne emocje. Lubię fakt, że można się dobrze i tanio pobawić i odstresować przed tygodniami pełnymi zaliczeń i kolokwiów. Uczelni zazwyczaj organizują sporo wydarzeń kulturalnych, tematycznych i informacyjnych, więc praktycznie każdy znajdzie coś dla siebie.
 


Poniedziałek

Śniadanie z Rektorem

Od kilku lat juwenalia politechniki rozpoczynają się spotkaniem władz uczelni ze studentami na Śniadaniu z Rektorem. Kiedyś to wydarzenie odbywało się w budynku C13, zwanym przez studentów serowcem. W momencie, kiedy wybudowano i udostępniono Strefę Kultury Studenckiej, impreza przeniosła się do tego właśnie budynku. Obecnie sala, w której Rektor rozpoczyna juwenalia służy na co dzień za stołówkę.

Śniadanie z Rektorem rozpoczynało się w tym roku o 9.00. Na miejsce przybyłam o 8.30 i zastałam co najmniej 300 osób czekających na otwarcie drzwi. Władze uczelni standardowo spóźniły się o niemal 20 minut. Po krótkim przemówieniu studenci ruszyli do walki. A było o co walczyć. Poza bułką, jabłkiem i sokiem można było załapać się na pamiątkowy kubek, który można dostać tylko podczas tego wydarzenia. Mogę pochwalić się już dwoma takimi kubeczkami – z 2014 roku i tegorocznego.

Przed rozpoczęciem bitwy o kubek było tyle miejsca, ile widać na powyższym zdjęciu. A tuż przed otwarciem „bramek” to miejsce zmniejszyło się do około dziesięciu procent.

Koncert Chóru i Big Bandu

Wieczorem wybrałam się z chłopakiem i znajomymi na koncert politechnicznego Big Bandu i Chóru pod znakiem Ameryki. Sam pomysł i wykonanie były ciekawe, natomiast wszyscy, łącznie z członkami chóru, narzekali na kiepskie nagłośnienie. Przede wszystkim wynikało to ze złego doboru mikrofonów, nie dostosowanych do śpiewania. Mimo wszystko oceniam koncert na plus. Trochę kultury nie zaszkodzi.

A po koncercie poszliśmy ze znajomymi napić się piwa i pogadać. Siedzieliśmy tak długo, że zaczęło się robić chłodno i rozeszliśmy się szczękając zębami.

Wtorek

Wtorek był maratonem, jak każdy inny wtorek w tym semestrze. Wykład o 9.15, pomiary do pracy magisterskiej o 10.30, spotkanie z przedstawicielami pewnej firmy chemicznej o 11.15, następnie szybki obiad, wykład o 13.15, bieg na zajęcia z języka hiszpańskiego o 15:15, zakupy na środowego grilla i na zakończenie tego maratonu Maraton Kina Czeskiego na dachu Strefy Kultury Studenckiej, organizowany przez DKF.

Maraton Kina Czeskiego

Szczerze mówiąc, po zakupach byłam już tak zmęczona, że nie miałam ochoty iść na nocne kino. W ostatniej chwili zebrałam siły i mimo średniego samopoczucia ubrałam się, zaopatrzyłam w koc i poszłam. Na miejscu każdy mógł poczęstować się babeczką – kopczykiem kreta z Krecikiem. Niestety było już trochę za ciemno na zrobienie ładnego i wyraźnego zdjęcia.


Pokazano dwa filmy: Guzikowcy i Pociągi pod specjalnym nadzorem.

Guzikowcy

Pierwszy z filmów nie zapowiadał się dobrze przez pierwszy kwadrans. Nie bardzo wiadomo było o co chodzi. Czarno-białe sceny przedstawiające Japończyków na przemian z Amerykanami w samolocie.
Okazało się, że jest to zlepek scen, które początkowo wydawały się ze sobą nie związane. W rzeczywistości całość okazał się czarną komedią, łącząca wiele wątków w jeden, niechronologiczny film.

Pociągi pod specjalnym nadzorem

Drugim filmem były Pociągi pod specjalnym nadzorem. Jedno z dzieł czeskiej kinematografii.
Przedstawiał on historię pewnego młodego chłopaka, który zaczął pracę na kolei, jak jego ojciec i dziadek. Miloš, główny bohater zmagał się z niemal wszystkimi problemami dorastania – pierwszą miłością, pierwszym razem, pierwszą pracą… Inni bohaterowie zmagali się z własną naturą, na przykład jeden z pracowników kolei podrywał każdą kobietę i niejednokrotnie miał z tego powodu problemy.
Film momentami nie trzymał się kupy (moim zdaniem) i był dość ciężki w odbiorze, pewnie głównie ze względu na późną godzinę.

Środa

Wielkie Grillowanie

Środa też była maratonem, ale nieco mniej intensywnym. Na osiedlu studenckim organizowane było Wielkie Grillowanie. Po zajęciach wybraliśmy się z małą grupą znajomych i znaleźliśmy prawdopodobnie ostatni wolny kawałek trawy do rozłożenia się. W ciągu godziny zeszło się kilkanaście osób, z których większości nie znałam i grillowaliśmy do północy. Standardowo znalazło się kilka bezpańskich kiełbasek, które trzeba było zjeść.

Czwartek

Pochód Juwenaliowy

Pochód Juwenaliowy zawsze jest moją ulubioną częścią Juwenaliów, głównie przez możliwość przebrania się. Na pierwszym roku byłam chirurgiem, potem budką telefoniczną a w zeszłym kowbojką.

W tym roku nie dałam rady nic skombinować, ponieważ cierpię na niedobór czasu wolnego, co pośrednio przekłada się na niezadowalającą frekwencję na blogu. Dlatego wybrałam się w standardowym ubraniu w nadziei pooglądania innych ciekawych przebrań.
Uważam, że tegoroczny pochód był słaby w porównaniu do poprzednich. Domyślam się, że powodów jest kilka:
  • moje ogromnie wygórowane oczekiwania, bo poprzednie pochody były wspaniałe
  • widziałam już sporo ciekawych przebrań i te wydawały mi się już mało oryginalne
  • przyzwyczaiłam się do tego szumu i łubu dubu
  • rzeczywiście był to słabszy pochód.
W efekcie nie ma to dużego znaczenia, bo i tak bawiłam się całkiem dobrze.

Koncerty

W tym roku podczas juwenaliowych koncertów nie grał nikt, kogo rzeczywiście słucham, dlatego poszliśmy ze znajomymi tylko na pierwszy. A serię koncertów na Tekach rozpoczynał Vavamuffin, którego widziałam, słyszałam i do którego muzyki bujałam się na Przystanku Woodstock. Choć polskiego reggae nie można uznać za prawdziwe reggae, to można się przy nim całkiem dobrze bawić nawet bez znajomości piosenek.
Po tym koncercie poszliśmy z chłopakiem na pizzę, a potem położyliśmy się, żeby się na godzinkę zdrzemnąć i obudziliśmy się wieczorem. Juwenalia zjadły nas w całości.

Piątek

W piątek niestety miałam wykłady, dlatego po powrocie o 17 byłam kompletnie wypompowana z sił i nie miałam ochoty dalej imprezować.

Podczas tegorocznych Juwenaliów nie wypiłam zbyt dużo alkoholu. Od jakiegoś czasu mam z nim straszne problemy, bo jestem w stanie upić się jednym piwem. Dlatego unikam ostatnio trunków niemal każdego rodzaju. Przynajmniej zaoszczędziłam.

Czy Juwenalia to impreza dla was? Macie jakieś ciekawe wspomnienia z podobnych wydarzeń?

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

Randka z Bondem – Człowiek ze złotym pistoletem (1974)

Randka z Bondem – Człowiek ze złotym pistoletem (1974)

W filmie Człowiek ze złotym pistoletem możemy zobaczyć Jamesa Bonda granego przez Rogera Moore’a już po raz drugi. Tym razem agent 007 będzie musiał zmierzyć się z najlepszym płatnym zabójcą. Zabierze nas w chińskie klimaty.

Człowiek ze złotym pistoletem

James Bond – Roger Moore
Dziewczyna Bonda – Britt Ekland (jako Mary Goodnight)
Miejsce akcji: Hongkong (Chiny), Bejrut (Liban), Bangkok (Tajlandia) 
Reżyser: Guy Hamilton 
Rok produkcji: 1974
Broń: Walther PPK
Gadżety: złoty pistolet, przylepny sutek

Stałe elementy:
 
Sekwencja początkowa – pojawia się w standardowym wydaniu, James Bond ukazuje się z punktu widzenia gwintowanej lufy pistoletu, strzela do przeciwnika, ekran zalewa się krwią.
Sekwencja przedtytułowa – na początku widzimy skalistą plażę, na której relaksuje się mężczyzna z trzema sutkami. Mężczyźnie usługuje karzeł. Na plażę przypływa mężczyzna, który próbuje zabić człowieka z nadmiarowym sutkiem. Następnie pokazana jest ich walka i zabawka w kotka i myszkę.  
Czołówka – czołówka była standardowa, czarne tło, kolorowe kobiety, lilie wodne, fajerwerki i złoty pistolet. Piosenka tytułowa śpiewana jest przez Lulu i średnio przypadła mi do gustu, ponieważ była zbyt rockowa w porównaniu do wcześniejszych piosenek. Ale i tak była bardziej Bondowska niż ta w wykonaniu Paula MacCartney’a i Wings.

Zwroty:
  • Nazywam się Bond. James Bond. – kwestia pojawiła się w filmie.
  • Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane. – Tym razem James Bond nie uraczył się swym ulubionym drinkiem.


Przedstawienie gadżetów – Q tym razem nie przedstawiał Jamesowi arcyciekawych gadżetów.
James Bond powróci w… Szpieg, który mnie kochał

James Bond zostaje wezwany do kwatery głównej MI6 (angielskiego wywiadu). Tam dowiaduje się, że przysłano złoty pocisk z wygrawerowanym numerem  007, co jest dość wymownym symbolem. Bond, chcąc stawić czoła najlepszemu płatnemu zabójcy, wybiera się na poszukiwania Francisco Scaramangi – człowieka ze złotym pistoletem.

Moim zdaniem film jest całkiem dobry, jednak druga połowa ciągnęła się i była chwilami mało spójna. Doczytałam, że książka, na podstawie której napisano scenariusz, nie została dokończona przez Iana Fleminga, ponieważ on zmarł. Myślę, że ingerencja innej osoby w dokończenie powieści spowodowała pewne niedoskonałości fabularne.

Dziewczyna Bonda również nie przypadła mi do gustu, ponieważ sprawiała wrażenie idiotki. Co ciekawe, była ona w pewnym sensie współpracowniczką Bonda – agentką. Nie wyobrażam sobie, aby taka osoba przeszła choćby testy psychologiczne czy na inteligencję. Była po prostu wyjątkowo irytująca.

Za to postać Francisco Scaramangi wyjątkowo przypadła mi do gustu. Aktor wydał mi się znajomy i rzeczywiście… Młody Christopher Lee.

Co do Jamesa Bonda, to po raz kolejny przekonałam się, że charakter grany przez Rogera Moore’a jest nieco inny niż Seana Connery’ego. Odrobina humoru połączona z pewnością siebie i mniej lub bardziej wyszukanym flirtem.
Na plus przemawia tło filmu, które jest połączeniem chińskich ulic (wraz ze stereotypowymi zupkami i Chińczykami) i tajlandzkich wysp. Z pewnością każdy kojarzy wyspę, na której Scaramanga miał swoją siedzibę, z której rozpościera się widok na krystalicznie czyste morze i charakterystyczną skałę wystającą z wody, niczym gwóźdź. Odgrywa ona pewną dość istotną rolę w filmie, ale nie chcę mówić nic więcej, żeby nie psuć nikomu zabawy.


Człowiek ze złotym pistoletem nie jest złym filmem. Niestety, nie jest też filmem tak dobrym jak te z Seanem Connerym. Moim zdaniem chodzi głównie o spójność fabuły, która nieco utrudnia łatwy odbiór filmu. Mam nadzieję, że mimo wszystko znajdą się chętni do obejrzenia Człowieka ze złotym pistoletem.

 
Pozdrawiam,
 
Zielona Małpa

Randka z Bondem – Żyj i pozwól umrzeć (1973)

Randka z Bondem – Żyj i pozwól umrzeć (1973)

Kolejny raz spotykamy się z Bondem, tym razem w nowej odsłonie. W rolę agenta 007 wcielił się Roger Moore, którego będziemy oglądać przez kolejne 7 filmów. W jakie tarapaty James Bond wpadnie tym razem?


Żyj i pozwól umrzeć

James Bond – Roger Moore
Dziewczyna Bonda – Jane Seymour (jako Solitaire)
Miejsce akcji: Karaiby (San Monique), Wielka Brytania, USA
Reżyser: Guy Hamilton 
Rok produkcji: 1973
Broń: Walther PPK
Gadżety: miniaturowy telegraf w kształcie szczotki, zegarek z elektromagnesem


Stałe elementy:

Sekwencja początkowa – pojawia się w standardowym wydaniu, James Bond ukazuje się z punktu widzenia gwintowanej lufy pistoletu, strzela do przeciwnika, ekran zalewa się krwią.
Sekwencja przedtytułowa – Akcja zaczyna się w siedzibie ONZ, gdzie trwa spotkanie przedstawicieli państw członkowskich. Jeden z przedstawicieli Wielkiej Brytani zostaje zamordowany ultradźwiękami. Następnie akcja przenosi się do Nowego Orleanu, gdzie zostaje zabity kolejny członek brytyjskiego wywiadu.
Czołówka – piosenka tytułowa została napisana przez Lindę i Paula McCartney a wykonana przez zespół Paul McCartney & Wings. Moim zdaniem utwór jest mało „Bondowski”, kojarzy się raczej z Beatlesami, przez co nie przypadł mi do gustu. Sama czołówka  jest dość standardowa, czarne tło, nagie kobiety i ogień.

Zwroty:
  • Nazywam się Bond. James Bond. – Bond chce się przedstawić, ale rozmówca przerywa mu, mówiąc, że nazwiska są na nagrobki.
  • Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane. – W tym filmie James Bond nie prosi o ulubiony drink.


Przedstawienie gadżetów – tym razem Q nie wręczał Bondowi żadnych gadżetów. 
James Bond powróci w… – Człowiek ze złotym pistoletem

Trzech członków angielskiego wywiadu zostaje zamordowanych w krótkich odstępach czasu. M zleca Bondowi odszukanie i unieszkodliwienie zabójców. Podejrzanym jest szycha nowojorskiego podziemia. Tropy prowadzą agenta na karaibską wyspę San Monique, na której kult vodoo kwitnie w najlepsze.

Nowy aktor odgrywający znaną i lubianą rolę zawsze stanowi pewne wyzwanie. Roger Moore był brany pod uwagę już w filmie Doktor No. Gdyby wtedy wszystko potoczyło się inaczej, być może poznalibyśmy całkiem innego Bonda…

Roger Moore już w pierwszym swoim filmie przekonał mnie, że producenci podjęli najlepszą możliwą decyzję. James Bond w pierwszej scenie filmu… namiętnie całuje się z kochanką w łóżku. Czy może być jakieś lepsze wprowadzenie nowego Bonda? Roger Moore wprowadził do filmu sporo świeżości. Ciekawostką, a raczej interesującym spostrzeżeniem może być fakt, że Roger Moore w Żyj i pozwól umrzeć miał 46 lat, czyli 5 lat więcej niż Sean Connery w Diamenty są wieczne, a sprawia wrażenie młodszego i niezwykle dynamicznego. Jakby Bondowi ubyło te 5 lat, a nie przybyło.

Kiedyś spotkałam się z teorią, że kobiety Bonda mają pecha w dalszej karierze, ponieważ nielicznym udało się po wystąpieniu u boku agenta zaistnieć w filmografii. Jane Seymour, która wcieliła się w rolę pięknej wróżki Solitaire, jest po dziś dzień znaną i szanowaną aktorką. Zdecydowanie udało jej się przerwać złą passę dziewczyn Bonda.

Sam film jest wyjątkowo dobry. Sporo akcji sprawia, że widz nie nudzi się ani przez chwilę. Jedyna dłużąca się scena to pościg motorówkami. Została ona jednak zmodyfikowana i w jego trakcie pojawiają się przerywniki w postaci perypetii pewnego dość specyficznego szeryfa. Dzięki temu scena wydaje się bardzo dynamiczna.

Na plus przemawia również brak organizacji W.I.D.M.O. Nowy wróg, nie związany z Blofeldem, sprawił, że oglądałam film z jeszcze większym zaciekawieniem.


Pierwszy film z Rogerem Moorem okazał się strzałem w dziesiątkę. Zmiana aktora grającego główną rolę i wroga agenta 007 wprowadziły sporą dawkę świeżości do serii. Polecam!

A czy wy oglądaliście Żyj i pozwól umrzeć? Jak się podobało?

Pozdrawiam,

Zielona Małpa

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa