Miesiąc: Styczeń 2016

Bądź sobą. Czyli kim?

Bądź sobą. Czyli kim?

Dziś wpis z kategorii przemyślenia zahaczający nieco o dział obserwacji. 

Od dzieciństwa ludzie powtarzali mi „bądź sobą”, na przemian z „uważaj, co robisz, bo nie będziesz miała koleżanek”. Najczęściej byli to rodzice, koleżanki, nauczyciele, jakiś człowiek z telewizji, czy pedagog szkolna, z którą swego czasu musiałam mój czas odsiedzieć. Ale to materiał na inną notkę. Rzadko ktoś proponował, bym spróbowała najpierw poznać, co się we mnie kryje, kim jestem, kim chciałabym zostać.

Problem w byciu sobą polega na tym, że nie ma na to jednego przepisu. Każdy człowiek jest inny i inną drogę musi przejść, żeby móc powiedzieć, że nie próbuje nikogo naśladować w żadnej kwestii.
Kiedy w gimnazjum pisaliśmy wypracowanie na temat „Co, twoim zdaniem, oznacza termin „być sobą”?” miałam straszny problem, jak odpowiedzieć na to pytanie. W końcu postanowiłam, że napiszę to, co pewnie napisała cała klasa. W skrócie, „bycie sobą” to nieudawanie kogoś innego i nieuleganie presji otoczenia. Wtedy wszystkie terminy były tak proste do wyjaśnienia.
W tych czasach, kiedy tożsamość jest równie istotna, co idealny makijaż (bez ironii, obydwa są ważne), bycie sobą stało się modne. Dążenie do bycia sobą jest modne. Posiadanie własnych poglądów, najlepiej skrajnych, jest modne. Mam jednak wrażenie, że dążenie do odkrycia swojej osobowości ogranicza się do stania się jak najbardziej odmiennym od reszty. Oryginałem nie do podrobienia. A choć każdy jest inny z natury, to i tak wszyscy jesteśmy po części tacy sami.

Weźmy pod uwagę przypadek osoby, która z natury jest złym człowiekiem, ale chce być lepsza. Z mojej gimnazjalnej definicji wynika, że taka osoba, aby być sobą, musi być zła. Bo taka jest. W tym przypadku „bycie sobą” nie sprzyja jej rozwojowi i poprawie. Bo wszyscy wmawiają jej, że ma poddać się swojemu charakterowi i być sobą, niezależnie od konsekwencji.

Każdy człowiek, moim zdaniem, powinien dążyć do samodoskonalenia, przynajmniej w jakimś niewielkim stopniu. Proces taki daje satysfakcję i sprawia, że zmieniamy się w ciągu swojego życia. Najczęściej na lepsze. „Bycie sobą” kojarzy mi się ze stagnacją i brakiem rozwoju. Jest poddanie się sobie. Często na myśl przychodzi mi również niedojrzałość, bo hasło to często powtarza się w młodym wieku. A nastolatki chcąc być sobą, chcą tak naprawdę mieć wymówkę, by nie rozwijać w sobie odpowiedzialności za swoje czyny. Dla nich często bycie sobą oznacza bycie osobą szaloną i robienie rzeczy, których być może będzie w przyszłości żałować.

Poza tym chyba nikt nie chce być czystą wersją siebie. Każdy w jakiś sposób dekoruje swoją osobowość. Szczególnie w otoczeniu znajomych, na imprezie, na rozmowie kwalifikacyjnej i podczas wizyty u rodziny.

Czy więc warto w ogóle być sobą? Myślę, że warto dążyć do poznania siebie i rozwijać nasze największe zalety. A bycie sobą zostawię nastolatkom, które kiedyś z pewnością dojrzeją do tego tematu. Przyznaję się, że kiedyś sama miałam fazę na „bycie sobą”. Chyba najgorszy etap w moim życiu. Skończył się stanem przeddepresyjnym i wizytami u psychologa (na szczęście tylko kilkoma). A wszystko dlatego, że ówczesna JA byłam zbyt specyficzną osobą, a koledzy i koleżanki w gimnazjum były osobami wyjątkowo okrutnymi dla indywidualizmu.

A co Wy o tym myślicie? Warto być sobą? A może całkiem się mylę i są to najbardziej nieprawdziwe przemyślenia pod słońcem?

Pozdrawiam,
Zielona Małpa



Byłam pszczołą

Byłam pszczołą

Co za dzień! Rano wstałam, zniecierpliwiona, bo wczoraj miały pojawić się wyniki konkursu Terravity, w którym brałam udział. Jednak był poślizg i pojawiły się one dopiero dzisiaj. Okazało się, że jury konkursowe najwyraźniej nie ma zbyt dobrego gustu, bo mój wpis nie wygrał niczego. Zamiast tego nagrodę dostał między innymi ten wpis: Terravita-man. Czy uważacie, że to jest w porządku? Ja nie. Zresztą, nie jestem chyba jedyna, bo opinie innych osób biorących udział w konkursie były podobne. Jedno wielkie oburzenie. To wszystko przekonało mnie tylko do tego, aby nie brać więcej udziału w konkursach na platformie zBLOGowani.

Poza tym miałam problemy z rekrutacją, ponieważ ktoś, pewnie pani z dziekanatu, nie wpisał w kwestionariuszu wyboru specjalności tej specjalności, która jest moim pierwszym i najlepszym wyborem. Pewnie wzięli dokument z zeszłego roku, bo jest to nowy kierunek i w tym roku nabór startuje pierwszy raz. Zadzwoniłam więc do działu rekrutacji, aby dopytać i zwrócić uwagę na błąd. Poprosiłam również mojego chłopaka, aby zadzwonił, bo wiadomo, jak to działa – jedną osobę można olać. Oboje dostaliśmy różne odpowiedzi. To mnie zdenerwowało.

Poszłam więc (z męską obstawą) do dziekanatu, aby porozmawiać z jedną pań i osobiście zwrócić uwagę na błąd. Nawet wydrukowałam stronę internetową i felerny kwestionariusz, aby mieć podkładkę do tego, co mówię. Okazało się, że ktoś poszedł już tego dnia do dziekanatu i do działu rekrutacji i udało mu się to załatwić. Na pewno jakiś chłopak, bo kto posłucha dziewczyny o wzroście metr sześćdziesiąt? Ale przynajmniej nie zmarnowałam czasu, bo przy okazji załatwiłam skierowanie na badania lekarskie w dziale rekrutacji.

Łaziłam cały dzień nabuzowana negatywnymi emocjami. Trochę jak pszczoła. Bzzzzz… Jednocześnie czułam motywację do działania. Chciałam załatwić to sama, bo jak się nie załatwi całego, to nie załatwi się wcale. Takie moje zdanie.

Dobrze, że chociaż pogoda śliczna. Wiosenna taka.

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

Nowe Archiwum X – strach przed zawodem?

Nowe Archiwum X – strach przed zawodem?

Jak już pisałam kilka dni temu, telewizja FOX postanowiła wypuścić 6-odcinkowy miniserial będący kontynuacją (po 14 latach przerwy) Z archiwum X. Wiadomość ta bardzo mnie cieszyła i jak głupia oglądałam codziennie jeden odcinek serialu od lipca, aby wziąć udział w akcji i zdążyć obejrzeć wszystkie stare sezony przed rozpoczęciem nowego. Prawie nie oszukiwałam.
Dzisiaj pojawił się pierwszy nowy odcinek (według czasu amerykańskiego wczoraj), dosłownie za chwilę pojawi się kolejny, a ja… boję się, że potwornie zawiodę się na serialu, wobec którego żywiłam tak duże oczekiwania. Komuś wyda się to dziwne, bo jak można przejmować się jakimś serialem? No cóż… Myślę, że każdy ma oczekiwania wobec kogoś bądź czegoś. Ja wymagam od tego serialu, aby był wspaniały, aby przeniósł mnie w te czasy, kiedy podglądałam telewizję zza drzwi. Serial ten w dużym stopniu mnie ukształtował, sprawił, że stałam się otwarta na zjawiska niewyjaśnione i na teorie spiskowe. Mam więc ogromne oczekiwania i tak bardzo boję się, że się zawiodę. Zrozumie to tylko taki serialomaniak, jak ja.
Mam nadzieję, że zbiorę w sobie dość siły, aby jednak włączyć ten pierwszy odcinek i że będzie on tak wspaniały, jak za dawnych lat, a nawet lepszy, bo okraszony dawką współczesnych efektów specjalnych. Nie dowiem się, jak nie obejrzę.
Pozdrawiam,
Zielona Małpa
Randka z Bondem – Doktor No (1962)

Randka z Bondem – Doktor No (1962)

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami małą recenzją na temat pierwszego filmu z serii o agencie Jamesie Bondzie.

Doktor No
James Bond – Sean Connery
Dziewczyna Bonda – Ursula Andress
Miejsce akcji: Jamajka, Wielka Brytania
Reżyser: Terence Young
Rok produkcji: 1962
Broń: Beretta M1934, Walther PPK, Walther Olympia
Samochód: Sunbeam Alpine
Gadżety: brak
Wyróżnijmy kilka stałych (albo prawie stałych) elementów, które powtarzają się w poszczególnych filmach:
Sekwencja początkowa (scena, w której James Bond idzie, a my widzimy go z wnętrza gwintowanej lufy pistoletu, James Bond odwraca się w naszym kierunku, strzela i ekran zostaje zalany krwią)
Sekwencja przedtytułowa (kilkuminutowa scena, w której nasz agent kończy poprzednią misję)
Zwroty:
  • Nazywam się Bond. James Bond.
  • Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane.
Przedstawienie gadżetów (Q pokazuje Bondowi najnowsze wynalazki szpiegowskie (które każdy chciałby mieć, przyznajcie się) i demonstruje ich możliwości)
James Bond powróci w… – tekst, który pojawia się na końcu filmu. Najczęściej podany jest tytuł kolejnego planowanego filmu.
A więc:
Sekwencja początkowa – pojawia się w tym filmie po raz pierwszy. Jak widać cieszyła się powodzeniem, ponieważ do dziś jest jednym z najbardziej kojarzących się z agentem 007 elementów
Sekwencja przedtytułowa – nie pojawia się w Doktorze No
Zwroty:
  • Nazywam się Bond. James Bond. – Pojawia się. Prawdopodobnie nasz agent zainspirował się sposobem, w jaki przedstawiła się przy stole pokerowym Sylvia Trench: 

– I admire your courage Miss? 
– Trench. Sylvia Trench. I admire your luck, Mister? 
– Bond. James Bond

  • Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane. – James wypowiada tę kwestię.
Przedstawienie gadżetów – w pierwszym filmie o moim ulubionym agencie nie było niestety żadnych ultranowoczesnych gadżetów, ani nie pojawił się Q (zamiast niego był bezimienny mężczyzna).
James Bond powróci w… – napis nie pojawił się. Być może na początku nie spodziewano się takiego sukcesu i dlatego nie zaplanowano kolejnych filmów.

Co do filmu, to można ogólnie powiedzieć, że jest on raczej nudny. Przez znaczną część filmu James Bond po prostu świetnie wygląda.
Na samym początku jest scena, w której zostaje postrzelony telegrafista. Moją uwagę zwróciła tu głównie pomarańczowa krew. Kałuża pomarańczowej krwi. Dziś wydaje się nam to może śmieszne, bo scenarzyści prześcigają się w pomysłach na jak najbardziej realną krew, wtedy jednak często wystarczał jakikolwiek czerwony płyn.
Na plus przemawia tu dziewczyna Bonda, Honey, kobieta wysoka, szczupła i piękna, mimo dość szerokich ramion. Z lekko obcym akcentem i nieufnym uśmiechem zdobyła moją sympatię.
Sam przeciwnik Bonda – Doktor Julius No – jest w połowie Niemcem, a w połowie Japończykiem. Jest człowiek bezwzględny i bez uczuć. Został świetnie ucharakteryzowany na półjapończyka będąc kanadyjskim aktorem. Doktor wspomina o WIDMIE, czyli SPECTRE, organizacji terrorystycznej, dla której pracuje. Jest to ta sama organizacja, od której wziął tytuł najnowszy film o moim ulubionym agencie.
Samego 007 było w tym filmie mało. Nie chodzi mi o jego obecność na ekranie, ale o jego charyzmę, zachowanie w niektórych sytuacjach oraz sposób walki i przebiegłość. Myślę, że ta postać w dużym stopniu rozwinęła się w kolejnych filmach.

Film polecam, nie będę się bawić w ocenianie, gdyż za każdym razem skala, choć taka sama, wydaje mi się inna i dawanie stosunkowo obiektywnych ocen wydaje mi się niemal niemożliwe.

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

Powrót „Z archiwum X”

Powrót „Z archiwum X”

Urodziłam się w 1993 roku. Dzięki temu udało mi się świadomie liznąć lata 90. Gdybym miała wybrać sobie czas, kiedy chciałabym żyć, wybrałabym całe lata 90. i 80. ze względu na muzykę rockową.

Lata 90. kojarzą się z rozwojem elektronicznych zabawek, takich jak tamagotchi czy lalki z potrzebami fizjologicznymi albo przenośne konsole do gier – Game Boy. Również na myśl przychodzą mi zabawy na podwórku i godziny spędzone na wymyślaniu nowych. Wiele, szczególnie młodych, osób słuchało wtedy girlsbandów, czy boysbandów takich jak Backstreet Boys. To był ten czas, kiedy na dyskotekach królowały (dziś już przestarzałe) elektroniczne utworki. A komu nie podobał się żaden z tych kierunków, ten wsłuchiwał się w całkiem nowy grunge.
Mi jednak lata 90. przede wszystkim kojarzą się z dziwnymi ubraniami.
Wtedy powstały jedne z najlepszych filmów, jakie znam. Mój ulubiony Forrest Gump, Jumanji, Morderstwo pierwszego stopnia i Miasto aniołów. Kilka seriali również w szczególny sposób odcisnęło się w mojej pamięci.
Jednym z takich seriali było Z archiwum X, które oglądałam po kryjomu, przez szparę w drzwiach. Myślę, że to właśnie ten serial ukształtował mnie w tak dużym stopniu. Stąd wyobraźcie sobie moje szczęście, kiedy w marcu 2015 telewizja Fox ogłosiła oficjalnie, że będzie nowy sezon, nie mogłam się przez godzinę pozbierać ze szczęścia. Miałam ochotę skakać i krzyczeć, bo tyle emocji się we mnie zebrało. 
Potem zaczęły się pojawiać kolejne informacje o tym, kto pojawi się w serialu, jak mniej więcej będzie on wyglądał… Starałam się unikać zbyt dużej ilości takich nowinek, gdyż zazwyczaj zbyt wiele one zdradzają a wtedy radość z niespodzianki w postaci na przykład pojawienia się jakiegoś lubianego bohatera jest znacznie mniejsza.
Na youtube, wśród polecanych do obejrzenia filmów zauważyłam „THE X-FILES: RE-OPENED”. Kliknęłam go, aby zobaczyć, co ciekawego mogę się z niego dowiedzieć. W końcu do nowego sezonu został niecały tydzień. Jest to wywiad zarówno z częścią widoczną produkcji, czyli obsadą, jak i tą niewidoczną w postaci producenta i scenarzystów. Dowiedziałam się które ze starych lubianych postaci pojawią się w serialu. I że coś, co mogło się wydawać śmiercią w starym serialu, wcale nie musiało nią być. Tu pewnie nawiązanie do Palacza.

Ciekawe wydało mi się również to, w jaki sposób zwracali uwagę na wymagania fanów. Wielu jest zainteresowanych związkiem Muldera i Scully, z wywiadu wynika, że taki wątek się pojawi i będzie przeplatał się w tle każdego z odcinków. Część fanów chce poznać dalszą część konspiracji i chciałaby odcinki mitologiczne, czyli takie, gdzie pojawią się wątki kolonizacji Ziemi przez kosmitów, albo dziecka Scully. Pierwszy i ostatni odcinek będą w dużym stopniu do tego właśnie nawiązywały. Pozostałe cztery w środku będą typowymi odcinkami typu potwór tygodnia. Jeden z nich w lekko humorystycznym tonie, jak to bywało również w oryginalnych sezonach. Bo nie ukrywajmy, Mulder i Scully to przede wszystkim agenci FBI, którzy szukają odpowiedzi na pytania związane z paranormalnym. Mulder jest skłonny we wszystko uwierzyć, natomiast Scully, jako naukowiec, próbuje wszystko wyjaśnić. Cudowny duet.

Producenci postanowili jakoś rozpromować serial, więc wymyślili ciekawą akcję. Od siódmego lipca zeszłego roku do 24. stycznia tego roku jest dokładnie 202 dni. Odcinków Z archiwum X było 202. Od siódmego lipca wszyscy wtajemniczeni oglądali jeden odcinek serialu dziennie. Pomysł cudowny.

Domyślam się, że nie każdy zrozumie moje podniecenie serialami, a w szczególności takim starym, jak Z archiwum X. Jednak jako osoba raczej introwertyczna, mam pewne maksimum towarzyskie, które po przekroczeniu staje się udręką. Seriale pozwalają mi znaleźć się w innym miejscu i innym wszechświecie na te 45 minut każdego dnia. Uspokajają mnie i łechcą moją potrzebę bycia samą. Mam kilka seriali, które sprawują się wyjątkowo dobrze i magluję je do ostatniej mokrej nitki.

W każdym razie nie mogę się doczekać nowego sezonu. Mam nadzieję, że zainteresowanie będzie ogromne i producenci zdecydują się na kontynuację serialu. Albo przynajmniej w jakiejś innej formie.

Pozdrawiam,
Zielona Małpa

Platformy

zBLOGowani.pl

Archiwa