Miesiąc: Kwiecień 2016

Remigiusz Mróz – Ekspozycja

Remigiusz Mróz – Ekspozycja

Nazwisko autora Ekspozycji często przewijało się na czytanych przeze mnie blogach. Nigdy nie przeczytałam jednak żadnej recenzji jego książki, ani nawet informacji o samym autorze. Kiedy postanowiłam wziąć udział w Kryminalnym Klubie Książki, organizowanym przez blog Skrzynka Pełna Książek, nie spodziewałam się, że na pierwszy ogień pójdzie właśnie ta powieść.

Książka wciągnęła mnie od pierwszego rozdziału i zaskakiwała do ostatniej strony, która, poza ogromnym zaskoczeniem, wywołała we mnie chęć sięgnięcia po kolejną książkę z serii.
Zacznę od bohaterów, szczególnie tych głównych.

Bohaterowie


Wiktor Forst
Główny bohater zasługuje w tej książce na szczególne miejsce, ponieważ jest postacią tak samo realną, jak nierealną. Jego charakter, jak to w życiu bywa, pozostawia wiele do życzenia, przez co potrafię wyobrazić sobie takiego człowieka, jak Wiktor kroczącego po ulicach Wrocławia i próbującego kolejny dzień z rzędu nie sięgnąć po alkohol.
Jego siła fizyczna i zdrowie sprawiają w książce wrażenie niemalże niezniszczalnych. Został pobity tyle razy w krótkim czasie, że powinien być co najmniej warzywkiem na końcu książki. Takie rzeczy przeżył tylko Rasputin, a i on w końcu (chyba) umarł.
Olga Szrebska
Ładna i inteligentna dziennikarka towarzyszy Forstowi niemal przez całą książkę. Fizycznie przeżywa znacznie mniej niż Wiktor, jednak jako kobieta, która być może nie była przyzwyczajona do fizycznego bólu i długotrwałego stresu, niekoniecznie sprawia wrażenie realnie stąpającej po tej ziemi.

Oczekiwania

Sięgając po Ekspozycję oczekiwałam dobrego kryminału i wciągającej fabuły, ponieważ w oczekiwaniu na moją kolej w bibliotece miejskiej zrobiłam mały research dotyczący autora i ogólnej opinii o nim oraz jego powieściach. Okazuje się, że ominął mnie spory kawałek dobrego czytania, kiedy przez kilka lat dość nieświadomie unikałam książek.
Po przeczytaniu opisu z tyłu książki spodziewałam się dążenia komisarza Forsta do odnalezienia i ukarania zabójcy nagiego człowieka znalezionego na krzyżu na Giewoncie. 

Rzeczywistość

Pierwsze kilkadziesiąt stron dążyło do spełnienia moich oczekiwań i wstępnej wizji książki. Było morderstwo, perypetie bohaterów i śledztwo. Jednak później, z każdą kolejną stroną książka zaczynała coraz bardziej odbiegać od moich oczekiwań. Pojawiły się wątki, których początkowo się nie spodziewałam, a akcja z początkowego biegu stopniowo zamieniała się w sprint i w jazdę po autostradzie. Morderstwo okazało jednym z wielu, a seryjni mordercy to bardzo lubiany przeze mnie motyw.
Wątek monet i zwojów z Qumran
Kiedy zauważono, że monety wkładane do ust ofiar mogą mieć związek ze zwojami znalezionymi w latach 40. w Qumran, i zaczęto dążyć w tym kierunku i odkrywano kolejne tajemnice, książka w dużym stopniu zaczęła przypominać mi Kod Leonarda da Vinci Dana Browna. Ujawnianie historycznych faktów i domysłów bardzo pokrywało się z tym, co już kiedyś czytałam. Miało nawet wspólny mianownik w postaci Jezusa. 
Wątek tortur i więzienia
Nie zawsze potrafię ocenić, jak wiarygodne są opisy więzień i tamtejszych obyczajów w książkach, filmach i serialach. Mam nadzieję, że nigdy nie będzie mi dane zweryfikowanie tego na własnej skórze. Opis Czarnego Delfina wydawał mi się dość nierealny, aż nie doczytałam, że rzeczywiście może to tak wyglądać. Łącznie z kanibalami dzielącymi cele z mordercami.
Wątek Wołyński
Na historii się nie znam, szczególnie na tej z ostatnich 100 lat, więc trudno mi oddzielić fakty od fikcji. Jest to tym trudniejsze, że jak już coś czytam, to z polskiego punktu widzenia. A punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Połączenie historii z morderstwami dokonywanymi przez ponad 70 lat okazało się dość sprytnym ruchem, który po długich poszukiwaniach Nauczyciela Sprawiedliwości, był zaskakujący i świeży.
Wątek osobistych problemów Forsta
Czytelniczy lubią przywiązywać się do bohaterów, dlatego prawie zawsze opisywane, bądź wspominane, są jego problemy i perypetie. Tym razem główny bohater ma problem z alkoholem, z migrenami i z kobietami. Do tego dochodzą problemy zawodowe i mamy człowieka, który jest świetnym specjalistą w swojej dziedzinie, ale nie jest ideałem.

Ocena

Moim zdaniem Ekspozycja to książka warta przeczytania. Nie należy oczekiwać typowego kryminału, ponieważ po kilkudziesięciu stronach więcej jest w niej mordobicia i obyczajów zza wschodniej granicy niż rzeczywistego szukania mordercy. Każdy, kto lubi szybką akcję i jej dynamiczny rozwój, z pewnością polubi tę książkę przynajmniej za ten aspekt.

Billy Childs Jazz Chamber Ensemble – Jazz nad Odrą

Billy Childs Jazz Chamber Ensemble – Jazz nad Odrą

Życie lubi rzucać mi kłody pod nogi, a potem przepraszać i próbować się odwdzięczyć. Czasem nawet mu się to udaje. Wczoraj wieczorem dostałam informację, że wygrałam podwójną wejściówkę na jeden z koncertów festiwalu Jazz nad Odrą, a dokładnie na Billy Childs Jazz Ensemble z polskim kwartetem smyczkowym. Pozwólcie, że podzielę się moimi wrażeniami. Zapraszam!

Wybierając się na koncert nie do końca wiedziałam, czego mogę się spodziewać. O wykonawcy nigdy wcześniej nie słyszałam, a jazz jest muzyką dość trudną w odbiorze, więc rzadko po niego sięgam.
Poniżej wklejam jeden z utworów, których miałam okazję posłuchać na żywo. Wprawdzie jest to inna wersja, a instrumenty na żywo dają całkiem inne odczucia, ale myślę, że pomoże to nieco zrozumieć, o czym piszę.
Główny wykonawca, Billy Childs, jest utalentowanym i bardzo sympatycznym człowiekiem. Przed każdą kolejną piosenką przedstawiał krótkie historie o powstaniu lub znaczeniu utworu. Myślę, że to dobry zabieg, ponieważ pozwoliło to mi, muzyczno-interpretacyjnemu laikowi, przynajmniej pobieżnie pojąć znaczenie i wymowę piosenek.
Jazz w wykonaniu zespołu był dość spokojny, co w połączeniu z długością poszczególnych utworów (nawet do kilkunastu minut) i źle przespaną nocą, sprawiło, że niemal zasnęłam. Nie było to jednak spowodowane tym, że koncert był nudny. Instrumenty na żywo dają całkiem inne wrażenia, nie tylko słuchowe, z tego powodu docierały do mnie niewielkie wibracje, które sprawiły, że poczułam się błogo i głowa sama zaczęła ciążyć na karku. Na szczęście udało mi się nie przynieść sobie wstydu i nie zasnąć.
Uważam, że warto brać udział w tego typu wydarzeniach, jeżeli mamy na to pieniądze, albo w jakiś sposób zdobędziemy wejściówki bez większych kosztów. Nawet, jeżeli dany gatunek muzyczny nie leży w grupie naszych zainteresowań, można spróbować poszerzyć horyzonty. Z pewnością będę częściej wybierać się na takie imprezy, jeśli tylko nadarzy się okazja. Wrocław jest tegoroczną europejską stolicą kultury, więc przez kilka najbliższych miesięcy sporo będzie się działo.
Kiedy ostatnio poszerzyliście wasze horyzonty? Uważacie, że warto to robić?
Pozdrawiam,
Zielona Małpa
P.S. Poza wejściówkami wygrałam też dwa Żubry, więc życie chyba planuje coś nieźle przeskrobać…
Randka z Bondem – Diamenty są wieczne (1971)

Randka z Bondem – Diamenty są wieczne (1971)

Marilyn Monroe śpiewała o diamentach, że są najlepszymi przyjaciółmi kobiety. W Diamenty są wieczne w roli Jamesa Bonda powraca Sean Connery i zajmie się przemytem tych jakże pięknych kamyczków…


Diamenty są wieczne

James Bond – Sean Connery
Dziewczyna Bonda – Jill St. John (jako Tiffany Case)
Miejsce akcji: Holandia, USA, Wielka Brytania
Reżyser: Guy Hamilton 
Rok produkcji: 1971
Broń: Walther PPK
Gadżety: sztuczne odciski palców, osprzęt do wspinania się po budynkach


Stałe elementy:

Sekwencja początkowa – pojawia się w standardowym wydaniu, James Bond ukazuje się z punktu widzenia gwintowanej lufy pistoletu, strzela do przeciwnika, ekran zalewa się krwią.
Sekwencja przedtytułowa – Bond szuka Blofelda, pytając o miejsce jego pobytu różne osoby na całym świecie. W końcu dostaje się do laboratorium Blofelda, gdzie dowiaduje się, że ten planuje stworzyć swoje sobowtóry. Zabija Blofelda.
Czołówka – utworem tytułowym jest Diamonds are forever w wykonaniu Shirley Basey. W czołówce pojawiają się diamenty w różnej formie i w postaci biżuterii oraz kot Blofelda z diamentową obrożą.


Zwroty:
  • Nazywam się Bond. James Bond. – W tym filmie Bond przedstawia się fałszywymi nazwiskami. Na początku jednak, przed rozpoczęciem akcji związanej z przemytem diamentów, przedstawia się słynną frazą kobiecie, która może mieć informacje na temat miejsca pobytu Blofelda.
  • Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane. – W tym filmie James Bond nie prosi o ulubiony drink.


Przedstawienie gadżetów – tym razem Q nie wręczał Bondowi żadnych gadżetów. 
James Bond powróci w… Żyj i pozwól umrzeć.

Po zabiciu Blofelda James Bond udaje się do Londynu, aby przyjąć propozycję rozwiązania sprawy przemytu diamentów. Od pewnego czasu znikają małe, ale znaczące ilości diamentów, ale nie pojawiają się one na rynku, co szczególnie przyciągnęło uwagę brytyjskiego wywiadu. James Bond ma przejąć tożsamość Petera Franka, który jest głównym podejrzanym i odkryć mózg i cel przemytu.

Na plus tego filmu przemawia przede wszystkim powrót Seana Connery, który choć znacznie starszy od Georga Lazenby (szczególnie biorąc też pod uwagę daty produkcji filmów, w których oboje wystąpili) radzi sobie w tej roli znakomicie. Znajdziemy tu niewymuszony flirt z wszystkim, co się rusza i ma biust, charakterystyczne poczucie humoru i mimikę, do której wcześniej przywykliśmy.

Dziewczyną Bonda w Diamenty są wieczne była Tiffany Case, przebiegła szmuglerka, która lubowała się w przebieraniu i perukach.

W filmie pokazana została ścieżka przemytu, może niezbyt realna na pewnych etapach, ale dość interesująca na potrzeby filmu. Oczywiście w filmie musiał pojawić się jakiś charakterystyczny czarny charakter. Tym razem było to duo dość dziwacznych mężczyzn, których chyba łączyło coś więcej niż praca przy szmuglowaniu. Pan Kidd i pan Wint. Moim zdaniem są oni mieszanką księdza i sadysty. Widać, że czerpią wyjątkową przyjemność z zabijania, co przejawia się między innymi dość zabawnymi komentarzami.

Diamenty są wieczne to film pełen akcji i podstępów, co sprawia, że trudno jest przewidzieć, co stanie się dalej i czy wszystko rzeczywiście się uda. Poza tym Bond zostaje pobity przez dwie kobiety. Czy to nie powód, aby obejrzeć ten film?



Film ten przede wszystkim jest powrotem do klasycznego Bonda i, niestety, ostatnim występem Seana Connery w głównej roli. Fani agenta 007 z pewnością znajdą w filmie coś dla siebie.



Pozdrawiam,

Zielona Małpa

Uwaga! Konkurs! – czyli sposób na czytelników?

Uwaga! Konkurs! – czyli sposób na czytelników?

Dzisiaj notka o blogowych konkursach, czyli prawdopodobnie najlepszym sposobie na zdobycie nowych „czytelników” i nabicie obserwatorów. Jakie są moje odczucia i obserwacje? Zapraszam!

Od jakiegoś czasu jestem zarejestrowana na platformie zBLOGowani, która zrzesza polskich blogerów. Polecam, bo można przy dobrych wiatrach zdobyć nowych czytelników, a z pewnością bazę ciekawych blogów do czytania.

W grudniu, tuż przed świętami odkryłam coś takiego, jak blogowe rozdania na blogach głównie kosmetycznych i literackich. Zresztą, kto czyta mojego bloga i lubi mnie na facebooku, pewnie się domyślił, bo trochę spamowałam jakiś czas temu na mojej tablicy.
Przyznam się, że byłam oczarowana faktem, że mogę dostać coś praktycznie za nic. Więc obserwowałam, lubiłam, udostępniałam na potęgę. Oczywiście zdawałam sobie sprawę od samego początku, że jest to tylko dobry sposób na zdobycie kilkudziesięciu obserwatorów na raz. Bo nic nie przyciąga tak ludzi, jak darmocha.
Jednak w pewnym momencie przyszła chwila, że pomyślałam sobie, czy to wszystko jest legalne? Okazuje się, że polskie prawo właściwie zabrania organizowania konkursów losowych bez rejestracji w izbie celnej, co łączy się z opłatą (chyba około 1700 zł, ale nie jest to pewna informacja).
Postanowiłam więc, że z konkursów, które mnie tak zainteresowały, zrobię notkę. Poobserwuję, jak działają takie konkursy, ile osób w nich bierze udział, jaki zysk przynoszą one blogerom i czy kiedykolwiek spotkały się z konsekwencjami organizowania takich konkursów.

W tym momencie wpadłam na pomysł przeprowadzenia ankiety na temat konkursów blogowych, aby zobaczyć, jak wygląda to od strony organizatora. Natomiast punkt widzenia uczestnika przedstawię z własnej perspektywy i komentarzy innych osób.

Wyniki ankiety

Ankietę stworzyłam, po dość długich namysłach i dwóch dniach dopieszczania pytań, które i tak średnio podobały mi się po rozesłaniu. Wysłałam około 150 ankiet, dostałam 47 odpowiedzi, czyli około 30% blogerów odpowiedziało na moje pytania (część ankiet mogła wylądować w spamie). Formularz rozprowadziłam za pomocą e-maila.

Blogerów, do których wysłałam ankietę, znalazłam głównie przez zBLOGowanych.

Jak widać, większość blogów, które wzięły udział w ankiecie, istnieje dłużej niż rok, ale mniej niż 3 lata.
Czas, po którym blogerzy organizują pierwszy konkurs, nie zależy od tego, jak długo blog istnieje. Po przeanalizowaniu wszystkich odpowiedzi, doszłam do wniosku, że niektórzy decydują się na organizowanie konkursów dopiero po kilku latach od założenia bloga, co wynika pewnie z tego, że w tym czasie zdobywa się stałych czytelników i nabiera nawyków prowadzenia bloga. Wiele blogerów zorganizowało pierwszy konkurs już po kilku miesiącach, co w niektórych przypadkach może być spowodowane gwałtownym wzrostem liczby czytelników w krótkim czasie (szybkim zdobyciem dużej popularności). Natomiast są też blogerzy, którzy w ten sposób szukają obserwatorów (specjalnie nie użyłam słowa „czytelnicy”) i wtedy jest to nieco desperacki sposób na podbicie statystyk.
Konkursy z nagrodami najczęściej organizowane są przez blogerki kosmetyczne, co w pewnym stopniu jest zrozumiałe, bo zawsze znajdą się chętni na darmowe kosmetyki. Z tego samego powodu blogi książkowe (recenzenckie) plasują się drugim miejscu. Łatwo jest wymyślić i zdobyć nagrodę, poza tym blogi kosmetyczne i książkowe mają zazwyczaj bogate zakładki „współpraca”, więc często nagroda może być sponsorowana przez firmy.
Przejdźmy do najbardziej dyskusyjnej kwestii blogowych konkursów, czyli wymagań.
Okazuje się, że niemal 90% blogerów wymaga, aby osoba biorąca w konkursie była, bądź została obserwatorem. Jest to zrozumiałe wymaganie, bo konkurs zazwyczaj skierowany jest do czytelników. Na drugim miejscu plasuje się odpowiedź na pytanie konkursowe z 40%. Zaledwie 40%, ale o tym za chwilę. Zresztą, te 40% nie zgadza się z moimi obserwacjami.
Nie tylko jakość wymagań jest istotna, ale również ich ilość. Z ankiety wynika, że najczęściej trzeba spełnić 1-2 wymagań koniecznych i kilka (najczęściej do 4) dodatkowych, które zwiększają szansę.
Jak widać, nagrody najczęściej są opłacane z kieszeni organizatora, w wielu przypadkach są czasem opłacane przez organizatora, a czasem sponsorowane. Jest to dla mnie zrozumiałe, tym bardziej, że zazwyczaj w treści konkursu lub jego regulaminu znajduje się fragment mówiący o sponsorze. Myślę, że jest to po prostu wymiana i nie należy traktować jej jako coś złego.
Przejdźmy do najbardziej oczekiwanej przeze mnie części ankiety, czyli sposobu wyłaniania zwycięzcy. Ponad połowa ankietowanych losuje jedną, bądź więcej osób spośród wszystkich uczestników. Z moich obserwacji wynika, że najczęściej korzystają oni z generatorów liczb w sieci, bądź zapisują uczestników na karteczkach, a następnie losują ręcznie.
Zaledwie jedna czwarta ankietowanych bierze zawsze pod uwagę zadanie konkursowe jako element decydujący o wyborze zwycięzcy.
Nagrody najczęściej bezpośrednio związane są z tematyką bloga, czasem też pośrednio, czyli praktycznie tak, jak się spodziewałam.
W ankiecie zadałam również pytanie o to, czy dana osoba spotkała się z nieprzyjemnościami związanymi z organizacją konkursu i znaczna większość odpowiedziała, że nie. Jedna z osób napisała, że tak, a nieprzyjemność polegała na tym, że sponsor nie wysłał nagród, inna osoba napisała, że wiele osób cofnęło obserwacje po zakończeniu konkursu i wyznaczeniu zwycięzcy. Nikt jednak nie spotkał się z konsekwencjami prawnymi.
W dodatkowych uwagach kilka osób napisało, że kiedyś organizowało losowania, ale w pewnym momencie dowiedziały się, że to nie do końca legalne i obecnie albo nie organizują już rozdań, albo zmieniły formę na konkurs z zadaniem. Widzę, że jakaś świadomość u części blogerów jest.
Większość osób ankietowanych stwierdziła, że konkursy pozytywnie wpływają na statystyki, a szczególnie na aktywność na blogu. Podobna ilość twierdzi, że większość osób, które jako nowe biorą udział losowaniach, staje się aktywnymi czytelnikami, a zaledwie niewielki ułamek odzywa się dopiero przy okazji kolejnego konkursu.

Moje obserwacje

Wzięłam udział w sporej ilości konkursów, pozwólcie więc, że podzielę się również własnymi obserwacjami, które nie zawsze pokrywają się z wynikami ankiety.
Otóż, praktycznie 90% konkursów polega na zgłoszeniu się, wypełnieniu kilku warunków i czekaniu na wyniki losowania. Zadania konkursowe były częścią zaledwie kilku spośród sporej ilości konkursów.
Najczęstszym wymaganiem, poza obserwacją bloga, w niemal każdym przypadku, było zamieszczenie banera konkursowego na pasku bocznym własnego bloga i podlinkowanie go do strony z konkursem. Jest to zrozumiałe, a zarazem całkiem mądre posunięcie, bo w prosty sposób można pozyskać nowego użytkownika. Problem w tym, że niektóre grafiki są wyjątkowo nieestetyczne (jaskrawe napisy, nieczytelna informacja, kolorystyka gryząca się z moim blogiem, niezbyt ładne zdjęcie) i mogą popsuć komuś wygląd bloga. Sama miałam w kilku momentach wątpliwości, czy wziąć udział w konkursie właśnie przez baner…
W regulaminie prawie każdego konkursu znajduje się punkt, który mnie najbardziej zainteresował: „Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)„. W związku z tą wzmianką zaczęłam swoje poszukiwania na temat legalności takich konkursów.
Skrótowo, moje znalezisko wygląda tak:
  1. Konkurs, który posiada w swojej strukturze element losowości, podlega ustawie z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.
  2. Konkurs taki musi być zgłoszony do lokalnej izby celnej (głównie dlatego, aby element losowości pozostał właśnie taki i nie było możliwości oszukania uczestników).
  3. Aby konkurs nie był uznawany za loterię, uczestnik musi wykonać zadanie na podstawie którego zostanie wyłoniony zwycięzca, przy czym zadanie ni może być zbyt banalne.
  4. Nie wolno wymagać od uczestnika publicznego podawania adresu e-mail, gdyż można w ten sposób stworzyć łatwą listę do spamowania dla praktycznie każdego, kto trafi na stronę konkursu.
  5. W przypadku wymagań związanych z portalami społecznościowymi, należy się zapoznać z regulaminami poszczególnych stron, gdyż niektóre zabraniają pewnych czynności uznawanych jako spamowanie (m.in. udostępnianie grafiki konkursowej na facebooku jako główne wymaganie).
Wcześniej wspominałam, że zaledwie 40% ankietowanych zaznaczyło, że jednym z wymagań konkursowych jest wypełnienie/rozwiązanie zadania. Reszta, czyli 60%, losuje zwycięzców. A z moich obserwacji wynika, że ten stosunek jest zdecydowanie inny, bo zadania znajdują się w bardzo niewielkiej liczbie konkursów, a cała reszta to zwykłe loterie (w których nawet można „dokupić” sobie losy przez wypełnianie dodatkowych zadań).
Wiem, że jest to walka z wiatrakami, bo zaraz znajdzie się ktoś, kto powie, że nikt go przecież nie zgłosi, a wszelkie organy ścigania nie będą się skupiały na takich małych wykroczeniach, skoro jest tyle innych przestępców i prawdziwych oszustów.
Oszuści. Nie chcę nikogo oskarżać, bo nie od tego jest ten wpis. Jednak jedną z niezbyt ciekawych obserwacji była ta dotycząca zwycięzców. Otóż pewne osoby pojawiały się wśród grona zwycięzców zbyt często. To sprawia, że rozdania wydają się ustawione, tym bardziej, że nie ma przy losowaniu osoby niezależnej, która nadzoruje cały proces. Nawet nagranie filmu z losowaniem nie jest dowodem na brak oszustwa, bo filmy można nagrywać i usuwać do woli, a opublikować jeden. Strony internetowe i programy do losowania można skrytykować, ponieważ na nich również nie widać, czy jest to pierwsze losowanie z tego zakresu. I jak uczestnik ma być pewny, że nie został wciągnięty w konkurs, w którym i tak nie miał szans, a tylko podniósł statystyki nieznajomym blogerom?

Z moich obserwacji wynika, że znaczna większość osób, które przez konkursy trafiają pierwszy raz na jakiegoś bloga, nie jest na nim aktywna. Widać to po ilości komentarzy pod pozostałymi wpisami i ich autorach. Sama nie jestem zainteresowana ogromną większością blogów, na których brałam udział w losowaniach. Zachęciła mnie możliwość wygrania czegoś praktycznie za darmo i obecnie mam listę blogów, których nie czytam. I nie wydaje mi się, że jestem w tym jedyna.

Podsumowanie

Konkursy na blogach są dobrym sposobem na zwrócenie uwagi nowych czytelników na bloga. Nie są jednak w stanie podbić statystyk na stałe, raczej chwilowo. Myślę, że treść zwykłych wpisów na blogu powinna bronić się sama, ale uwagę można przyciągnąć właśnie w ten sposób. Sama zastanawiałam się nad zorganizowaniem konkursu i teraz wiem już na co należy zwrócić szczególną uwagę.

Losowania i losowania pod innymi nazwami powinny być zgłaszane do lokalnego oddziału izby celnej. W innym przypadku działania, zarówno ze strony organizatora, jak i uczestnika, są nielegalne i można ponieść konsekwencje finansowe.

Pamiętajmy również, że od małego wykroczenia do przestępstwa, za które można nieźle beknąć, czasem jest jeden mały krok. A to, że nikt nie złapie nas na wykroczeniu daje nam złudną pewność siebie i świadomość, że nic nam się nie może stać. Lepiej więc unikać nawet małych „złych rzeczy”.

No i na sam koniec, ponownie potwierdza się powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Cała konkursowa otoczka całkiem inaczej wygląda od strony uczestnika, a inaczej z perspektywy organizatora.

Poniżej zamieściłam linki dla osób zainteresowanych organizacją konkursów na blogach. W szczególności pierwszą stronę, na której można znaleźć informacje ogólne, ale również takie, które dotyczą poszczególnych portali społecznościowych. Można również zerknąć z ciekawości.

LINKI:
Istnieje też strona na Facebooku, gdzie można zgłaszać nielegalne konkursy i znaleźć informacje oraz linki. Obecnie jest to nowa wersja, ponieważ poprzednia została usunięta, być może przez wściekłych organizatorów nielegalnych konkursów.

Mam nadzieję, że doczytaliście do końca i nie zasnęliście kilkanaście razy w trakcie.

Zachęcam nowych czytelników do polubienia fanpejdża na Facebooku, zaobserwowania mojego bloga i pozostawienia komentarza. A najbardziej zachęcam do powrotu!

Pozdrawiam!
Zielona Małpa

Randka z Bondem – W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości (1969)

Randka z Bondem – W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości (1969)

Jaką misję będzie miał do wykonania nasz ulubiony agent tym razem? Jak sprawdzi się w tej roli George Lazenby? Czy Bond w końcu się zakocha? Tyle pytań, a odpowiedzi poniżej. Tym razem pod lupę wzięłam W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości.


W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości

James Bond – George Lazenby
Dziewczyna Bonda – Diana Rigg (jako Tracy Di Vincenzo)
Miejsce akcji: Londyn, Szwajcaria, Portugalia
Reżyser: Peter Hunt
Rok produkcji: 1969
Broń: Walther PPK
Gadżety: urządzenie do otwierania sejfów

 

 

Stałe elementy:
Sekwencja początkowa – pojawia się w standardowym wydaniu, James Bond ukazuje się z punktu widzenia gwintowanej lufy pistoletu, strzela do przeciwnika, ekran zalewa się krwią. Muzyka została zmodyfikowana, więcej instrumentów w stosunku do oryginału.
Sekwencja przedtytułowa – Q i M rozmawiają o rozwoju technologii sprzętu szpiegowskiego i o tym, że nie potrafią namierzyć aktualnie agenta 007. Następnie w filmie przenosimy się do Bonda, którego twarz długo nie zostaje pokazana. Ratuje on kobietę na plaży przed atakiem grupy mężczyzn. W końcu widzimy też nowe oblicze Bonda.
Czołówka – utworem tytułowym jest On Her Majesty’s Secret Service, napisany przez Johna Barry w wykonaniu orkiestry. Widzimy kształty kobiet i kieliszek, w którym pokazują się sceny z poprzednich filmów.

 

Zwroty:
  • Nazywam się Bond. James Bond. – Bond przedstawia się już w sekwencji przedtytułowej, kiedy ratuje kobietę na plaży.
  • Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane. – Bond zostaje poczęstowany ulubionym drinkiem przez bossa mafii, który w ten sposób chce pokazać mu, że sporo o nim wie.

 

Przedstawienie gadżetów – tym razem Q nie wręczał Bondowi żadnych gadżetów. Agent w pewnym momencie wyciąga kilka urządzeń, z którymi miał do czynienia w poprzednich częściach (co jest małą sprzecznością, bo wszystkie gadżety są do zwrotu po wykonaniu misji).
James Bond powróci w… Diamenty są wieczne.
James Bond ratuje na plaży kobietę, która jest córką bossa syndykatu przestępczego. Ten ma informacje na temat miejsca pobytu Ernsta Stavrosa Blofelda, będącego poszukiwanym przez agenta 007 szefem Organizacji W.I.D.M.O. W zamian za te informacje chce, aby James zbliżył się do jego córki, a nawet się z nią ożenił.
James Bond zostaje zwolniony z misji poszukiwania Blofelda, ponieważ od dwóch lat nie zdobył żadnych przydanych informacji. Bond, w związku z tym, składa rezygnację. Na szczęście Moneypenny, którą prosi o przekazanie informacji do szefa, zmienia treść dokumentu i Bond otrzymuje urlop.
W tym filmie po raz pierwszy i ostatni odtwórcą głównej roli został George Lazenby. Dodatkowo wyreżyserowaniem zajął się Peter Hunt, który już wcześniej pracował nad filmami o agencie. Jakie miało to konsekwencje?

Po pierwsze, postać Bonda w tym filmie była nieco mniej zabawna. George Lazenby był wtedy modelem australijskim bez aktorskiego doświadczenia, przez co nie do końca sprawdził się w roli Bonda. W wielu scenach (szczególnie emocjonalnych) przypominał nieco drewnianego modela z przyklejonym uśmiechem, co odjęło mu realności. Jednak jak na modela, poradził sobie całkiem dobrze.

Po drugie, nie została zachowana ciągłość fabuły w stosunku do poprzednich filmów. W Żyje się tylko dwa razy Bond spotkał Blofelda i z całą pewnością oboje wiedzą, jak wygląda przeciwnik. W tym filmie Blofeld jest na początku nieświadomy, że gość w jego ośrodku nie jest tym, za kogo się podaje.

Po trzecie, dużą wagę przyłożono do efektów, ale nie tych specjalnych, tylko wizualnych. Przede wszystkim zabawa perspektywą i zwolnionym tempem. Minusem były koszule z żabotami, które Bond nosił przez znaczną część filmu. Jak dla mnie mało atrakcyjne.

Film nie jest taki zły, jak się spodziewałam. Inna postać agenta 007 sprawia, że nie do końca wierzy się w jego tożsamość. Przede wszystkim James Bond się zakochuje i choć podrywa inne kobiety, to tym razem robi to w celu pozyskania informacji, a nie przez własne ciągoty. W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości to film o innej atmosferze niż poprzednie. Niemniej, uważam, że warto dać mu szansę.

Pozdrawiam,
Zielona Małpa


Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa