Miesiąc: Luty 2016

Zielonej Małpy książkowa historia

Zielonej Małpy książkowa historia

Kiedyś byłam molem książkowym i praktycznie nie było dnia, żebym nie przeczytała chociaż kilku stron. Czytać nauczyłam się sama z małą pomocą babci, która była wyjątkowo cierpliwa, kiedy codziennie musiała czytać mi baśnie. Czasem kilka razy pod rząd tę samą.

– Aj, aj, aj! – jęczy szop – skręciłem sobie łapkę!
– Zaraz Ci pomożemy! – krzyknęła wiewiórka.
Do dziś pamiętam te kilka słów opowiadania, na którym stawiałam pierwsze czytelnicze kroki. Mam do nich pewien sentyment, jak można się domyślić.
Odkąd sięgam pamięcią, najlepszym prezentem na urodziny, czy święta, była właśnie książka. Do dzisiaj na półce w domu stoją różne zbiory baśni i pojedyncze powieści, które są takim reliktem z przeszłości.
Moim największym czytelniczym „osiągnięciem” było przeczytanie książki Harry Potter i Insygnia Śmierci w osiem godzin. Dosłownie wchłonęłam tę powieść.
W liceum odkryłam piękno czytania książek w pociągu, którym dojeżdżałam codziennie do szkoły. Często miałam pół godziny na wciągnięcie się w historię. Akurat na przełomie mojego gimnazjum i liceum do Polski dotarła fala Zmierzchu i przyznam, że przeczytałam wszystkie cztery tomy głównie z ciekawości i braku zrozumienia wobec fenomenu.
Potem, w klasie maturalnej, głównie z braku czasu, ilość czytanych książek (z wyłączeniem lektur) gwałtownie zmalała. A właściwie od tamtej pory czytałam tylko w wakacje i czasem w pociągu, gdy zjeżdżałam na weekend do domu.
Niedawno postanowiłam wrócić do czytania, bo wiem, że sprawiało mi to ogromną radość, zwiększało moje ortograficzne umiejętności i podbudowywało wyobraźnię i kreatywność. Zasadniczym powodem, dla którego decyzję podjęłam była wewnętrzna pustka, spowodowana zbyt dużą ilością seriali i filmów, ale głównie seriali. Choć bardzo lubię i doceniam te formy sztuki (bo to mimo wszystko sztuka, która jest mi bliższa niż współczesne malarstwo, czy dziwne performance), to trzeba im przyznać, że podają one na tacy obrazy, które niekoniecznie muszą nam odpowiadać. W przypadku literatury zawsze mamy możliwość stworzenia własnego świata, takiego, jaki chcemy.
Preferuję wypożyczanie książek z biblioteki. Kiedyś bywałam tam często i zapuszczałam korzenie, tyle razy ile nie mogłam się zdecydować. Lubię, gdy książka jest czytana, dlatego nie wyobrażam sobie posiadać ogromnej biblioteki w domu. Boli mnie widok zakurzonych i smutnych książek. Wolę wypożyczyć, choć nie pogardziłabym własnymi egzemplarzami książek, do których na pewno wrócę, takich jak seria o Harrym Potterze, powieści Agathy Christie, czy opowiadania o Sherlocku Holmesie. Jak widać, lubię serie. Wielotomowe historie, w których możemy poznać bohaterów lepiej niż siebie samych, możemy śledzić ich losy na przestrzeni lat i widzieć zmiany w ich charakterach.
A Wy lubicie czytać książki? Jakie gatunki literackie preferujecie? Jaka tematyka najbardziej do Was przemawia? Co najbardziej lubicie w książkach?
Liczę na wasze odpowiedzi!

Zapraszam również do polubienia mojego fanpejdża na facebooku, bo widzę dużo nowych twarzy i nicków!

Pozdrawiam,
Zielona Małpa
Intensywnie

Intensywnie

To był naprawdę intensywny weekend po bardzo intensywnym tygodniu. A w momencie, kiedy piszę te słowa, początek tygodnia zapowiada się równie intensywnie. Nowy start, tabula rasa, wszystko od początku.

Otóż dzisiaj jest pierwszy dzień nowego semestru akademickiego na mojej uczelni i pierwszy dzień moich studiów magisterskich. Trochę do mnie to nie dociera i wydaje się lekko nierealne. Bo jak to tak? Ja na studiach? Znowu?
Szykuję się właśnie na wyjście na pierwsze zajęcia i nie mogę się doczekać poznania kilku nowych osób, które rekrutowały się z innych kierunków, a może nawet uczelni, na tę samą specjalność. Ogromną radość w zeszłym tygodniu sprawiła mi informacja, że dostałam się na studia magisterskie na tę specjalność, która była u mnie na pierwszym miejscu. Nie miałam wątpliwości, że się dostanę, raczej chodziło o ogromne ryzyko polegające na tym, że do ostatniego momentu nie wiedziałam, czy ta specjalność będzie w ogóle otwarta, bo w tym roku była pierwszy raz rekrutacja na nią, bo dopiero niedawno uczelnia potwierdziła, że udało się wszystko załatwić.
Awaryjnie zgłosiłam się na Fizykę Techniczną (specjalność Nanoinżynieria) na innym wydziale, ale obawiałam się zaległości, głównie matematycznych. Na szczęście jednak wszystko poszło po mojej myśli i obecnie studiuję Inżynierię Materiałową na specjalności Zaawansowane Materiały Funkcjonalne. Z koleżanką poszłyśmy w piątek rzucić studia. Ponieważ obie rekrutowałyśmy się na dwa wydziały i na oba się dostałyśmy, a chciałyśmy studiować tylko na jednym kierunku, musiałyśmy zanieść papierek, że jednak rezygnujemy z podejmowania studiów. Było w tym nieco satysfakcji. „Rzucam te studia!”
W weekend byłam na szkoleniu. Póki mam możliwość tańszych szkoleń, które mogą mi podnieść nieco kwalifikacje, to korzystam. Więc siedziałam w sobotę i niedzielę od 8:30 do 16:30 i słuchałam ośmiogodzinnego wykładu o normie ISO/IEC 17025. Udało mi się zdobyć certyfikat, więc jestem zadowolona, choć nie spałam prawie wcale.
W ten sam weekend do mojego chłopaka przyjechał najlepszy kolega, który studiuje w Warszawie. Przyjechał ze współlokatorem. Po szkoleniu dołączałam do nich, co spowodowało, że przez cały weekend spałam jakieś 6 godzin w sumie. Spokojnie, odeśpię na wykładach. Pierwszy raz byłam w szisza barze i paliłam fajkę wodną. Interesujące doświadczenie, być może skuszę się znowu za jakiś czas. Po raz pierwszy w życiu grałam w piłkarzyki. Na początku szło mi wyjątkowo kiepsko, ale już po godzinie byłam w stanie wygrać jeden na jeden z każdym z trzech towarzyszących mi chłopaków. Moja teoria jest taka, że kobieta potrafi łatwo skupić uwagę na czterech wajchach jednocześnie, natomiast mężczyzna koncentruje się na jednym elemencie (prawdopodobnie piłce), więc jest mu o wiele trudniej.
A dzisiaj jeszcze dowiedziałam się, że zostałam wytypowana do reprezentowania mojego kierunku podczas Inauguracji II stopnia. Bardzo mnie to ucieszyło! Będę miała okazję założyć politechniczną togę reprezentatywną, co zawsze było moim marzeniem.

Pozostaje mi życzyć Wam i sobie wspaniałego tygodnia pełnego wrażeń!
Pozdrawiam,
Zielona Małpa
Randka z Bondem – Goldfinger (1964)

Randka z Bondem – Goldfinger (1964)

Tym razem obejrzałam trzeci już z kolei film o przygodach mojego ulubionego agenta specjalnego. Zapraszam na recenzję filmu pod tytułem Goldfinger!

Goldfinger
James Bond – Sean Connery
Dziewczyna Bonda – Honor Blackman (jako Pussy Galore)
Miejsce akcji: Floryda i Kentucky (USA), Genewa (Szwajcaria)
Reżyser: Guy Hamilton
Rok produkcji: 1964
Broń: Walther PPK
Samochód: Aston Martin DB5
Gadżety: Aston Martin DB5 ze specjalnym wyposażeniem (dwa urządzenia namierzające z odbiornikiem ukrytym w samochodzie, ukryty panel z przyciskami do uruchomienia broni znajdującej się w samochodzie, katapulta w postaci siedzenia pasażera (z otwieranym dachem oczywiście))
 
Stałe elementy:
Sekwencja początkowa – pojawia się w standardowym wydaniu, James Bond ukazuje się z punktu widzenia gwintowanej lufy pistoletu, strzela do przeciwnika, ekran zalewa się krwią.
Sekwencja przedtytułowa – Bond wyłania się ze zbiornika wodnego, na głowie ma zamontowaną sztuczną kaczkę (!), skrada się do futurystycznego budynku, inicjuje wybuch materiałów wybuchowych. Okazuje się, że pod kombinezonem do pływania ukrywa się garnitur. Udaje się do hotelu z kobietą, która okazuje się zdrajczynią. Bond zostaje zaatakowany przez jej wspólnika. Udaje mu się obronić.
Czołówka – muzyka grana przez orkiestrę symfoniczną, śpiewana przez Shirley Bassey. Jest to jeden z najbardziej „Bondowskich” utworów, jakie powstały. Podobnie, jak w poprzednim filmie, na czarnym tle widzimy kobiece ciała. W odróżnieniu od Pozdrowień z Rosji, ciała te są statyczne i pozłocone, a na nich wyświetlają się sceny z filmu dopasowane do pozycji i części ciała kobiet.


Zwroty:
  • Nazywam się Bond. James Bond. – Kwestia ta pojawiła się nawet kilka razy, z czego raz agent 007 nie zdążył jej dokończyć, bo kobieta, z którą rozmawiał, nie dała mu dokończyć.
  • Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane. – Kwestia ta pojawia się w postaci: Martini wstrząśnięte, nie mieszane.
Przedstawienie gadżetów – tym razem po raz pierwszy widzimy pracownię Q i jego pracowników. Między innymi możemy zobaczyć badania ubrania kuloodpornego na żywym człowieku. Q pokazuje Bondowi wszystkie możliwości supersamochodu, jednocześnie czyniąc uwagi, że tym razem chciałby wszystkie gadżety dostać z powrotem w nienaruszonym stanie.
James Bond powróci w… – podczas napisów końcowych pojawiła się informacja, że kolejnym planowanym filmem jest Thunderball (Operacja Piorun).

W trzecim filmie o Bondzie śledzimy jego zmagania z Aurikiem Golfinger – człowiekiem kochającym złoto w każdej postaci, a najlepiej w postaci sztabek ustawionych wokół niego. Agent 007 próbuje powstrzymać go przed zdobyciem jednego z najlepiej chronionych kompleksów Armii Stanów Zjednoczonych – Fort Knox, w którym znajdują się sztabki złota należące do banku federalnego USA. Czyli całkiem sporo, jak można się domyślić.
Na początku filmu zostajemy uraczeni scenami z ośrodków wypoczynkowych w Miami. Widzimy relaksujących się ludzi, charakterystyczne baseny i wysokie hotele. W tym filmie po raz pierwszy spotykamy Felixa Leiter, który jest przyjacielem Bonda i pracownikiem CIA. To on mówi naszemu bohaterowi o Auriku Golfinger.
Moją ulubioną sceną była gra w karty Goldfingera i jego przeciwnika. Auric oszukuje, w hotelu ma kobietę, która przez lornetkę podgląda karty gracza, a przez słuchawkę przekazuje te informacje szefowi. Bond oczywiście uwodzi tę kobietę, jakby inaczej.
Później akcja toczy się w Genewie. Możemy wtedy napatrzeć się na wspaniałe górskie ujęcia, mające imitować Szwajcarskie wzgórza.
Jeśli chodzi o filmowych bohaterów, to tym razem Bond pokazał swoją „podrywczą” stronę, uwodząc co najmniej dwie kobiety. Dodatkowo widzimy też jego spryt. Bond w najwyższej formie.
Co do innych postaci, to zdecydowanie trzeba tu  wspomnieć o Pussy Galore, czyli „dziewczynie Bonda”. Kobieta pewna siebie, będąca świetnym pilotem, prowadząca latający cyrk, będąca zwierzchnikiem dla pięciu kobiet. Jest postacią silną i kojarzącą się mocno z kobietą współczesną.
Jednym z ulubionych elementów tych filmów jest ciekawy przeciwnik Bonda. Nie mam tu na myśli Goldfingera, ale jego pracownika, Oddjoba. To niski, nico krępy Koreańczyk, który jest praktycznie maszyną do mordowania. Jego ulubioną bronią jest jego… kapelusz. Jest to tak absurdalne, że Pogromcy Mitów musieli to sprawdzić. To i kilka innych potencjalnych absurdów z Goldfingera. Wszystkie mity obalili.

Ten film okazał się tak świetny, jak go zapamiętałam. Bond w szczytowej formie. To jest jeden z tych filmów, które zaskakują i trzymają w napięciu do samego końca. Polecam!

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

TED. Marzenie

TED. Marzenie

Biorę ostatnio udział w wielu konkursach w sieci. Najczęściej na różnego rodzaju blogach, ale ostatnio postanowiłam rozszerzyć te horyzonty i biorę również udział w konkursach na różnych stronach internetowych, które nie są blogami. Na jednej z takich stron wygrałam podwójną wejściówkę do kina na konferencję (a właściwie jej retransmisję) TED. Marzenie.

O tych konferencjach i ich niezależnych odpowiednikach (TEDx) dowiedziałam się nieco wcześniej z YouTube, gdzie można znaleźć ich fragmenty. Konkretniejszych informacji można zaczerpnąć tutaj. Albo na oficjalnej stronie TED. W skrócie są to półtoragodzinne wydarzenia, podczas których wypowiadają się różne osoby w formie kilkunastominutowych wykładów lub występów. Problemy poruszane podczas tych konferencji są i banalne i poważne, zależy z jakiej perspektywy się na nie popatrzy.

Konferencja ta trwa kilka dni, a ja miałam okazję zobaczyć pierwszą sesję, której hasło brzmiało Our tomorrow, czyli Nasze jutro. Wystąpiło 7 osób z różnych dziedzin nauki i sztuki.

Ishita Katyal
Na samym początku na scenę wyszła dziesięciolatka. Młodziutka pisarka mówiła głównie o tym, aby pozwolić dzieciom się rozwijać i przede wszystkim umożliwiać im rozwój dostarczając podstawowych produktów, jak pożywienie. Wbrew pozorom, jest naprawdę dużo obszarów na świecie, gdzie jedzenia i wody brakuje, a trudno oczekiwać od głodnej osoby, by skupiła myśli na czymś innym, niż głód.

Astro Teller
Kolejny na scenie pojawił się Astro Teller. Przedsiębiorca, wynalazca i pisarz. Mówił o jednym z jego przedsięwzięć, Moonshots. Wraz z dużą grupą osób wykształconych technicznie, nietechnicznie, artystycznie próbuje znaleźć rozwiązania największych problemów współczesnego świata. W trakcie wykładu skupił się w dużym stopniu na pokazaniu podejścia do rozwiązania tak ogromnego problemu. Jego zdaniem najlepiej jest na każdym etapie badać największe „pięty Achillesowe” projektu i przekonywać się o niemożliwości takiego rozwiązania.

Riccardo Sabatini
Riccardo Sabatini poruszył temat genomu ludzkiego. Piętnaście lat temu nauka pozwoliła na odczytanie sekwencji genomu ludzkiego, co w dużym stopniu zmieniło genetykę i kryminalistykę. W zeszłym roku udało się po raz pierwszy na podstawie krwi człowieka w przybliżeniu określić wygląd jego twarzy. Nie tylko kolor oczu, włosów czy skóry, ale w dużym stopniu również rysy twarzy. Wiadomo, że na wygląd człowieka ma wpływ też to, jak się odżywia, w jakich warunkach żyje i czy na coś choruje, ale podobieństwo w przytoczonych przykładach było całkiem spore. Wszystkie te badania mają na celu nie tylko określenie wyglądu, ale głównie możliwość zastosowania czegoś takiego jak indywidualna medycyna – traktowanie każdego pacjenta jako jednostki z inną historią genetyczną i zdrowotną.

AR Raman
Pierwszym artystą, który przedstawił swoją twórczość na scenie, był AR Raman, którego niektórzy mogą skojarzyć z filmu Slumdog: Milioner z ulicy, do którego stworzył muzykę. Przedstawił kilka najnowszych utworów. Bardzo podobał mi się śpiew kobiet. Chyba tylko kobiety z orientalnych krajów potrafią w taki sposób kontrolować swoje głosy!

Dan Pallotta
Kolejnym człowiekiem na scenie był Dan Pallotta, który mówił o marzeniach, które miał i które ma. Wspominał również o tym, jaki świat byłby wspaniały, gdybyśmy byli bardziej serdeczni wobec siebie. Całe przemówienie przypominało nieco mowę motywacyjną.

Shonda Rhimes
Shonda Rhimes to producentka filmowa, scenarzystka i reżyser. Najbardziej znane produkcje tej pani to seriale Chirurdzy i Prywatna Praktyka, a z filmów to Pamiętnik księżniczki 2: Królewskie zaręczyny i niesławny Crossroads – Dogonić marzenia z Britney Spears w roli głównej. Jej przemówienie miało na celu uświadomienie, że nie samą pracą człowiek żyje. Nawet pracoholik. I trzeba od czasu się pobawić. Albo z dzieckiem, albo z małżonkiem, albo ze znajomymi.

Bill T. Jones
Ostatni na scenie wystąpił Bill T. Jones, który w tańcu próbował coś przekazać. Nie za bardzo jednak zrozumiałam znaczenie tego performance. Taniec kojarzy mi się z dobrą zabawą, raczej trudno samemu tańcowi przypisać znaczenie. Przyznam się, że trochę śmiałam się pod nosem pół wystąpienia.

Najbardziej przypadły mi do gustu trzy pierwsze wystąpienia. Były najbardziej konkretne, a tego spodziewałam się po TEDzie. W drugiej połowie słuchałam jedynie Shondy Rhimes, ponieważ mówiła dość energicznie i modulowała głosem. Trudno było jej nie słuchać.

Nie żałuję, że wygrałam te wejściówki. Mogłam spędzić wieczór konkretnie i jeszcze coś z tego wynieść. Myślę, że inne sesje mogłyby bardziej przypaść mi do gustu, bo sporo ciekawych osób zobaczyłam w programie, m.in. Adama Savage z Mythbusters i Linusa Torvaldsa, jednego z twórców systemu Linux.

Jeżeli nadarzy się okazja, to z pewnością znowu wezmę udział w konferencji TED, nawet tylko w retransmisji.

Spotkaliście się już kiedyś z TEDem? Jeśli nie, to czy myślicie, że to coś dla was? Dajcie znać w komentarzach!

Możecie również wziąć udział w ankiecie, która znajduje się na prawej kolumnie bloga. Bardzo mi pomożecie!

Zapraszam również do polubienia mojego fanpejdża na facebooku, bo widzę dużo nowych twarzy i nicków!

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

Walentynki – tak czy nie?

Walentynki – tak czy nie?

Jutro Walentynki. Jeden z najbardziej ukochanych i jednocześnie znienawidzonych dni w roku. Która postawa jest bardziej poprawna?

Nie lubię mówić ludziom co mają myśleć (chyba, że chodzi o mój ulubiony serial), dlatego jest mi obojętne, jakie kto ma podejście do Walentynek. Mogę za to napisać, jak zmieniało się moje podejście na przestrzeni lat.

Podstawówka

W szkole podstawowej Walentynki były dniem w roku, kiedy to wysyłało się karteczki najfajniejszym kolegom z klasy, a czasem również koleżankom, żeby nabić im ilość otrzymanych karteczek. Poczta walentynkowa przetrwała aż do liceum, ale wtedy mało kto się w to jeszcze bawił.

Z okazji walentynek zawsze była przygotowana gazetka szkolna i klasowa, co często spadało na mnie.

Gimnazjum
W gimnazjum przeżyłam pierwsze „poważne” zauroczenia, więc status Walentynek, jako „święta zakochanych” znacznie się zmienił. Wtedy wysyłałam kartkę walentynkową tylko jednemu chłopakowi, temu, na punkcie którego akurat miałam bzika. Przez trzy lata takich chłopaków było dwóch. Wtedy te karteczki wydawały się strasznie ważne, jakby miały pomóc w poderwaniu sympatii. Ale to był ten urok pierwszych zauroczeń, do którego chętnie czasem bym wróciła.

Pierwsza klasa liceum
W wakacje po gimnazjum poznałam mojego pierwszego chłopaka, w ciągu niecałego miesiąca zostaliśmy parą. Z tego powodu już w styczniu nie mogłam doczekać się pierwszych walentynek, które miałam spędzić z moim chłopakiem. Niestety, okazał się on straszną świnią, Walentynki spędziłam sama w domu, bo on o nich zapomniał i spotkał się z kolegami. To sprawiło, że Walentynki zaczęły kojarzyć mi się z odrzuceniem i na kolejne nie czekałam już z taką niecierpliwością.

Kilka miesięcy później zerwał ze mną, a ja mogłam rozpocząć kolejny etap.

Reszta liceum
Kiedy dojeżdżałam do liceum szynobusem, często widywałam pewnego chłopaka, który często na mnie patrzył. Zaprzyjaźniliśmy się, a potem, jakiś czas po tym, jak poprzedni chłopak ze mną zerwał, postanowiliśmy dać sobie szansę. Przez poprzednie doświadczenia nie oczekiwałam od Walentynek nic dobrego. Wtedy też zaczęłam nazywać je komerchą i bezsensem. Dlatego byłam mile zaskoczona, gdy dostałam wtedy kwiatka i prezent. Niestety, po skończeniu przeze mnie liceum wszystko się popsuło i rozeszliśmy się. Na szczęście w pokoju.

Studia
Na pierwszy roku studiów poznałam chłopaka, z którym jestem do dziś. Nawet zaraz do mnie wpadnie, więc muszę się trochę spieszyć z pisaniem, żeby dzisiaj wstawić notkę.
Wadą Walentynek jest data – 14. lutego. Dlaczego? A dlatego, że wtedy zawsze jest na mojej uczelni przerwa międzysemestralna i wszyscy (lub prawie wszyscy jadą do domu). Poprzednie doświadczenia z Walentynkami nauczyły mnie, że w zależności od tego, w jakiej sytuacji się w danym roku znajdujemy, mamy do tego dnia różne podejście. Jednocześnie to, jak je spędzimy nie zawsze jest o końca zależne od nas. Dlatego obecnie Walentynki są mi dość obojętne. Nie czuję potrzeby ich obchodzenia, ani ich nienawidzenia. Teoretycznie jutrzejsze Walentynki mogłyby być pierwszymi, które spędziłabym „należycie”, ale jakoś ostatnio tyle czasu spędziliśmy z chłopakiem, że byłby to po prostu kolejny udany wieczór. Zobaczymy jutro. Z takich „romantycznych” rzeczy, to byliśmy w tym tygodniu dwa razy w kinie, więc można powiedzieć, że Walentynki zaliczyliśmy już wcześniej.

A jakie jest wasze podejście do Walentynek? Macie jakieś plany?

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa